REKLAMA

Wakacje z bankami. Monetarny przewodnik po Trójmorzu

Michał Żuławiński2017-07-31 08:00analityk Bankier.pl
publikacja
2017-07-31 08:00

Dlaczego właściwie Chorwacja chce porzucić własną walutę? Który kraj przypomina Polskę sprzed lat? Gdzie euro jest jeszcze mniej chciane niż u nas? Na czym polegają węgierskie eksperymenty i dlaczego Bułgaria tak skutecznie obniża zadłużenie? Wszystko to i wiele więcej w „Monetarnym przewodniku po Trójmorzu”.

Kiedy myślimy i mówimy o bankach centralnych, nasza uwaga najczęściej koncentruje się na tych największych: Rezerwie Federalnej, Europejskim Banku Centralnym, Banku Anglii czy Banku Japonii. Z oczywistych względów interesują nas też posunięcia Narodowego Banku Polskiego. Jednocześnie, nieco w cieniu pozostają inne banki centralne naszego regionu. Wakacje to dobry moment, aby te zaległości nadrobić. Tym bardziej, że do odkrycia jest naprawdę sporo „ekonomicznych (i nie tylko) atrakcji”.

Skoro wakacje to morze, a skoro morze, to w obecnym sezonie politycznym kierunek może być tylko jeden - Trójmorze. O inicjatywie dwunastu członków Unii Europejskiej z Europy Środkowej najczęściej pisano w kontekście geopolityki, bezpieczeństwa energetycznego, rozwoju infrastruktury czy ogólnej współpracy gospodarczej. Warto jednak pamiętać, że między Adriatykiem, Bałtykiem i Morzem Czarnym rozciąga się obszar, na którym banki centralne poszczególnych państw stosują szereg nowatorskich (i nie tylko, jak okaże się pod koniec) rozwiązań z zakresu polityki monetarnej czy nadzoru nad rynkiem finansowym.

Państwa wchodzące w skład Trójmorza: Polska, Czechy, Węgry, Słowacja, Litwa, Łotwa, Estonia, Rumunia, Bułgaria, Chorwacja, Austria i Słowenia / Infogr.am

Zapraszam zatem na monetarną wycieczkę po bankach centralnych Trójmorza. Jak na rasowych turystów przystało, zatrzymamy się w każdym z krajów i z bliska przyjrzymy się temu, co ma najciekawszego do zaoferowania.


Wakacje z bankami. Monetarny przewodnik po Trójmorzu - Spis treści

Chorwacja – między kuną a euro (treść poniżej)

Czechy – twarda obrona korony

Słowacja – pod Tatrami stawiają na ostrożność

Estonia, Litwa, Łotwa – inflacja na peryferiach

Bułgaria – lew przywiązany do euro

Rumunia – w ślad za Polską

Słowenia – zapomniany kryzys euroentuzjastów

Austria – złota zmiana

Węgry – aktywni bratankowie

Polska – bastion bankowego konserwatyzmu


 Chorwacja – między kuną a euro

Zaczniemy od Chorwacji, jednego z dwóch obok Polski liderów Trójmorza i naturalnie jednego z ulubionych kierunków wakacyjnych Polaków. Nie będziemy mówić o adriatyckich plażach czy architekturze Dubrownika, lecz o jedynym w naszym regionie kraju, który tak poważnie myśli o wejściu do strefy euro i to pomimo dręczącego ją wciąż kryzysu.

W czasie, gdy NBP likwidował Biuro Integracji ze Strefą Euro, jego chorwacki odpowiednik rozpoczął przygotowanie raportu o przewidywanych skutkach integracji najmłodszego stażem członka UE ze strefą euro (w 2009 r. w Polsce powstał podobny dokument), który ma stanowić podstawę dla debaty publicznej na ten temat. Motywy stojące za stanowiskiem Narodowego Banku Chorwacji nie są jedynie czysto polityczne (choć premier i prezydent zgadzają się z szefem banku centralnego i również popierają przyjęcie euro), ale mają konkretne podłoże gospodarcze. Jest nim „euroizacja”.

Tym nieco dziwnym terminem (powstałym przez analogię do „dolaryzacji”) w sensie ścisłym określa się sytuację, w której kraj niebędący członkiem strefy euro jednostronnie przyjmuje tę walutę (przykłady to np. Czarnogóra czy Kosowo). W Chorwacji kwestie walutowe nie są posunięte aż do tego stopnia, ponieważ istnieje kuna chorwacka (notabene jej nazwa pochodzi od futer kun, którymi handlowano na tych ziemiach przed setkami lat), lecz mimo to nawet sam bank centralny dostrzega chorwacką euroizację, przejawiającą się w wysokim (ponad 80%) udziale euro w wartości depozytów oraz długów w krajowym systemie bankowym. Wątpliwości niech rozwieją poniższe wykresy z najnowszego raportu Narodowego Banku Chorwacji:

Po lewej: udział depozytów denominowanych w walutach zagranicznych (linia szara – udział w oszczędnościach, linia czerwona – udział w podaży pieniądza M4). Po prawej: struktura kredytów według walut (warto zwrócić uwagę na zanik kredytów frankowych). / Narodowy Bank Chorwacji

Raportowany przez chorwacki bank centralny udział walut obcych (głównie euro) w strukturze depozytów znacząco odbiega od spotykanego nie tylko w Polsce czy na Węgrzech, lecz nawet w Bułgarii i Rumunii.

Udział depozytów denominowanych w walutach obcych w strukturze depozytów. / Narodowy Bank Chorwacji

Brak zaufania do kuny ma swoje korzenie w burzliwych latach 90., na które przypada rozpad Jugosławii, wojna na Bałkanach i rządy prezydenta Franjo Tudmana. Komu jak komu, ale Polakom nie trzeba tłumaczyć, że tego typu okoliczności, skutkujące dodatkowo zapaścią gospodarczą, po pierwsze w dużej mierze uniemożliwiają jakiekolwiek oszczędzanie, a po drugie skłaniają do wyboru stabilniejszych walut zachodnich. Mimo wysiłków prowadzonych przez rząd i bank centralny, również w XXI wieku i po wejściu do UE, Chorwaci wciąż pozostawali przywiązani do euro. Nawet obecnie większość społeczeństwa zakłada, że kuna będzie słabnąć względem euro, a do zmiany decyzji nie przekonują ich atrakcyjniejsze warunki na lokatach w krajowej walucie.

Oczekiwania Chorwatów względem kuny na najbliższe 12 miesięcy. Czerwony: znaczne osłabienie; beżowy: umiarkowane osłabienie; szary: umiarkowane umocnienie; niebieski: znaczne umocnienie. Czarna linia: krocząca średnia ważona (odpowiedzi umiarkowane z wagą 0,5%, odpowiedzi znaczące z wagą 1). / Narodowy Bank Chorwacji

Ekonomiczne wybory Chorwatów rzutują na warunki prowadzenia przez ich bank centralny polityki monetarnej. W przeciwieństwie np. do Polski, w Chorwacji na pierwszy plan nie wybijają się najwyższe w UE stopy procentowe (w tym lombardowa na poziomie 2,5%; ), lecz utrzymywanie względnie stabilnego kursu kuny wobec euro.

Obecnie euro kosztuje 7,4 kuny wobec 7,3 kuny na początku 2008 r. i od tamtej pory kurs nigdy nie wyszedł poza zakres 7,07-7,72 kuny. Dla porównania na parze EUR/PLN w tym czasie oglądaliśmy zarówno 3,20 zł, jak i 4,90 zł.

- Osiągnięcie zapisanego w mandacie banku centralnego celu w postaci utrzymywania stabilności cen jest w kraju o wysokiej euroizacji czymś innym niż w innych krajach. Oczekiwania inflacyjne są ściśle powiązane z kursem walutowym, a ryzyko walutowe jest integralną częścią ryzyka kredytowego istniejącego w systemie - przyznaje Narodowy Bank Chorwacji.

Zdaniem Międzynarodowego Funduszu Walutowego, chorwacki bank centralny stosuje tzw. kurs zbliżony do pełzającego, chociaż sami Chorwaci oficjalnie deklarują kurs płynny kierowany (spokojnie, pojęcie to wróci, gdy wybierzemy się do Czech). Tak czy owak, władze monetarne starają się nie dopuścić do tego, by kurs kuny względem euro wypadł z pewnego przedziału. Co istotne, działania te tyczą się jedynie pary EUR/HRK – w przypadku wszystkich innych par, Narodowy Bank Chorwacji uznaje prymat sił popytu i podaży.

W tym miejscu warto dodać, że nawet gdy w Chorwacji postanowiono rozwiązać problem kredytów frankowych, to rozwiązaniem, po które sięgnięto było ich przewalutowanie na… euro. Zmiana wszystkich zobowiązań po prostu na kuny wiązałaby się z poważnym naruszeniem rezerw walutowych kraju (w 2015 r. szacowano ubytek o 30%). Gdyby bank centralny nie rzucił na rynek wystarczającej ilości europejskiej waluty, wówczas jej kurs znacząco wzrósłby, ze względu na wzmożony popyt ze strony banków komercyjnych. W efekcie poszkodowani zostaliby też Chorwaci, którzy zarabiają w kunach, a spłacają kredyty w euro. Ponadto przewalutowanie jedynie z franków na kuny stwarzałoby kontrowersje w postaci nierównego traktowania gospodarstw domowych zadłużonych we franku i w euro (a przecież obie grupy ponoszą ryzyko walutowe).

