Początkujący inwestorzy często ulegają złudzeniu, że profesjonalny portfel wymaga szerokiej reprezentacji aktywów, aby nazwać go zdywersyfikowanym. Czy fundusz ETF na globalny rynek, obok ETFa na amerykańskich gigantów z Wall Street i rynki wschodzące, uzupełniony jednostkami funduszy śledzących branżę sztucznej inteligencji i surowców to optymalny wybór? Taki skład wygląda efektownie, jednak nie świadczy o jakości dywersyfikacji.


Kupowanie wielu funduszy bez zrozumienia ich wewnętrznej konstrukcji i wzajemnych korelacji prowadzi do nieświadomej koncentracji portfela, wzrostu ryzyka inwestycyjnego, co w konsekwencji może doprowadzić do spotęgowania strat w razie odwrócenia trendów rynkowych. Ponadto warto przeanalizować, czy coraz więcej pozycji w portfelu ma szanse przynieść wyższą stopę zwrotu, czy jedynie zwiększy koszty transakcyjne i skomplikuje proces zarządzania nim.
Eksperyment, który zrobił furorę
Koncepcja budowy portfela opartego na funduszach ETF wynika z filozofii pasywnego inwestowania spopularyzowanej przez Johna Bogle'a, legendarnego inwestora i bohatera Warrena Buffetta. W 1976 r. założony przez niego Vanguard wprowadził na rynek pierwszy na świecie fundusz indeksowy, który otworzył inwestorom (na początku tylko instytucjonalnym) dostęp do inwestowania w zdywersyfikowany portfel aktywów. First Index Investment Trust, zwany dziś pod nazwą Vanguard 500 Index Fund odwzorowywał zachowanie indeksu S&P500.
To, co zaczęło się jako eksperyment, nazywany „szaleństwem Bogle’a” ostatecznie stało się domyślnym podejściem inwestycyjnym dla milionów ludzi na całym świecie. Pasywne inwestowanie obecnie oferuje zaawansowane fundusze globalne, śledzące indeksy takie jak FTSE All-World czy MSCI ACWI. Fundusze te pokrywają niemal 85–90% światowej kapitalizacji rynków akcji, pozwalając inwestorom uzyskać za pomocą jednego instrumentu ekspozycję na akcje tysięcy spółek z całego świata.
Rada od Buffetta
Jeden fundusz i święty spokój? Czemu nie, zwłaszcza, że takiej rady swojej żonie udzielił Warren Buffet. Miało to miejsce jeszcze na przed rozstrzygnięciem słynnego zakładu, w którym sugerował że w ciągu najbliższej dekady fundusz odwzorowujący indeks S&P500 osiągnie lepszy wynik niż 10 dowolnych funduszy hedgingowych wybranych przez drugą stronę zakładu. Zakład Buffet wygrał, ale zanim rzeczywistość potwierdziła jego teorię, w liście do akcjonariuszy najbardziej znany inwestor świata podzielił się radą inwestycyjną, którą także zapisał w swoim testamencie.

- Moja rada nie może być prostsza: ulokować 10 proc. środków w krótkoterminowe obligacje rządowe oraz 90 proc. akcji w tani fundusz odwzorowujący S&P500 (sugeruję Vanguarda). Wierzę, że w długim terminie stopa zwrotu z takiego portfela będzie wyższa od tego, która osiągnie większość inwestorów – niezależnie od tego, czy mowa o funduszach emerytalnych, inwestorach instytucjonalnych czy indywidualnych – którzy zatrudniają wysoko wynagradzanych zarządzających – napisał Buffett w 2013 r.
Jeden fundusz i święty spokój
Ale wróćmy do teraźniejszości. Co daje jeden szeroki fundusz w portfelu? Może nie na S&P500, bo ten jest w dużej mierze uzależniony obecnie od sektora technologicznego, ale ETF oparty o wspomniany FTSE All-World czy MSCI ACWI? Po pierwsze prostota i wygoda w najlepszym wydaniu. Strategia „kup i trzymaj” oparta na jednym globalnym funduszu ETF to obecnie jeden z najskuteczniejszych sposobów na budowanie długoterminowego kapitału.
