Rok 2016 w polskiej gospodarce dla wielu był sporym rozczarowaniem. Ale z punktu widzenia pracowników był to najlepszy okres od niemal dekady. Ekonomiści liczą, że nadchodzący rok przyniesie przyspieszenie wzrostu gospodarczego.


Mimo sporej niepewności dotyczącej sfery politycznej w rok 2016 wkraczaliśmy w dobrych nastrojach. W styczniu rynkowy konsensus zakładał wzrost produktu krajowego brutto o 3,6-3,8%. Nikt nie przewidział tego, co wydarzyło się w kolejnych miesiącach. Szokiem był już wstępny odczyt PKB za pierwszy kwartał, który pokazał spadek o 0,1% względem poprzednich trzech miesięcy i wzrost o zaledwie 3% w ujęciu rok do roku.
To miał być tylko „wypadek przy pracy”, efekt bazy i w ogóle drugie półrocze miało być lepsze. Ale nie było. W drugim kwartale PKB urósł o 3,1%, w trzecim tylko o 2,5%, a prognozy na czwarty kwartał pozwalają oczekiwać wzrostu o 1,8-2,0%. Na przestrzeni roku powinniśmy się zmieścić poniżej 2,5%, co jest wynikiem marnym nie tylko w odniesieniu do oczekiwań sprzed 12 miesięcy, ale też względem nieco lepszej koniunktury w strefie euro. W III kwartale dynamika polskiego PKB była niemal tak wolna jak w krajach „starej Unii”. Tak słabo nie wypadaliśmy od przynajmniej 13 lat.
Przez cały rok ekonomiści dostosowywali prognozy do coraz niższego wzrostu PKB. Dotyczyło to nie tylko roku 2016, ale też 2017. W listopadzie MFW prognozował nam 3,1% wzrostu gospodarczego. Analitycy OECD liczyli na 3,2%, a Komisji Europejskiej na 3,4%. Jak zwykle najbardziej optymistyczny był rząd, który skonstruował budżet państwa przy założeniu wzrostu PKB o 3,6%. Według wicepremiera Mateusza Morawieckiego obserwowane spowolnienie wzrostu ma być „przejściowe”, a dynamika PKB przyspieszy, gdy tylko na dobre ruszą inwestycje współfinansowane z funduszy UE
Inwestycje kulą u nogi gospodarki
Za osłabienie dynamiki PKB w decydującym stopniu odpowiadał spadek wydatków inwestycyjnych. W III kw. wartość inwestycji zmalała o 7,3% rdr (dane wyrównane sezonowo) i był to trzeci kwartał z rzędu spadku tego wskaźnika. Ekonomiści i publicyści spierają się, co jest przyczyną takiego stanu rzeczy. Niewątpliwie duży udział ma przedłużający się „poślizg” w wydatkowaniu funduszy unijnych, co dotyczy przede wszystkim samorządów, ale także władz centralnych. Zapewne nie bez znaczenia były dwie rundy wymiany zarządów w spółkach Skarbu Państwa, co zdecydowanie nie sprzyjało podejmowaniu decyzji rozwojowych przez kierownictwo "narodowych czempionów".

Trudny do oszacowania jest wpływ drakońskiego zaostrzania przepisów podatkowych na inwestycje prywatnego biznesu. Z pewnością takie posunięcia jak „pakiet paliwowy”, propozycja 25 lat więzienia za VAT czy zamieszanie wokół opodatkowania FIZAN-ów zdecydowanie zniechęcały do inwestowania w Polsce. Tak samo jak niepewność związana z wprowadzeniem podatku handlowego czy jednolitego podatku. Oby w przyszłym roku tego politycznego chaosu było mniej.
Gospodarcze plusy i minusy odchodzącego roku
Spadek dynamiki PKB, paraliż inwestycji publicznych, załamanie w budownictwie (od stycznia do listopada wartość produkcji przemysłowej zmalała o 15,3% rdr), galopujący dług publiczny, nowe podatki i kolejne tysiące stron regulacji krępujących swobodę prowadzenia działalności gospodarczej – to najważniejsze minusy mijającego roku.