W kwietniowym raporcie Narodowy Bank Chorwacji przyznaje, że, chociaż stosuje szereg rozwiązań i postępuje według wskazań Europejskiej Rady Ryzyka Systemowego (ESRB), to walka z „euroizacją” wciąż pozostaje niezwykle wymagającym wyzwaniem. Jak stwierdza bank, „euroizacja to zjawisko, które łatwo nie ustępuje. Można dbać o stabilność monetarną i finansową, jednak ciężko zmienić skłonność ludzi do oszczędzania w obcej walucie”.

Funkcjonujący w tej niełatwej sytuacji Narodowy Bank Chorwacji skłania się ku stanowisku, że łatwiej i korzystniej będzie doprowadzić kraj do wejścia do strefy euro, aniżeli przeprowadzić ”deeuroizację” i mozolnie budować pozycję kuny. Podobny wniosek formułują także ośrodki zewnętrzne – zdaniem agencji Fitch, to właśnie Chorwacja jest krajem, który potencjalnie najwięcej zyskałby na wprowadzeniu euro.

– Często cytuję pewien wers z piosenki Boba Dylana: “Gdy nie masz nic, to nie masz nic do stracenia” (fragment utworu “Like a Rolling Stone” – przyp. red.). Skoro nie mamy niezależnej polityki pieniężnej, to co możemy stracić wchodząc do unii monetarnej? – wielokrotnie publicznie powtarzał Boris Vujčić, prezes Narodowego Banku Chorwacji.

Sporą rolę do odegrania w tym procesie mają jednak władze polityczne, po stronie których leży wypełnienie newralgicznych kryteriów konwergencji. Jako największa przeszkoda na drodze do strefy euro jawi się bowiem obecnie zdecydowanie najwyższy wśród państw „nowej Unii” poziom długu publicznego w relacji do PKB (86,4% wobec dopuszczalnego maksimum w wysokości 60%). Pewne światło nadziej w tej kwestii daje wyjście w czerwcu 2017 r. z procedury nadmiernego deficytu oraz prognozowany 3-procentowy wzrost gospodarczy.

Zdaniem prezesa banku centralnego, po uchwaleniu budżetu na 2018 r. z niskim deficytem, przed Chorwacją otworzy się droga do przystąpienia do mechanizmu ERM II. W tej „poczekalni przed wejściem do strefy euro” kraj musi spędzić przynajmniej dwa lata i w tym czasie okiełznać inflację oraz wahania kursu względem euro (co przecież akurat Chorwaci potrafią robić dobrze).

Dlaczego właściwie Chorwacja chce porzucić własną walutę? Który kraj przypomina Polskę sprzed lat? Gdzie euro jest jeszcze mniej chciane niż u nas? Na czym polegają węgierskie eksperymenty i dlaczego Bułgaria tak skutecznie obniża zadłużenie? Wszystko to i wiele więcej w „Monetarnym przewodniku po Trójmorzu”.

Czechy – twarda obrona korony

Przenieśmy się na północ, w ten rejon Trójmorza, gdzie żadnego morza nie ma. O ile Chorwacja myśli o wejściu do strefy euro, o tyle Czechy wspólnej walucie głośno i stanowczo mówią „Ne!”. Dość powiedzieć, że zwykli Czesi nie chcą euro jeszcze mocniej niż zwykli Polacy. Według ostatniego badania Eurobarometr (listopad 2016 r.), przeciwko przyjęciu wspólnej waluty opowiada się 72% Czechów wobec 57% Polaków.

Od euro odżegnuje się także wielu czołowych polityków, w tym charyzmatyczny były prezydent Vaclav Klaus czy miliarder i lider ruchu ANO oraz prawdopodobnie przyszły premier (wybory w październiku) Andriej Babis. Na ich tle mocno wyróżnia się obecna głowa państwa, Milos Zeman, według którego zmiana korony na euro byłaby jak przejście ze skali Celsjusza na skalę Fahrenheita (całkowite pomijanie aspektu rezygnacji z własnej polityki monetarnej wypada litościwie przemilczeć).

- Dyskusja o euro to w Czechach jedynie rytuał. Uważano kiedyś, że euro jest mało popularne, ze względu na prezydenta Klausa. Od paru lat mamy już euroentuzjastycznego prezydenta Zemana, a nadal nikt nie wierzy, że przyjmiemy euro. Po prostu nie chce tego znaczna większość społeczeństwa, a nikt nie chce popełnić politycznego samobójstwa – podsumował ostatnio czeską debatę publiczną Miroslav Singer, były prezes Narodowego Banku Czech.

„Co Pani/Pan sądzi o europejskiej unii gospodarczej i walutowej z jedną wspólną walutą?” Niebieski: jestem za; czerwony: przeciw; szary: nie mam zdania. / Eurobarometr z listopada 2016 r.

O Czechach w ciągu ostatnich kilku lat najgłośniej było jednak nie ze względu na niechęć do euro. Nie będzie przesadą stwierdzenie, że cały finansowy świat bacznie przyglądał się czeskiemu eksperymentowi monetarnemu, w ramach którego nasi południowi sąsiedzi za wszelką cenę nie chcieli pójść w ślady Szwajcarów i ich „frankogedonu”.

Pełne rozwinięcie stanu gry przed nagłym zwrotem akcji (o którym za moment) znajdziecie Państwo w lutowym artykule „Korona to nowy frank? Czechy nie chcą iść w ślady Szwajcarii”. Teraz ograniczę się jedynie do telegraficznego skrótu.

Czynniki takie jak m.in. dobre perspektywy rozwoju, integracja z unijną gospodarką, wysoki rating kredytowy i stabilna sytuacja budżetowa doprowadziły do tego, że w ostatnich latach Czechy stały się lokalną bezpieczną przystanią – miejscem, gdzie inwestorzy lokują kapitał w obawie przed rosnącymi napięciami w USA, Europie Zachodniej czy na Dalekim Wschodzie. Powstanie „czeskiej Szwajcarii” doprowadziło do umocnienia korony, na co zareagował Narodowy Bank Czech.

Władze monetarne obawiały się, że krajowa waluta zyska zbyt wiele względem euro, co utrudni realizację celu inflacyjnego (towary z importu nagle stałyby się tańsze) oraz negatywnie odbije się na koniunkturze gospodarczej (szczególny problem mogliby mieć czescy eksporterzy). Tradycyjne narzędzie w postaci obniżania stóp procentowych okazało się niedostępne – Czesi już wcześniej obniżyli podstawową stopę do zaledwie 0,05%, a krajowe prawo nie pozwalało im na eksperymentowanie z wartościami ujemnymi.

Koniec końców w listopadzie 2013 r. Narodowy Bank Czech poszedł w ślady Szwajcarskiego Banku Narodowego i postanowił publicznie ogłosić, że będzie interweniował na rynku walutowym tak, aby utrzymać kurs na poziomie „minimum około 27 koron za euro”. „Minimum”, ponieważ zobowiązanie złożone przez bank centralny było jednostronne i dopuszczało możliwość osłabienia waluty na zasadach rynkowych. ”Około”, ponieważ bank centralny nie zdecydował się na podanie dokładnego kursu, aby nie dawać pożywki spekulantom.

Wystarczy rzut oka na kurs EUR/CZK, aby wskazać moment, w którym Czesi zdecydowali się na rozpoczęcie interwencji (Żeby nie burzyć napięcia, kolejny wykres celowo zatrzymuje się przed momentem kulminacyjnym czeskiej opowieści – kontynuacja poniżej).

/ Bloomberg

To samo tyczy się także wykresu wartości rezerw walutowych. Interwencje na rynku w celu osłabienia korony polegały na zakupie walut zagranicznych za walutę własną, a więc taką, której nigdy Narodowemu Bankowi Czech nie zabraknie (bo sam może ją kreować). Dość powiedzieć, że w pewnym momencie wartość czeskich rezerw przekroczyła wartość rezerw polskich.

/ NBP, CNB

- Narodowy Bank Czech może użyć nieskończonej ilości koron w celu zakupu zagranicznych walut, jako że sam jest emitentem czeskiej waluty, zarówno w formie papierowej, jak i elektronicznej. Jeżeli będzie to konieczne, bank będzie gotów do interwencji na rynku walutowym, w takiej skali i przez taki okres, jakie będą potrzebne do utrzymania założonego kursu walutowego – jednoznacznie ostrzegał czeski bank centralny.