Nie trzeba dobierać wielu funduszy, monitorować wag sektorowych czy krajowych. Wystarczy regularne dokupowanie jednego instrumentu. Skład indeksu dostosowuje się sam. Firmy, które rosną, ważą w ETF-ie więcej. Bankruci z niego wypadają. Kompleksowa dywersyfikacja w jednym instrumencie redukuje ryzyko specyficzne, czyli zagrożenie dotyczące tylko jednej branży lub gospodarki danego kraju. Nawet ogromna przecena gigantycznej spółki, lidera jakiś branży nie dewastuje portfela.
Nie potrzeba analiz wykresów, czytania raportów finansowych. Inwestowanie zajmuje 5 minut w miesiącu – podczas zakupu kolejnych jednostek. Oszczędność czasu to jedno, ale jest jeszcze oszczędność pieniędzy. Zagraniczne i krajowe ETF-y na globalne rynki charakteryzują się bardzo niskimi kosztami zarządzania. Warto jednak pamiętać, że na ostateczny zysk wpływają nie tylko koszty funduszu, ale też opłaty transakcyjne czy jeszcze bardziej istotne ryzyko walutowe. W przypadku inwestowania w walutach obcych (EUR, USD) dochodzi koszt przewalutowania, a wahania kursów walut mogą mocno wpłynąć na wynik portfela rozliczanego w złotówkach. Mniejsze koszty to po prostu większy zysk.
Choć strategia brzmi prosto, jej utrzymanie bywa trudne z powodów behawioralnych. „Nuda inwestycyjna” sprawia, że inwestorzy szukają "emocji" i chcą spekulować, co psuje założenia tej prostej strategii. Ewentualnie próby wyczucia rynku, np. poprzez zaburzenie harmonogramu zakupów niemal zawsze kończy się gorszym wynikiem niż zwykłe trzymanie jednej szerokiej pozycji. Zrozumiałe jest jednak, że część inwestorów może mieć większą tolerancje na ryzyko i chcą rozszerzyć swój portfel o więcej pozycji.
Więcej nie znaczy lepiej
Posiadanie większej liczby ETF-ów ma zalety, ale tylko wtedy, gdy realizują one konkretny, przemyślany cel. Więcej pozycji nie oznacza automatycznie lepszej dywersyfikacji. Globalne ETF-y są ważone kapitalizacją rynkową, przez co np. USA stanowią w nich obecnie około 60–65% składu. Kupno ETF-a na globalne akcje, a i ETF-a na S&P 500 oraz na sektor technologiczny w rzeczywistości powiększa ekspozycję na te same spółki. To zwiększa ryzyko, zamiast je zmniejszać, a dodatkowo generuje wyższe koszty transakcyjne u brokera (operacje na trzech ETF, a nie na jednym). Zamiast kupować losowe fundusze, warto rozbudować portfel z kilku kluczowych powodów.
Po pierwsze chodzi dywersyfikacje między klasami aktywów, gdzie więcej funduszy pozwala uzyskać ekspozycję obok akcji, także na obligacje i na surowce i m.in. złoto. To realnie zmienia profil ryzyka. Kłania się teoria portfelowa Markowitza, mówiąca, że ryzyko portfela zależy nie tylko od ryzyka poszczególnych aktywów, ale też od ich wzajemnej korelacji. Im niższa korelacja, tym większy efekt dywersyfikacji, a więc wariancja, czyli zmienność całego portfela.
Portfel nie musi być skomplikowany
Przy budowie portfela inwestycyjnego, niewątpliwie warto postawić na dywersyfikację. Nie oznacza to jednak, że nasz portfel musi być skomplikowany i składać się z wielu ETF-ów – wręcz przeciwnie! Już sam zakup ETF-a zamiast pojedynczej akcji czy obligacji istotnie dywersyfikuje źródło wyników naszej inwestycji. Czerpanie zysków z kursów akcji globalnych spółek można uzyskać jednym instrumentem. Jeśli chcemy ograniczyć ryzyko portfela stosowanie do naszych celów inwestycyjnych i akceptowanego przez nas ryzyka, możemy dodać do tego ETF obligacyjny, wykazujący bardziej stabilne stopy zwrotu. I to w zasadzie może już być fundamentem portfela, zwłaszcza dla inwestora długoterminowego. Często większa liczba ETF-ów wnosi tylko chaos w strukturę portfela i utrudnia jego monitoring, natomiast poszczególne fundusze i tak wykazują podobne wyniki.