Bardzo słabo spisywał się polski złoty. Cena euro częściej gościła bliżej 4,50 zł niż 4,20 zł, coraz bardziej oddalając się od długoterminowej mediany, zlokalizowanej nieco powyżej czterech złotych. Dolar był najdroższy od grudnia 2002 roku. Ze słabej waluty cieszyli się eksporterzy, z jej powodu płakali importerzy i – co najważniejsze – cierpieli na tym konsumenci.
Ale dla zdecydowanej większości Polaków gospodarczo to był dobry rok. Dla ludzi wskaźniki typu PKB nie mają większego znaczenia. Natomiast fakt, że łatwiej jest znaleźć pracę i po kilku latach posuchy wreszcie można uzyskać porządną podwyżkę pensji ma znaczenie fundamentalne. I pod tym względem rok 2016 był najlepszy od wybuchu kryzysu finansowego.
Według danych Głównego Urzędu Statystycznego od stycznia do listopada duże przedsiębiorstwa niefinansowe (tj. zatrudniające ponad 9 osób) zwiększyły zatrudnienie o 165,7 tys. To przeszło dwukrotnie więcej niż w roku poprzednim i prawie trzy razy więcej niż dwa lata wcześniej. Poprzedni raz lepszy wynik zanotowano w roku 2007, gdy polski PKB rósł w tempie 6-7%.
Rynek pracownika wymusza podwyżki
Dzięki rosnącemu zatrudnieniu oraz malejącej liczbie ludności w wieku produkcyjnym stopa bezrobocia w Polsce spadła do najniższego poziomu od 25 lat. W listopadzie liczba osób zarejestrowanych jako bezrobotne wyniosła 1,31 mln, co przekładało się na stopę bezrobocia w wysokości 8,2%. Ale jeśli wyłączymy bezrobotnych fikcyjnych (tj. zarejestrowanych, ale nieposzukujących pracy), to faktyczna stopa bezrobocia w Polsce obniżyła się do 5,7%, a liczba bezrobotnych spadła poniżej miliona.
Firmy odczuły niedobór pracowników i zmuszone zostały do podniesienia wynagrodzeń. Wzrost średniego wynagrodzenia brutto w sektorze przedsiębiorstw wyniósł ok. 4%. Przy deflacji cenowej (przynajmniej według wskaźnika CPI) wzrost realny sięgnął blisko 5%, co jest wynikiem całkiem przyzwoitym. Ostatni raz realne wynagrodzenia rosły szybciej w latach 2006-08. Przy utrzymaniu takiej dynamiki przeciętna płaca realnie podwajałaby się co 14 lat.
Drugim pozytywem był fakt, że pomimo boomu na rynku pracy utrzymywała się niska inflacja cenowa. Ponieważ przez większą część 2016 roku ceny paliw utrzymywały się na poziomach niższych niż rok temu, drugi rok z rzędu Polska odnotowała deflację CPI, co zwiększało siłę nabywczą wynagrodzeń. Efekty było widać w statystykach PKB i sprzedaży detalicznej. W trzecim kwartale konsumpcja odpowiadała za 2,3 punktu procentowego wzrostu PKB – był to największy wkład od 5,5 roku. W czwartym kwartale ten efekt może być jeszcze silniejszy – w listopadzie sprzedaż detaliczna w cenach stałych wzrosła o 7,4% rdr, a więc najmocniej od ponad dwóch lat.
W kontekście przyspieszającej dynamiki konsumpcji nie sposób nie wspomnieć o rządowym programie „Rodzina 500+”, w ramach którego do gospodarstw domowych trafiło ponad 17 mld złotych. Choć mam negatywną opinię na temat tego zasiłku, to dla ponad dwóch milionów rodzin oznaczał on zdecydowany wzrost dochodów do dyspozycji. Był to też ekonomiczny temat numer jeden w Polsce A.D. 2016. W ujęciu makroekonomicznym pozytywne efekty „500+” były jednak słabsze od oczekiwań i zaczną stopniowo wygasać począwszy od drugiego kwartału 2017 r.