Czesi za wszelką cenę nie chcieli pójść w ślady Szwajcarów i wielokrotnie podkreślali różnice między sytuacjami obu krajów. Wskazywano na lepiej zdefiniowany cel banku centralnego (o uwolnieniu kursu zaczęto ostrzegać wraz z wychodzeniem z deflacji), brak koncentracji na zysku z banku centralnego (podczas gdy w Szwajcarii kantony będące udziałowcami SNB domagają się dywidendy, w Czechach bank centralny przez lata funkcjonował z ujemnym kapitałem) oraz większą transparentność w komunikacji z rynkiem.

Prawdziwy zwrot w polityce Narodowego Banku Czeskiego nastąpił 6 kwietnia 2017 r. W czasie nadzwyczajnego posiedzenia zarządu zdecydowano, że kurs będzie mógł kształtować się swobodnie, choć podkreślono, że bank zastrzega sobie prawo do interwencji (nie musiano tego robić, bo to naturalna prerogatywa banku centralnego, była to raczej próba werbalnego oddziaływania na rynek).

Wbrew pierwotnym obawom, żadnej katastrofy nie było, a korona nieco umocniła się względem euro (do poziomu 26 CZK), lecz wciąż daleko jej do siły z lat 2008 czy 2011.

/ Bloomberg

W tym miejscu nasza historia się nie kończy. Analitycy walutowi typują Czechy na pierwszy od ośmiu lat kraj Unii Europejskiej, w którym wzrosną stopy procentowe.

[Aktualizacja 3.08.2017 r. - Czeski Bank Narodowy zerwał z polityką (prawie) zerowych stóp procentowych, podnosząc stawkę referencyjną z 0,05% do 0,25%, czyli o 20 punktów bazowych. Więcej na ten temat w tekście "Czesi podnieśli stopy procentowe jako pierwszy kraj w regionie".]

Przyczyny mają trojaką naturę – po pierwsze czeska gospodarka rozwija się w 3-procentowych tempie, po drugie bezrobocie u naszych południowych sąsiadów jest najniższe w UE (jedynie 3%), a po trzecie inflacja (na którą wpływa presja płacowa wynikająca z niskiego bezrobocia) znajduje się blisko środku przedziału celu (2% +/- 1% p.p.).

/ Opracowanie własne na podstawie CNB

Do wyliczanki tej dodać należy jeszcze jeden czynnik. Mowa o coraz bardziej niepokojąco rosnących cenach nieruchomości, jednak zjawisko to (dotyczące nie tylko Czech) szerzej omówimy podczas przystanku na Słowacji.

Wakacje z bankami. Monetarny przewodnik po Trójmorzu - Spis treści

Chorwacja – między kuną a euro

Czechy – twarda obrona korony (treść powyżej)

Słowacja – pod Tatrami stawiają na ostrożność

Estonia, Litwa, Łotwa – inflacja na peryferiach

Bułgaria – lew przywiązany do euro

Rumunia – w ślad za Polską

Słowenia – zapomniany kryzys euroentuzjastów

Austria – złota zmiana

Węgry – aktywni bratankowie

Polska – bastion bankowego konserwatyzmu

Dlaczego właściwie Chorwacja chce porzucić własną walutę? Który kraj przypomina Polskę sprzed lat? Gdzie euro jest jeszcze mniej chciane niż u nas? Na czym polegają węgierskie eksperymenty i dlaczego Bułgaria tak skutecznie obniża zadłużenie? Wszystko to i wiele więcej w „Monetarnym przewodniku po Trójmorzu”.

Słowacja – pod Tatrami stawiają na ostrożność

Pod względem gospodarczym, na Słowacji na pierwszy rzut oka wszystko wygląda równie dobrze, co po naszej stronie Tatr. Słowacki PKB rośnie w tempie 3-procentowym, stopa bezrobocia jest najniższa w historii, a płace sukcesywnie rosną (choć nie tak szybko, jak chcieliby pracownicy, stąd np. strajki w fabrykach Volkswagena, największego prywatnego pracodawcy w kraju). Wydawałoby się, że bank centralny kraju, który „importuje” politykę monetarną z frankfurckiej siedziby EBC, mógłby w takiej sytuacji odsunąć się na bok. Nic bardziej mylnego.

Monetarna wizyta na Słowacji to doskonała okazja do przypomnienia, że współczesne banki centralne to instytucje, które nie tylko zajmują się prowadzeniem polityki monetarnej, lecz (w mniejszym lub większym stopniu) odpowiadają za nadzór makroostrożnościowy. Nasi południowi sąsiedzi stanowią przykład o tyle dobry, że nie istnieje tam odpowiednik Komisji Nadzoru Finansowego i cały nadzór skupiony jest w Narodowym Banku Słowacji. Co więcej, na polu dmuchania na zimne Słowacy wyrastają na prawdziwych liderów strefy euro, do której weszli w 2009 r.

Rynek nieruchomości i powiązana z nim za pośrednictwem kredytów hipotecznych odporność systemu bankowego to obszary szczególnie wnikliwie kontrolowane przez Narodowy Bank Słowacji. Bogacące się społeczeństwo, niskie stopy procentowe zniechęcające do oszczędzania na lokacie, napływ środków od inwestorów zagranicznych (co szczególnie winduje ceny w Bratysławie, skąd do Wiednia jest zaledwie 60 km) - wszystko to musi przełożyć się na wzrost cen nieruchomości.

/ NBS

Rozumowanie to potwierdzają dane. Mieszkania w Słowacji drożeją w tempie obserwowanym ostatnio tuż przed upadkiem Lehman Brothers (7,6% w ujęciu rocznym), a wzrost zadłużenia gospodarstw domowych (13,9% w ujęciu rocznym) jest wyższy niż gdziekolwiek indziej w regionie.

Wzrost zadłużenia gospodarstw domowych na Słowacji na tle mediany UE / NBS

Dodajmy do tego relatywnie niski poziom oszczędności w gospodarce oraz niezbyt wysokie zyski sektora bankowego (dociskane przez niskie stopy procentowe), a otrzymamy wybuchową mieszankę, która wstrząśnięta przez zewnętrzny kryzys może doprowadzić do wybuchu.

Rozwój sytuacji na Słowacji zwraca uwagę najważniejszych instytucji międzynarodowych. „Potencjalną wrażliwość na zmiany na rynku nieruchomości” nieco eufemistycznie wytknęła Słowakom Europejska Rada Ryzyka Systemowego (ESRB). Uwagę na konieczność bacznego pilnowania jakości portfela kredytów mieszkaniowych zwróciły także OECD i MFW. Na całe szczęście, te dobre rady padają na długo po tym, jak sami Słowacy postanowili stawić czoła problemowi.

/ Eurostat

Lista instrumentów makroostrożnościowych stosowanych na Słowacji należy do najdłuższych w całej UE. Bez wdawania się w szczegóły z zakresu bankowej księgowości, warto wspomnieć, że znajdziemy tam m.in. antycykliczne bufory kapitałowe dla instytucji finansowych (niespotykane nigdzie indziej w strefie euro), dodatkowe obostrzenia dla najważniejszych instytucji sektora finansowego, ograniczenia dotyczące wielkości wypłacanych dywidend (więcej środków będzie musiało być odkładane na „czarną godzinę”) czy limity długości trwania okresu kredytowego (tylko 10% nowych kredytów może być udzielanych na ponad 30 lat) oraz ograniczenie samej wielkości kredytu (do lamusa odeszły kredyty przewyższające wartość nieruchomości tzn. ze wskaźnikiem LTV powyżej 100%).

Ponadto banki muszą upewniać się, że klienci „wytrzymają” nawet nagłą podwyżkę stóp procentowych o 2 punkty procentowe. To szczególnie ważne, ponieważ wszyscy mieszkańcy Europy Środkowej (i nie tylko) żyją obecnie w okresie historycznie niskich stóp procentowych. Podwyżki stóp będą dla wielu kredytobiorców przykrym zaskoczeniem, a jak uczy doświadczenie ostatnich kryzysów, do dobrych warunków ludzie łatwo i szybko się przyzwyczajają.

Wszystkie działania podejmowane przez Narodowy Bank Słowacji mają na celu wydłużenie bezkryzysowej passy. Podobnie jak w Polsce, również na Słowacji nie mieliśmy do czynienia z kryzysem bankowym na dużą skalę. Mało tego, oba kraje jako jedyne w Europie nie doświadczyły w XXI wieku ani jednego okresu recesji definiowanej jako dwa następujące po sobie kwartały spadku PKB.  

Wakacje z bankami. Monetarny przewodnik po Trójmorzu - Spis treści

Chorwacja – między kuną a euro

Czechy – twarda obrona korony

Słowacja – pod Tatrami stawiają na ostrożność (treść powyżej)

Estonia, Litwa, Łotwa – inflacja na peryferiach

Bułgaria – lew przywiązany do euro

Rumunia – w ślad za Polską

Słowenia – zapomniany kryzys euroentuzjastów

Austria – złota zmiana

Węgry – aktywni bratankowie

Polska – bastion bankowego konserwatyzmu

Dlaczego właściwie Chorwacja chce porzucić własną walutę? Który kraj przypomina Polskę sprzed lat? Gdzie euro jest jeszcze mniej chciane niż u nas? Na czym polegają węgierskie eksperymenty i dlaczego Bułgaria tak skutecznie obniża zadłużenie? Wszystko to i wiele więcej w „Monetarnym przewodniku po Trójmorzu”.