Jeśli chcemy bardziej zainteresować się rynkami, możemy rozbudować portfel do tzw. strategii core-satellite, gdzie „core” to omówiony już portfel ETF-ów na szerokie rynki, wokół którego budujemy „satelity” mniejszych ekspozycji stanowiące zdaniem inwestora okazje cechujące się większym potencjałem wzrostowym. Tę część strategii budujmy jednak dopiero, gdy dobrze orientujemy się na jaki rynek chcielibyśmy postawić i możemy poświęcić czas na jej monitorowanie i aktywne zarządzanie nią. Bardzo istotne jest również określenie wag między fundamentem portfela i jego satelitami – większa ich waga znacząco podwyższa ryzyko portfela. Również w przypadku takiej strategii istotny jest rebalancing do zakładanych przez nas wag portfela, aby wydarzenia na dynamicznych rynkach nie zniekształciły profilu ryzyka naszej inwestycji.
Akcje i obligacje historycznie są ze sobą nisko skorelowane, złoto bywa słabo lub ujemnie skorelowane z akcjami, a w niektórych okresach lekko dodatnio z obligacjami o długim terminie zapadalności (np. 10-letnie) jako „bezpieczna przystań”. Gdy akcje spadają, obligacje i/lub złoto statystycznie częściej zachowują się stabilniej lub nawet rosną. Zatem w okresach spadków na akcjach, obligacje skarbowe i złoto często pełnią rolę bufora, obniżając maksymalne obsunięcie portfela.
Taka mieszanka nisko skorelowanych klas aktywów pozwala uzyskać podobny oczekiwany zwrot skorygowany o ryzyko. Jednak im bardziej rozbudowany portfel, tym wyższe stają się koszty operacyjne. Przy regularnym wpłacaniu, zwłaszcza mniejszych kwot, prowizje dla brokerów, ewentualne koszty przewalutowań stają się ważnym czynnikiem mającym wpływ na stopę zwrotu.
Optymalny, czyli jaki?
Sensowny podział portfela nie zależy od obiektywnej wyższości jednego podejścia na drugim, ale indywidulanego profilu inwestycyjnego opartego o osobiste cele i operacyjnego sposobu ich realizowania. Różna tolerancja na ryzyko, zmienność, horyzont inwestycyjny, waluta bazowa i waluta naszych inwestycji, koszty związane z inwestowaniem mają bezpośredni wpływ na generowane stopy zwrotu.
Dla wielu inwestorów indywidualnych – zwłaszcza tych stawiających na maksymalną prostotę – pojedynczy ETF daje szeroką dywersyfikację w jednym miejscu. Warto jednak dopasować go do swoich realiów: inwestorzy z Polski mają do dyspozycji zarówno fundusze zagraniczne, jak i polskie ETF-y notowane na GPW.
Dla początkujących kluczowe może być wybór instrumentu rozliczanego w polskich złotych lub z zabezpieczeniem walutowym, co pozwala uniknąć kosztów przewalutowań i chroni stopę zwrotu przed nieprzewidywalnymi wahaniami kursów walutowych.
Gdy profil ryzyka wymaga części „bezpiecznej”, naturalnym uzupełnieniem staje się drugi element: ETF śledzący rynek dłużny. Konstrukcje składające się z trzech i więcej funduszy mają sens przy wyższym kapitałach i potrzebnie większej elastyczności wyjścia z inwestycji oraz pełnej odporności na pokusę porzucania słabszych aktywów w trudniejszych momentach na rynku.































