Rok 2017: szanse i zagrożenia
Punkt startowy nie jest zły: przyspieszająca konsumpcja, szansa na odkręcenie kurka z zamówieniami publicznymi (fundusze unijne), dobra sytuacja na rynku pracy, wciąż rekordowo niskie stopy procentowe i niezła kondycja gospodarki Niemiec. Nieśmiało można też liczyć na uspokojenie sytuacji na froncie polityczno-podatkowym. Rząd co miał przeforsować, to przeforsował. Rok 2017 ma szanse być pod tym względem spokojniejszy, choć gwarancji nikt tu dać nie może.
Z drugiej strony od początku roku uderzy w nas inflacja, do tej pory niewidoczna w statystykach CPI. Co prawda paliwa drożeją od marca, ale dopiero w listopadzie były droższe niż rok wcześniej. Wraz z innymi podwyżkami (m.in. energii elektrycznej, OC) już za kilka miesięcy możemy zobaczyć odczyty CPI przekraczające 1%, a może nawet 2%. Mimo to prezes NBP Adam Glapiński nie spodziewa się, aby powrót inflacji skłonił Radę Polityki Pieniężnej do podniesienia stóp procentowych. A przynajmniej nie w roku 2017.
Jeśli wszystko pójdzie dobrze, to przyszły rok w polskiej gospodarce nie powinien być gorszy niż obecny. Większość ekonomistów sądzi nawet, że będzie lepszy: z dynamiką PKB powyżej 3%, dalszym spadkiem bezrobocia przekładającym się na silniejszy nominalny wzrost wynagrodzeń (realny już taki pewny nie jest). Choć w dalszym ciągu będzie to wzrost dwukrotnie wolniejszy od naszych aspiracji. Aby skutecznie gonić kraje bogatego Zachodu, w okresie ożywienia gospodarczego Polski PKB powinien rosnąć w tempie ok. 7%.
Podobnie jak w poprzednich latach zagrożeń powinniśmy szukać przede wszystkim poza granicami Polski. W Europie cały czas tli się kryzys bankowy, a głównym punktem zapalnym są Włochy. Warto pamiętać, że świat nadal tkwi w kryzysie nadmiernego zadłużenia. W takich warunkach niewypłacalność jednego dużego podmiotu (banku, państwa lub korporacji) może łatwo wywołać efekt domina skutkujący globalną recesją na wzór roku 2009. Potencjalnym wyzwalaczem takiego kryzysu nadal jest sytuacja w Chinach, gdzie władze z coraz większym trudem panują nad wykreowanym przez siebie balonem kredytowo-inwestycyjnym.
Rok 2017 będzie napiętym okresem w europejskiej polityce. Pogrążające się w kryzysie gospodarczym i politycznym Włochy czekają przyspieszone wybory parlamentarne, które mogą wynieść do władzy opozycyjny Ruch Pięciu Gwiazd, otwarcie obiecujący referendum w sprawie opuszczenia strefy euro. We Francji spore szanse na prezydenturę ma Marine Le Pen z protekcjonistyczną agendą gospodarczą i antyunijną retoryką polityczną. Do końca marca Wielka Brytania ma oficjalnie skorzystać z artykułu 50. traktatu lizbońskiego, rozpoczynając procedurę opuszczenia struktur UE. Na koniec jesienią czekają nas wybory w Niemczech, które mogą zakończyć erę rządów Angeli Merkel.
Będzie to rok silnych zawirowań u naszych zagranicznych partnerów handlowych, co przy etatystycznej polityce polskiego rządu stwarza poważne zagrożenia dla wzrostu gospodarczego.






























