Estonia, Litwa, Łotwa – inflacja na peryferiach

Ekonomiczni turyści, którzy chcieliby doświadczyć wysokiej inflacji, mają w Europie tylko jeden kierunek – kraje bałtyckie. Wśród tak sprecyzowanej hipotetycznej grupy docelowej, każdy z nich mógłby inaczej reklamować swoje walory. Najwyższa inflacja obecnie utrzymuje się na Litwie (3,5%), najwyższy wzrost względem ubiegłego roku zanotowała Łotwa (z -0,6% do 3,1%), zaś Estonia jest jedynym krajem, który od 2011 r. (data przyjęcia euro przez ten kraj) charakteryzuje się średnią inflacją wyższą niż 2% (konkretnie 2,4%).

Dodatkowo społeczeństwa Litwy, Łotwy i Estonii są szczególnie wyczulone na inflację i to z przynajmniej dwóch powodów: po pierwsze, w okresie (po)sowieckim wzrost cen drastycznie obniżył ich poziom życia; po drugie, jednym z warunków przystąpienia do strefy euro dla każdego z tych krajów było trzymanie inflacji w ryzach (jedno z kryteriów konwergencji), przez co dane o inflacji co miesiąc obserwowane były nie tylko przez ekonomistów, ale i przeciętnych obywateli.

/ Eurostat

Nie dziwi więc, że mocno rosnące ceny są obecnie częstym tematem w estońskich, litewskich i łotewskich mediach. Przyczyny nadbałtyckiej inflacji są w dużej mierze takie same, jak wszędzie indziej – paliwa nie są tak tanie jak na początku 2017 r., a dodatkowo wyraźnie drożeje żywność. Litwini, Łotysze i Estończycy narzekają jednak nie tylko na same ceny, lecz na politykę Europejskiego Banku Centralnego, który ich zdaniem zdaje się nie dostrzegać wschodnich krańców strefy euro, gdzie inflacja dawno przekroczyła cel inflacyjny EBC ("poniżej, ale w pobliżu 2% w średnim okresie").

Krajowe banki centralne mogą jedynie rozłożyć ręce i powtórzyć, że zbierająca się we Frankfurcie Rada Prezesów (choć miewa także posiedzenia wyjazdowe, ostatnio właśnie Tallinie) patrzy przez pryzmat całej gospodarki strefy euro, w której państwa nadbałtyckie odgrywają rolę niepomiernie mniejszą od Niemiec, Francji czy Włoch.

W ostateczności – choć to opcja dostępna szczególnie Litwinom – mieszkańcy państw nadbałtyckich mogą przyjechać na zakupy do Polski. Jak wynika z danych GUS, w pierwszym kwartale 2017 r. granicę polsko-litewską przekroczyło 1,1 mln cudzoziemców, a każdy z nich średnio wydawał w naszym kraju 466 zł, o 3,1% więcej niż rok wcześniej. To więcej niż zostawiają u nas przybysze ze Słowacji (390 zł) i Czech (275 zł) i tylko niewiele mniej od przybyszów ze znacznie bogatszych Niemiec (502 zł). 

Wakacje z bankami. Monetarny przewodnik po Trójmorzu - Spis treści

Chorwacja – między kuną a euro

Czechy – twarda obrona korony

Słowacja – pod Tatrami stawiają na ostrożność

Estonia, Litwa, Łotwa – inflacja na peryferiach (treść powyżej)

Bułgaria – lew przywiązany do euro

Rumunia – w ślad za Polską

Słowenia – zapomniany kryzys euroentuzjastów

Austria – złota zmiana

Węgry – aktywni bratankowie

Polska – bastion bankowego konserwatyzmu

Dlaczego właściwie Chorwacja chce porzucić własną walutę? Który kraj przypomina Polskę sprzed lat? Gdzie euro jest jeszcze mniej chciane niż u nas? Na czym polegają węgierskie eksperymenty i dlaczego Bułgaria tak skutecznie obniża zadłużenie? Wszystko to i wiele więcej w „Monetarnym przewodniku po Trójmorzu”.

Bułgaria – lew przywiązany do euro

Przenieśmy się na południe, do słonecznej Bułgarii. Bank centralny tego kraju jako jedyny z banków centralnych Trójmorza funkcjonuje w warunkach systemu izby walutowej (ang. currency board). Cóż to takiego? To nic innego jak jednostronne zobowiązanie do powiązania krajowej waluty z inną walutą, najczęściej wprowadzone w celu okiełznania wysokiej inflacji. Mówiąc wprost, jest to rezygnacja z prowadzenia samodzielnej polityki monetarnej w celu m.in. (od)zyskania wiarygodności w oczach inwestorów.

W 1997 r., gdy nękani wysoką inflacją (nawet 500%) Bułgarzy wprowadzali izbę walutową, lewa powiązano z marką niemiecką. Następnie w naturalny sposób markę zastąpiło euro. Dziś jeden bułgarski lew to 0,511494 euro. Zielona, pozioma linia na poniższym wykresie to nie błąd graficzny, tylko kurs EUR/BGN. Dla porównania linia czerwona to „żywy” i określany przez rynek kurs EUR/PLN.

/ Bloomberg

Drogę od izby walutowej do strefy euro przebyły wcześniej Litwa, Łotwa i Estonia. Również Bułgarzy coraz głośniej myślą o przyjęciu euro. Co ciekawe, wyboru wizerunku, który znajdzie się na rewersie bułgarskich monet, dokonano już dobrych kilka lat temu (wygrał Jeździec z Madary).

- Będziemy starali się przekonać naszych partnerów, że choć przed nami jeszcze długa droga, to dołączenie do mechanizmu ERM II będzie dobrym wyznacznikiem wysiłków narodu bułgarskiego oraz jego wiary w ideę wspólnej Europy – mówił niedawno minister finansów Vladislav Goranow.

Pokłosiem związków ze strefą euro są także obowiązujące w Bułgarii stopy procentowe, których wysokość jest identyczna, jak w strefie euro. Dość powiedzieć, że Narodowy Bank Bułgarii zmuszony był wzorem EBC wprowadzić ujemną stopę depozytową, ponieważ niepokoił go nadmierny napływ środków z zachodnich banków – instytucjom tym bardziej opłacało się lokować w Bułgarii środki na 0%, niż faktycznie tracić na przechowywaniu pieniędzy w EBC (-0,05%).

W obliczu braku swobody ruchów w polityce monetarnej, w przypadku Bułgarii na pierwszy plan wysuwa się polityka fiskalna. Bez wdawania się w szczegóły (polityka fiskalna Trójmorza to temat na osobny „przewodnik”) warto jedynie dodać, że Bułgaria najmocniej w UE zredukowała relację długu publicznego do PKB i utrzymuje deficyty zdecydowanie niższe od unijnej średniej, dalekie od wymaganego przez KE progu 3% (ubiegły rok zamknęła zrównoważonym budżetem).

/ Eurostat

Będąc w Bułgarii, warto omówić jeszcze jedno ciekawe bankowe zjawisko. Bułgarzy to naród, który całkiem świeżo w pamięci ma run na banki. Latem 2014 r. masowe wycofywanie pieniędzy przez klientów dało się we znaki największym bankom komercyjnym w kraju. Nie brakowało spekulacji, że bankowa panika była pokłosiem porachunków wpływowych grup interesu. Środki najpierw wypłacano z banku KTB, w sprawie szefa którego prowadzono śledztwo dotyczące zlecenia zabójstwa, a następnie z Pierwszego Banku Inwestycyjnego, czołowej instytucji finansowej w kraju.

- Przyczyną kolejek były umieszczone w internecie pogłoski o niewypłacalności jednego z banków i anonimowo wysyłane SMS-y, w których namawiano ludzi do wycofania pieniędzy z Pierwszego Banku Inwestycyjnego (…). Sytuację bitwy między bankami tłumaczy się ich konkurowaniem o obsługę prawie miliarda euro, które mają wpłynąć na budowę South Stream. Bank centralny namawia ludzi do niewyciągania środków z kont bankowych i zapewnia o gwarancji ich wypłacalności – mówiła w rozmowie z Bankier.pl bułgarska dziennikarka Desisława Tanczewa.

Sytuację udało się opanować m.in. dzięki działaniom banku centralnego oraz rządu, który wspólnie z Komisją Europejską uruchomił opiewającą na 3,3 mld euro linię kredytową dla banków. Wciąż toczą się jednak procesy, w ramach których prokuratorzy oskarżają głównego właściciela KTB i 17 innych osób (w tym pracowników banku centralnego) o szereg nieprawidłowości, które doprowadziły do upadłości banku i przejęcia go przez państwo. 

