Komentatorzy sportowi lubią mawiać, że bramka „padła z niczego”. Taka metafora wydaje mi się trafna w przypadku poniedziałkowej sesji na Wall Street. Nowojorskie indeksy poszły w górę, mimo że nie bardzo były ku temu powody.


Po mocnych piątkowych spadkach (S&P500 stracił 2,2%) poniedziałkowa sesja przyniosła odreagowanie - jeszcze na godzinę przed końcem handlu główne indeksy rosły po ok. 1,5%. Jednakże w końcówce sesji obóz byków wyraźnie osłabł. Finalnie Dow Jones zyskał tylko 0,19%, S&P500 urósł o 0,33%, a Nasdaq o 0,51%.
W komentarzach można było przeczytać, że inwestorów nieco uspokoiły weekendowe wypowiedzi przedstawicieli waszyngtońskiej administracji. Handlowy "jastrząb" i od niedawna szef doradców ekonomicznych prezydenta Larry Kudlow powiedział, że USA mogą utworzyć międzynarodowy blok handlowy przeciwko Chinom. I że w ogóle groźba nałożenia wzajemnych ceł zaporowych między USA a Chinami to element taktyki negocjacyjnej. Perspektywa zamknięcia chińskiego rynku dla amerykańskich produktów rolnych zaniepokoiła wielu republikańskich kongresmenów, którzy jesienią będą starali się o reelekcję. Mogą oni naciskać na prezydenta, aby ten się opamiętał.
Niektórzy komentatorzy twierdzili też, że część inwestorów mogło zajmować długie pozycje w nadziei, że wtorkowe przemówienie chińskiego prezydenta Xi Jinpinga złagodzi napięcie na linii Pekin-Waszyngton. Xi Jinpinga będzie przemawiał na międzynarodowym i mocno obsadzonym politycznie Boao Forum.
Na rzecz wzrostów mogło przemawiać także silne wyprzedanie w sektorze technologicznym - krótka spekulacyjna pozycja netto w kontraktach terminowych na Nasdaq osiągnęła największy rozmiar od 2011 roku. Przez ostatnie 6 lat spekulacyjnie nastawieni uczestnicy tego rynku grali na zwyżkę Nasdaqa. Zatem w ostatnich miesiącach długa spekulacyjna pozycja netto została wyzerowana. Niektórzy mogli też kupować akcje licząc na dobre wyniki spółek - w Ameryce sezon raportów za pierwszy kwartał rozpocznie się już w piątek.

Jednakże nadzieje optymistów bledną w konfrontacji z twardymi faktami. Po pierwsze, w zeszłym tygodniu dwie największe gospodarki świata stanęły na krawędzi wojny handlowej. Po drugie, w weekend Waszyngton bez żadnego wyraźnego powodu uderzył potężnymi sankcjami w Rosję rzucając na kolana giełdę w Moskwie.
Jakby tego wszystkiego było mało, to jeszcze prezydent Donald Trump wezwał do „szybkiej” odpowiedzi przeciw syryjskiemu reżimowi, opcji militarnej nie wykluczając. Decyzja ma zapaść w ciągu „następnych 48 godzin”. Dochodzi zatem ryzyko zaangażowania się USA na pełną skalę w wojnę w Syrii, w której operują już wojska rosyjskie.
Rynek akcji - i w znacznej mierze także obligacji - zaskakująco spokojnie przyjął też nowe prognozy Biura Budżetowego Kongresu. Wynika z nich, że już w roku 2020 deficyt fiskalny Stanów Zjednoczonych ponownie przekroczy bilion dolarów. Najnowsza prognoza jest o 1/3 wyższa od poprzedniej.
Mamy więc sesję, na której indeksy poszły w górę, mimo że w trakcie weekendu wzrosło ryzyko geopolityczne, a nad rynkiem amerykańskich papierów skarbowych zawisły czarne chmury. Optymizm kupujących akcji jest więc w istocie godny pozazdroszczenia.
Krzysztof Kolany


























































