

Nieco silniejsze od oczekiwań przyspieszenie wzrostu polskiej gospodarki to dobra wiadomość. Jednakże nie radziłbym popadać z tego powodu w euforię. Aby skutecznie gonić kraje bogatego Zachodu, w okresie ożywienia gospodarczego Polski PKB powinien rosnąć w tempie ok. 7%. Czyli dwa razy szybciej niż obecnie i tak, jak to miało miejsce przed kryzysem finansowym. Wzrost na poziomie 3,5% nikogo nie powinien satysfakcjonować.
Niestety, z cyklu na cykl polska gospodarka osiąga coraz niższe „prędkości maksymalne”: w roku 2007 było to 7,5%, w latach 2010-11 ponad 4%, a teraz nie potrafi rosnąć szybciej niż 3,5%. To może dobry wynik na tle pogrążonej w stagnacji Unii Europejskiej, ale co najwyżej przeciętny w zestawieniu z dynamiką krajów rozwijających się.
Z drugiej strony obecny wzrost gospodarczy opiera się na zdrowych fundamentach i inaczej niż w czasie poprzednich boomów nie towarzyszy mu ani wysoka inflacja, ani kredytowe szaleństwo, ani niezdrowy zalew unijnych funduszy. Mamy obecnie niską inflację, rozsądny wzrost akcji kredytowej i malejący deficyt na rachunku obrotów bieżących. Nawet stan finansów publicznych uległ lekkiej poprawie: deficyt fiskalny zapewne zmieści się w limicie 3% PKB, choć dług publiczny wciąż pozostaje zbyt wysoki jak na możliwości kraju na dorobku.






























