Wakacje z bankami. Monetarny przewodnik po Trójmorzu - Spis treści

Chorwacja – między kuną a euro

Czechy – twarda obrona korony

Słowacja – pod Tatrami stawiają na ostrożność

Estonia, Litwa, Łotwa – inflacja na peryferiach

Bułgaria – lew przywiązany do euro (treść powyżej)

Rumunia – w ślad za Polską

Słowenia – zapomniany kryzys euroentuzjastów

Austria – złota zmiana

Węgry – aktywni bratankowie

Polska – bastion bankowego konserwatyzmu

Dlaczego właściwie Chorwacja chce porzucić własną walutę? Który kraj przypomina Polskę sprzed lat? Gdzie euro jest jeszcze mniej chciane niż u nas? Na czym polegają węgierskie eksperymenty i dlaczego Bułgaria tak skutecznie obniża zadłużenie? Wszystko to i wiele więcej w „Monetarnym przewodniku po Trójmorzu”.

Rumunia – w ślad za Polską

Jako mieszkańcy kraju rozwijającego się, zwykliśmy w poszukiwaniu wzorców spoglądać na kraje rozwinięte. Warto jednak pamiętać, że pod wieloma względami Polska znajduje się w awangardzie „emerging markets” – za nami są inni przedstawiciele tej grupy, którzy nawet gdy patrzą w kierunku Niemiec czy Wielkiej Brytanii, to przed sobą mają jeszcze m.in. Polskę. Trudny o lepszy przykład takiego kraju niż Rumunia – nie brak opinii, że kraj ten przypomina Polskę sprzed kilku lat.

- W Rumunii czuję się jak w Polsce 10 lat temu, czyli świetnie – pisał na swoim blogu w 2013 r. znany ekonomista Krzysztof Rybiński. Jak za niebawem się Państwo przekonają, podobieństwa widać także na polu monetarnym. Wystarczy jedynie spojrzeć na kilka poniższych wykresów.

Zaczniemy od inflacji, która jak przystało na państwa dźwigające się z epoki realnego socjalizmu, wystrzeliła w latach 90. (w Polsce raz, a dobrze do ponad 500%, zaś w Rumunii najpierw do ponad  200%, a w drugim hiperinflacyjnym epizodzie do 154%), od mniej więcej dekady utrzymuje się w „rozsądnych” granicach, a w 2014 r. zeszła nawet poniżej zera.

/ GUS, INSSE

Inflacja plus bank centralny równa się cel inflacyjny. Polska była drugim po Czechach krajem naszego regionu, który zdecydował się na zastosowanie strategii bezpośredniego celu inflacyjnego – od 1999 r. do 2003 każdorazowo ustalano jego wysokość w założeniach polityki pieniężnej, od 2004 r. NBP kieruje się stałym celem na poziomie 2,5% z możliwością odchylenia do 1 punktu procentowego w górę lub w dół. Jak pokazuje poniższy wykres, Rumuni zaczęli stosować cel inflacyjny później, jednak po kilku latach dostosowania ostatecznie dobili do „polskiego standardu”. To nie przesada – Polska i Rumunia są jedynymi na świecie krajami o celu inflacyjnym w postaci 2,5% (skoro byliśmy pierwsi, to nam należy prawo do nazwy).

/ NBP, BNR

Kolejnym naturalnym polem porównań banków centralnych dwóch największych krajów Trójmorza będzie wysokość stóp procentowych. W Rumunii stopa referencyjna wynosi obecnie 1,75% i jest tylko o 0,25 p.p. wyższa od stopy w Polsce. Jak nietrudno się domyślić, w przeszłości różnice bywały znacznie większe.

/ NBP, BNR

Gdyby w tym momencie ktoś narzekał na brak polsko-rumuńskich podobieństw, to wyciągam asa z rękawa. Nawet rumuński lej jest na światowych rynkach wyceniany podobnie, jak złoty – rumuńską walutę kupimy już za 0,93 zł. (bliżej parytetu ze złotym są tylko riale saudyjski i katarski oraz lira turecka i szekel izraelski). Fakt ten oczywiście nie ma większego znaczenia, ale po prostu łatwiej wczuć się w rumuńskie ceny i zarobki, niż przyjąć perspektywę Czechów (korona kosztuje ok. 16 groszy, dosyć niewygodny przelicznik) czy Węgrów (1 forint odpowiada 1,4 grosza, dlatego w kantorach nie kupimy mniej niż 100 HUF).

/ Bankier.pl

W jednym istotnym aspekcie Rumunii wysforowali się przed Polaków. Mowa o kwestii kredytów frankowych, choć u ujścia Dunaju problem ten był nieco mniejszy niż nad Wisłą. Tuż przed „frankogedonem” tylko ok. 5 proc. zadłużenia rumuńskich gospodarstw domowych było denominowane we frankach (wobec ok. 40 proc. w Polsce). Mimo to, w październiku 2016 r. parlament przyjął ustawę, w myśl której możliwe było przewalutowanie frankowego długu na leje po kursie z dnia zaciągnięcia kredytu. Frankowa ulga nie trwała jednak długo. Już w lutym 2017 r. rumuński Trybunał Konstytucyjny uznał, że ustawa frankowa jest niekonstytucyjna.

- Ogłaszając decyzję, prezes Trybunału Valer Dorneanu oświadczył, że ustawa jest "błędna i nie odpowiada żadnej dyrektywie europejskiej". Dodał, że jednym z powodów wydania takiego orzeczenia były znaczące różnice między tekstem ustawy przyjętym w Senacie a ostateczną wersją uchwaloną w izbie niższej – pisała Informacyjna Agencja Radiowa.

Z werdyktu cieszył się szef banku centralnego Mugur Isarescu, który przestrzegał wcześniej przed skutkami tej ustawy. - To dobra decyzja, którą należy zastosować. Wyjściem dla dłużników jest prowadzenie dwustronnych negocjacji z bankami" - mówił.

Trudno mu się dziwić, bo według szacunków pełne przewalutowanie wszystkich kredytów kosztowałoby rumuńskie banki 530 mln euro i obniżyłoby w całym systemie wskaźnik adekwatności kapitałowej o 1,8 p.p. (podobnie jak w Polsce ciężar rozłożyłby się nierówno, bo nie wszystkie banki udzielały takich kredytów). Zamiast ustawowego przewalutowania, Rumuni, podobnie jak Polacy, swoich praw dochodzą obecnie w sądowych sporach z bankami.

Wakacje z bankami. Monetarny przewodnik po Trójmorzu - Spis treści

Chorwacja – między kuną a euro

Czechy – twarda obrona korony

Słowacja – pod Tatrami stawiają na ostrożność

Estonia, Litwa, Łotwa – inflacja na peryferiach

Bułgaria – lew przywiązany do euro

Rumunia – w ślad za Polską (treść powyżej)

Słowenia – zapomniany kryzys euroentuzjastów

Austria – złota zmiana

Węgry – aktywni bratankowie

Polska – bastion bankowego konserwatyzmu

Dlaczego właściwie Chorwacja chce porzucić własną walutę? Który kraj przypomina Polskę sprzed lat? Gdzie euro jest jeszcze mniej chciane niż u nas? Na czym polegają węgierskie eksperymenty i dlaczego Bułgaria tak skutecznie obniża zadłużenie? Wszystko to i wiele więcej w „Monetarnym przewodniku po Trójmorzu”.

Słowenia – zapomniany kryzys euroentuzjastów

Kiedy w 2007 r. Słowenia jako pierwszy kraj „nowej Unii” wchodziła do strefy euro, niewielu zdawało sobie sprawę z czających się zagrożeń, które niewiele później wybuchły w postaci upadku Lehman Brothers czy europejskiego kryzysu zadłużeniowego. Sami Słoweńcy nie sądzili też zapewne, że kilka lat po przyjęciu wspólnej waluty, będą musieli samodzielnie rozwiązywać problemy krajowego sektora bankowego, do których euro wydatnie się przyczyniło.

Grecja, Cypr, Hiszpania, Łotwa, Irlandia, Włochy – takie odpowiedzi zapewne otrzymałbym od Państwa, gdybym poprosił o wskazanie europejskich krajów, które w ostatnich latach zmagały się z kryzysem bankowym. Wspomagając się danymi o frazach wyszukiwanych w Google, można dojść do wniosku, że na miano najbardziej „zapomnianego” kryzysu ostatnich lat zasługuje to, co działo się właśnie w Słowenii.

- Kto mógł to wszystko przewidzieć dziesięć lat temu? Czy możemy jednak pocieszać się tym, że, jak śpiewał Billy Joel, „to nie my wznieciliśmy pożar?”. Moim zdaniem wiele naszych problemów powstało wewnątrz kraju – gorzko podsumowywał prezes banku centralnego Bostjan Jazbec w trakcie rocznicowego przemówienia.

Oddajmy jeszcze głos prezesowi słoweńskiego Banku Narodowego, ponieważ jego słowa brzmią niemal dokładnie tak, jak stanowisko wielu przeciwników strefy euro (np. Phillipa Bagusa, autora książki „Tragedia Euro”).

- Powszechną przyczyną wielu kryzysów finansowych jest nadmierna akumulacja długu bez świadomości tego konsekwencji. Większość boomów napędzanych kredytem kończy się źle, a kryzysy finansowe to zjawiska, które zazwyczaj są rozciągnięte w czasie. Nierzadko pewna inercja lub wypieranie faktów przez osoby podejmujące decyzje sprawiają, że kryzys trwa dłużej – stwierdza prezes Jazbec.

Towarzyszący wejściu do UE i strefy euro szybki wzrost gospodarczy Słowenii był napędzany tanim kredytem. Banki opierały się na funduszach zagranicznych, a nagła ekspansja kredytowa nie pokrywała się ze wzrostem aktywów sektora prywatnego. Wrażliwość sektora bankowego wyszła na jaw, gdy w czasie kryzysu fundusze zaczęły odpływać. Wówczas władzom w Lublanie w oczy zajrzało widmo upadku największych banków w kraju.

Kryzys udało się opanować bez sięgnięcia po pomoc zewnętrzną, jednak koszty ratowania banków z pieniędzy publicznych były ogromne. W 2013 r. deficyt budżetowy sięgnął astronomicznego poziomu 15,1%, zaś relacja długu do PKB wzrosła z 53,9% do 71%. Na dokładkę kraj wpadł w recesję, a stopa bezrobocia wzrosła powyżej 14% (wobec 6% w szczycie koniunktury). Chociaż sytuacja w ostatnim czasie się poprawia, a budżet udało się okiełznać (rok temu Słowenia wyszła z unijnej procedury nadmiernego deficytu), to ciężar długu wciąż pozostaje (79,7%).

/ Eurostat

Publiczne środki posłużyły na ratowanie pięciu banków. Były to Abanka Vipa, Probanka, Factor Banka, Nova Ljubljanska Banka oraz Nova Kreditna Banka Maribor. Upadek ostatniego z nich miał pewne konsekwencje także Polsce. Po unieważnieniu znajdujących się w obrocie akcji banku, polscy inwestorzy (bank był notowany w Lublanie oraz na GPW)  zostali z niczym. Kto nie wierzy, niech sprawdzi poziom emocji na forum Bankier.pl.

4 lata po uratowaniu banków, słoweński rząd wciąż kontroluje 44 procent krajowego sektora. Plany prywatyzacji największego banku NLB zostały ostatnio ponownie odłożone, oficjalnie ze względu na sytuację na rynkach finansowych. Analitycy nie spodziewają się, aby prywatyzacja, której zapowiedź była jednym z warunków zgody Komisji Europejskiej na pomoc publiczną, doszła do skutku przed wyborami parlamentarnymi w 2018 r.

W kontekście wszystkich tych kryzysowych historii może dziwić, że Słoweńcy są narodem, który aż tak bardzo jest zakochany w euro. Korzyści z posiadania wspólnej waluty dostrzega 85% mieszkańców tego kraju – to wynik gorszy jedynie od zanotowanego w bogatym Luksemburgu (87%) będącym siedzibą wielu instytucji finansowych. 

Wakacje z bankami. Monetarny przewodnik po Trójmorzu - Spis treści

Chorwacja – między kuną a euro

Czechy – twarda obrona korony

Słowacja – pod Tatrami stawiają na ostrożność

Estonia, Litwa, Łotwa – inflacja na peryferiach

Bułgaria – lew przywiązany do euro

Rumunia – w ślad za Polską

Słowenia – zapomniany kryzys euroentuzjastów (treść powyżej)

Austria – złota zmiana

Węgry – aktywni bratankowie

Polska – bastion bankowego konserwatyzmu

Dlaczego właściwie Chorwacja chce porzucić własną walutę? Który kraj przypomina Polskę sprzed lat? Gdzie euro jest jeszcze mniej chciane niż u nas? Na czym polegają węgierskie eksperymenty i dlaczego Bułgaria tak skutecznie obniża zadłużenie? Wszystko to i wiele więcej w „Monetarnym przewodniku po Trójmorzu”.

Austria – złota zmiana

Większość członków Trójmorza przez pewien okres swojej historii w całości lub w części wchodziła w skład imperium Habsburgów. Odwiedzając Austrię, również nieco skupimy się na historii. Koniec końców Bank Austrii to jeden z najstarszych na świecie (1816 r.) banków centralnych, młodszy jedynie od swoich odpowiedników w Finlandii (1812 r.), Francji (1800 r.), Wielkiej Brytanii (1694 r.) i Szwecji (1656 r., jego losy dokładniej opisywałem w artykule „Pierwszy bankster świata. Wzlot i upadek Johana Palmstrucha”).

/ WGC

Od 1971 r. złoto nie stanowi już podstawy dla światowego systemu finansowego - o konsekwencjach zamknięcia „złotego okna” przez prezydenta USA Richarda Nixona szerzej pisaliśmy przed rokiem. Nie znaczy to, że złoto w całości wyparowało z banków centralnych. Ba, formalnie wciąż stanowi ono jedno z aktywów rezerwowych i każdego miesiąca otrzymujemy porcję informacji na temat zmiany stanu rezerw. Od kilkunastu już lat widać wyraźny trend, w ramach którego Zachód złoto sprzedaje, a Wschód (głównie Rosja i Chiny) kupuje.

Zakupy lub sprzedaż to jedno, a miejsce przechowywania to drugie. Większość państw naszego regionu, w tym także Polska, przechowuje kruszec w miejscach, gdzie można go łatwo sprzedać – np. w Londynie, gdzie funkcjonuje Londyńska Giełda Metali (LME). Wpływ na relokację rezerw miała II wojna światowa, a następnie widmo sowieckiej inwazji. Druga dekada XXI wieku zaczęła jednak przynosić zmiany w tym zakresie.

W maju 2015 r. gruchnęła wiadomość o tym, że Narodowy Bank Austrii zamierza zreorganizować swoje rezerwy złota tak, aby połowa królewskiego metalu pozostawała w kraju. Tym samym Austriacy poszli w ślady sąsiadów z Niemiec, którzy sprowadzanie złota zaczęli w styczniu 2013 r. Operacja, której szczegóły prezentuje poniższa grafika, ma zakończyć się do 2020 r.

/ OeNB

Do końca 2015 r. do Wiednia przewieziono 15 ton, w roku kolejnym dołożono drugie tyle. Zgodnie z planami Narodowego Banku Austrii, w tym roku liczba dostaw ma wynieść 30 ton. Do wykonania planu zostanie więc jeszcze 30 ton w ciągu trzech lat, wobec czego austriackie władze monetarne nie wykluczają, że operacja zakończy się przed terminem.

Jakby tego było mało, austriackie władze monetarne nie tylko upomniały się o zwrot swojego złota, lecz także (jak deklarują, bo oczywiście istnieją wątpiący) zbadały każdą ze sprowadzonych sztab oraz… wpuściły dziennikarzy do skarbca.

Do postaw świadczących o pewnej zachowawczości Narodowego Banku Austrii, dodać należy także jasno deklarowane przywiązanie do gotówki. „Jesteśmy w pełni przywiązani do dalszego używania gotówki” – mówi prezes Nowotny. „Jestem przekonany, że za 50 lat w Austrii będzie się płacić gotówką” – twierdzi jeden z dyrektorów banku Kurt Pribil. 

Wakacje z bankami. Monetarny przewodnik po Trójmorzu - Spis treści

Chorwacja – między kuną a euro

Czechy – twarda obrona korony

Słowacja – pod Tatrami stawiają na ostrożność

Estonia, Litwa, Łotwa – inflacja na peryferiach

Bułgaria – lew przywiązany do euro

Rumunia – w ślad za Polską

Słowenia – zapomniany kryzys euroentuzjastów

Austria – złota zmiana (treść powyżej)

Węgry – aktywni bratankowie

Polska – bastion bankowego konserwatyzmu

Dlaczego właściwie Chorwacja chce porzucić własną walutę? Który kraj przypomina Polskę sprzed lat? Gdzie euro jest jeszcze mniej chciane niż u nas? Na czym polegają węgierskie eksperymenty i dlaczego Bułgaria tak skutecznie obniża zadłużenie? Wszystko to i wiele więcej w „Monetarnym przewodniku po Trójmorzu”.

Węgry – aktywni bratankowie

„Polak, Węgier, dwa bratanki, mają bardzo różne banki” – tak należałoby sparafrazować doskonale znane wszystkim powiedzenie, chcąc możliwie najkrócej opisać monetarny stan gry nad Wisłą i nad Balatonem. Chociaż oba kraje od ponad ćwierćwiecza zaliczane są do tego samego koszyka państw rozwijających się i jednocześnie przystępowały do UE, NATO czy OECD, to akurat pod względem działalności banków centralnych różnic jest więcej niż podobieństw.

Nie zawsze jesteśmy w stanie zrobić to, co powinniśmy, ale zawsze powinniśmy zrobić to, co jesteśmy w stanie” – takim cytatem z jednego z listów Gabora Bethelna, XVII-wiecznego przywódcy powstania antyhabsburskiego, Narodowy Bank Węgier okrasza swoje raporty. Istotnie, węgierskie władze monetarne należą do jednych z najaktywniejszych w Europie, a może nawet na świecie. Który bowiem bank centralny nie tylko nieustannie „majstruje” przy stopach procentowych czy specjalnych programach wspierających gospodarkę, ale także zakłada budzące kontrowersje fundacje czy kupuje dzieła sztuki?

W 2013 r. Gyorgy Maltocsy, gospodarcza prawa ręka premiera Viktora Orbana, przesiadł się z fotela ministra gospodarki na fotel prezesa banku centralnego. Nominacja ta była jasną zapowiedzią tego, że odtąd władze polityczne i monetarne działać będą ramię w ramię, a niekonwencjonalna polityka, o którą minister Matolcsy głośno apelował, doczeka się realizacji. Mało kto chyba spodziewał się, że sprawy zajdą aż tak daleko.

Zacznijmy od podstawowego parametru, czyli referencyjnej stopy procentowej (to ta, która znajduje potem odzwierciedlenie w wielkości oprocentowania kredytów w bankach). Przez 10 lat od momentu wejścia do Unii, koszt pieniądza w Polsce był niższy niż na Węgrzech. Sytuacja zmieniła się dopiero w maju 2014 r. i na dobre ustabilizowała rok później. Dziś podstawowa stopa procentowa u bratanków to 0,9%, zaś u nas 1,5%.

/ NBP, MNB

Niższa referencyjna stopa podstawowa to tylko przygrywka do prawdziwie zasadniczej różnicy. Od marca 2016 r. Węgry są w wąskim gronie państw eksperymentujących z ujemną stopą depozytową. Jej niższy od zera poziom (-0,05%) oznacza, że banki komercyjne tracą, lokując środki w banku centralnym. Dlaczego władze monetarne Danii, Szwajcarii, strefy euro, Szwecji, Japonii i Węgier zdecydowały się na ten krok? Pomijając techniczne różnice (koneserów odsyłam do publikacji ekspertów polskich oraz zagranicznych), cel wszędzie był taki sam – zachęcić banki do rozkręcania akcji kredytowej.

Podobne motywy stały za uruchomionymi wcześniej specjalnymi programami, które również wpisują się w zakres niekonwencjonalnej polityki monetarnej. W 2013 r. Narodowy Bank Węgier uruchomił program „Finansowanie dla wzrostu”, w ramach którego udzielał bankom komercyjnym nisko oprocentowanych kredytów po to, aby te również zaoferowały tani kredyt małym i średnim przedsiębiorcom. Jak szacuje MNB, w ciągu 4 lat w programie udział wzięło 40 000 firm, które pozyskały 2,8 biliona forintów (ok. 14 mld zł) i zatrudniły dzięki nim dodatkowych 20 000 pracowników oraz podwyższyły dynamikę wzrostu PKB o 2 punkty procentowe. Program dobiegł końca w marcu 2017 r., a w jego miejsce MNB uruchomił inicjatywę mającą na celu wspierać finansowanie przedsiębiorstw przez rynek – to obecnie o tyle łatwiejsze, że, jak widać było na poprzednim wykresie, stopy procentowe nad Balatonem są obecnie znacznie niższe niż w przeszłości.

Kolejnym niekonwencjonalnym działaniem węgierskiego banku centralnego było uruchomienie „Programu Samofinansowania”, którego celem była zmiana struktury zadłużenia poprzez wzrost udziału długu denominowanego w forincie. Zaproszone do programu zostały banki komercyjne, które przy pomocy specjalnych zachęt namawiano do lokowania nadmiernych rezerw m.in. w obligacjach węgierskiego rządu. 

/ Opracowanie własne na podstawie MNB

Takie działanie miało na celu podniesienie odporności węgierskiej gospodarki na szoki zewnętrzne. Zdecydowanie władze Węgier miały co wzmacniać, ponieważ udział długu w walutach zagranicznych należał do najwyższych w UE, a doświadczenia kryzysu udowodniły Węgrom, jak niebezpieczne może to być. Co ciekawe, wysiłki Węgrów w tym aspekcie pochwalił nawet Międzynarodowy Fundusz Walutowy, który w 2008 r. ratował Węgrów, a z którym obecny rząd w Budapeszcie nie ma zbyt dobrych relacji.

Relacja długów denominowanych w obcych waluach do sumy długu publicznego / MNB

Z polskiego punktu widzenia ciekawe może wydać się również to, że na Węgrzech to bank centralny, a nie skarb państwa, jest właścicielem kontrolnego pakietu akcji lokalnej giełdy. W 2015 r. MNB odkupił 68% akcji budapesztańskiego parkietu od austriackiej grupy CEESEG, która kontroluje także giełdy w Pradze, Lublanie i Wiedniu. Przed laty głośno było o jej połączeniu z GPW. O mocno zwyżkującym węgierskim rynku akcji szerzej pisaliśmy w artykule „Węgierska giełda, czyli bratanków raj odzyskany”.

Osobny rozdział w opowieści o Narodowym Banku Węgier stanowi sprawa kontrowersyjnych fundacji, którym zarzucano dosyć zastanawiające i przy tym rozrzutne gospodarowanie środkami, a nawet monetyzowanie (czyli skupowanie) długu publicznego, co w niektórych kręgach uchodzi w przypadku banku centralnego za grzech ciężki.

W 2013 r. Narodowy Bank Węgier założył aż sześć fundacji (każda z imieniem bogini mądrości Ateny w nazwie), które zajmowały się m.in. wspieraniem działalności edukacyjnej, badawczej czy kulturalnej – o zakupach dzieł sztuki, w tym wspomnianego obrazu Tycjana, szerzej pisaliśmy w artykule „Bank centralny po węgiersku”. Poza tym jednak powołane fundacje, do których trafiła równowartość ok. czterech miliardów złotych, zatrudniały osoby powiązane ze środowiskiem władzy, inwestowały w nieruchomości, a także lokowały środki w obligacjach węgierskiego rządu, czego zakazuje unijne prawo (choć sam EBC skupuje obligacje państw strefy euro, ale to temat na osobne rozważania).

Wszystko to sukcesywnie wychodziło na jaw dzięki dociekliwości węgierskich dziennikarzy, ponieważ bank centralny uznał, że powołane fundacje nie są objęte przepisami o transparentności instytucji publicznych.

- Węgierska opinia publiczna dostrzegła mianowicie, że „przy okazji”, nieprzypadkowe osoby prywatne i firmy osiągają korzyści finansowe idące w setki milionów forintów. Wśród pobocznych beneficjentów operacji wykonywanych przez fundacje MNB są członkowie rodziny prezesa MNB i przedsiębiorcy stojący blisko Viktora Orbána. Jest wśród nich Lőrinc Mészáros, przyjaciel premiera z rodzinnej wsi Felcsút, jej burmistrz, a zarazem kustosz Fundacji posiadającej drużynę piłkarską, nowoczesny stadion i szkołę piłkarską o nazwie Akademia Puskásza. Znajomi i członkowie rodziny prezesa Matolcsy’ego dostali w trybie bezprzetargowym poważne zamówienia od fundacji bankowych(…). Jedna z fundacji MNB przeznaczyła 70 mln forintów (ok. 1 mln zł) na napisaną przez jego byłą sekretarkę książkę o działalności ministra Matolcsy’ego w ministerstwie gospodarki i jego potyczkach z Międzynarodowym Funduszem Walutowym – pisał w ubiegłym roku Zsolt Zsebesi z dziennika „Népszava”.

Spór wokół fundacji zakończyć chciał węgierski parlament, uchwalając ustawę mówiącą, że środki tych organizacji nie podlegają publicznej kontroli. Ustawa nie została jednak podpisana przez wywodzącego się z partii Fidesz prezydenta Janosa Adera, który skierował ją do Trybunału Konstytucyjnego. Tam zapadła decyzja, że próba utajnienia finansów publicznych fundacji jest niezgodna z węgierską konstytucją, ponieważ bank centralny służy interesom publicznym i wydawane przez niego środki nie tracą charakteru pieniędzy publicznych.

Jak widać, mało który bank centralny angażuje się w tyle niestandardowych działań co Narodowy Bank Węgier. Chcąc znaleźć zdecydowanie więcej spokoju wokół władz monetarnych, należy skierować się do Polski

Wakacje z bankami. Monetarny przewodnik po Trójmorzu - Spis treści

Chorwacja – między kuną a euro

Czechy – twarda obrona korony

Słowacja – pod Tatrami stawiają na ostrożność

Estonia, Litwa, Łotwa – inflacja na peryferiach

Bułgaria – lew przywiązany do euro

Rumunia – w ślad za Polską

Słowenia – zapomniany kryzys euroentuzjastów

Austria – złota zmiana

Węgry – aktywni bratankowie (treść powyżej)

Polska – bastion bankowego konserwatyzmu

Dlaczego właściwie Chorwacja chce porzucić własną walutę? Który kraj przypomina Polskę sprzed lat? Gdzie euro jest jeszcze mniej chciane niż u nas? Na czym polegają węgierskie eksperymenty i dlaczego Bułgaria tak skutecznie obniża zadłużenie? Wszystko to i wiele więcej w „Monetarnym przewodniku po Trójmorzu”.

Polska – bastion bankowego konserwatyzmu

„Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej” – mówi przysłowie. Naszą monetarną podróż przez kraje Trójmorza z rozmysłem kończymy w Polsce. Nigdzie indziej w regionie nie ma bowiem drugiego tak konserwatywnego banku centralnego, jak Narodowy Bank Polski. Dowodów jest aż nadto.

Stopy procentowe w naszym kraju należą do najwyższych w regionie i pozostają stabilne od marca 2015 r. (to najdłuższy okres stabilizacji w najnowszej historii). Niczego w tej kwestii nie zmieniły nawet roszady personalne w Radzie Polityki Pieniężnej, w których część analityków upatrywała możliwości dalszych cięć stóp.

/ fot. Andrzej Bogacz / FORUM

Od początku kryzysu, NBP kierowany przez Sławomira Skrzypka, Marka Belkę i od roku przez Adama Glapińskiego nie sięgnął po żadne niekonwencjonalne programy w postaci skupu rządowych obligacji czy rozkręcania akcji kredytowej. Owszem tego typu sugestie się pojawiały, zarówno przy pamiętnych rozmowach przy ośmiorniczkach Marka Belki i Bartłomieja Sienkiewicza, jak i w kampanii wyborczej Prawa i Sprawiedliwości, gdy Henryk Kowalczyk czy Zbigniew Kuźmiuk proponowali uruchomienie programu LTRO na wzór EBC czy Narodowego Banku Węgier (o programie w czasie expose mówiła też premier Beata Szydło).

Żaden z tych pomysłów nie został jednak wcielony w życie, przez co NBP całkowicie wolny jest od bólu głowy charakteryzującego wiele innych banków centralnych (z Fedem i EBC na czele), które zastanawiają się jak w bezpieczny sposób zakończyć monetarne eksperymenty. Z kolei faktycznie podejmowane działania – w tym lekko korygujące zapędy rynku interwencje na złotym czy czasowe obniżenie stopy rezerw obowiązkowych – potraktować można jak kosmetyczne zabiegi w porównaniu do poważnych chirurgicznych operacji prowadzonych w innych krajach.

Tak jak polska gospodarka przeszła przez kryzys bez recesji, tak i krajowy system bankowy nie zachwiał się tak, jak jego odpowiedniki w innych krajach. Dość powiedzieć, że po 2001 r. w Polsce upadł tylko jeden bank (konkretnie wołomiński SK Bank, którego przypadek szczegółowo opisywał „Puls Biznesu”).  Żadna z instytucji nie musiała być ratowana przy użyciu pieniędzy podatników, a ostatnie zmiany w strukturze właścicielskiej (przejęcie Alior Banku czy Pekao) to wynik nie kryzysowej konieczności, lecz politycznego zamysłu rządzących.

Gwoli sprawiedliwości należy dodać, że za stabilność polskiego systemu finansowego dba nie tylko NBF, ale i KNF – choć niebawem może się to zmienić, bo mocno skoncentrowany na sprawach makroostrożnościowych prezes Adam Glapiński jest zwolennikiem powrotu całego nadzoru pod skrzydła banku centralnego (tak jak w omawianym przypadku Słowacji). Współpraca między oboma instytucjami już teraz funkcjonuje w najlepsze – zapewne nie bez znaczenia jest w tym kontekście objęcie fotela przewodniczącego KNF przez Marka Chrzanowskiego, który przez moment zasiadał w RPP i który pracuje w tym samym instytucie SGH co prezes Glapiński. Konserwatywną twarz NBP i KNF dało się dostrzec m.in. w ostatnim ostrzeżeniu dotyczącym inwestowania w waluty wirtualne. Dodatkowo, motywowany obawą przed powtórką z Amber Gold, polski bank centralny wyraża wątpliwości co do projektu ustawy o REIT-ach, a KNF mocniej przykręca śrubę platformom foreksowym.

Polskiego nadzoru nad bankami (ani samych banków) nie wywróciła także sprawa kredytów frankowych. NBP od początku zaangażowany był w prace nad specjalnymi ustawami, jednak na żadnym etapie nie popierał propozycji pełnego przewalutowania po kursie z dnia zaciągnięcia kredytu – zamiast tego postawiono na dobrowolne rokowania klientów z bankami i mechanizmy zachęcające te instytucje do przewalutowania. Bankowi centralnemu niewątpliwie pomaga też to, że kredyty frankowe są bardzo dobrze spłacane, a ostatnio szwajcarska waluta tanieje wobec złotego.

/ NBP

Wisienkę na torcie konserwatyzmu polskiego banku centralnego stanowi emisja banknotu o nominale 500 zł. Decyzję o takim kroku podjęto jeszcze za prezesury Marka Belki, jednak obecne kierownictwo nie wycofało się z niej nawet mimo otwartej opozycji ze strony Ministerstwa Rozwoju. Na dodatek Jan III Sobieski wjechał do polskich portfeli (choć póki co jest go tam relatywnie niewiele) w sytuacji, w której niemal cały zachodni świat prowadzi otwartą wojnę z gotówką, w ramach której np. EBC zapowiada sukcesywne wycofywanie banknotu o nominale 500 euro. Co więcej, NBP ostatnio wystąpił z Koalicji na Rzecz Obrotu Bezgotówkowego i Mikropłatności i wycofał się do roli obserwatora jej działań. 

Wakacje z bankami. Monetarny przewodnik po Trójmorzu - Spis treści

Chorwacja – między kuną a euro

Czechy – twarda obrona korony

Słowacja – pod Tatrami stawiają na ostrożność

Estonia, Litwa, Łotwa – inflacja na peryferiach

Bułgaria – lew przywiązany do euro

Rumunia – w ślad za Polską

Słowenia – zapomniany kryzys euroentuzjastów

Austria – złota zmiana

Węgry – aktywni bratankowie

Polska – bastion bankowego konserwatyzmu (treść powyżej)

Przed Narodowym Bankiem Polskim, podobnie jak innymi bankami centralnymi Trójmorza, stoją poważne wyzwania. Przede wszystkim kraje Europy Środkowej muszą przygotować się na zwijanie niekonwencjonalnej polityki monetarnej w państwach Zachodu, głównie w USA i strefie euro. W przeszłości zdarzało się już, że gdy stopy procentowe w krajach rozwiniętych rosły, to kapitał odpływał z rynków wschodzących, co wywoływało tam poważne reperkusje (wspomnijmy choćby kryzys tygrysów azjatyckich sprzed 20 lat).

Dobra koniunktura w Trójmorzu to w sporej mierze efekt poprawy sytuacji w gospodarkach zachodnich, a minimalna doza pamięci wystarczy, aby przypomnieć sobie, jak gwałtownie zakończył się tam ostatni okres boomu oraz że wiele fundamentalnych problemów (z gigantycznym zadłużeniem na czele) wciąż nie zostało rozwiązanych. Omawiane kraje, które przyjęły euro, też nie mogą spać spokojnie – nikt do końca nie wie, jak będą się kształtować rentowności obligacji rządów poszczególnych państw unii monetarnej, gdy EBC przestanie skupować europejski dług w ilościach hurtowych.

Mnogość banków centralnych w naszym regionie sprawia, że możliwe jest wyciąganie wniosków z cudzych błędów. Owszem, ekonomia nie jest nauką ścisłą, a brak możliwości faktycznego eksperymentowania (znanego z chemii czy fizyki) sprawia, że nie zawsze da się w pełni przełożyć procedury zastosowane w kraju A, aby w kraju B osiągnąć te same efekty. Skoro jednak w sporej mierze jedziemy z krajami Trójmorza na jednym wózku, to także do nadchodzących wyzwań można przygotowywać się wspólnie - ostatecznie kooperacja na poziomie banków centralnych to nie tylko przywilej G7 czy G20.

W tym miejscu pragnę zakończyć monetarną podróż przez kraje Trójmorza. Mam nadzieję, że dzięki temu „przewodnikowi” zyskali Państwo nową perspektywę na sytuację w otaczających nas krajach. W Bankier.pl z całą pewnością będziemy jeszcze do nich wracać.

Źródło:
Michał Żuławiński
Michał Żuławiński
analityk Bankier.pl

Redaktor prowadzący działu Rynki Bankier.pl. Wraz z zespołem śledzi bieżące wydarzenia na polskiej giełdzie i globalnych rynkach finansowych, analizuje dane gospodarcze z kraju i ze świata, monitoruje politykę banków centralnych itp. Miłośnik nowych technologii, zarówno w obszarze mediów, jak i szeroko pojętego inwestowania. Laureat nagrody specjalnej w konkursie dla dziennikarzy ekonomicznych Narodowego Banku Polskiego im. Władysława Grabskiego.

Tematy
Zapytaj eksperta o kredyt hipoteczny

Zapytaj eksperta o kredyt hipoteczny

Komentarze (1)

dodaj komentarz

Powiązane: Gospodarka i dane makroekonomiczne

Polecane

Najnowsze

Popularne

Ważne linki