Odbicie cen akcji producentów chipów i pamięci wsparło nowojorskie indeksy i doprowadziło do wzrostowej sesji na Wall Street. Wszystko inne przemawiało raczej za przeceną akcji. Negatywnie reagował za to rynek długu skarbowego.


Choć początek wtorkowego handlu zapowiadał się nieszczególnie, to trzy główne nowojorskie indeksy zakończyły dzień na solidnych plusach. Najwięcej zyskał Nasdaq Composite, który poszedł w górę o 1,29% i finiszował z wynikiem 25 837,21 pkt. S&P500 dodał 0,89% i zameldował się na poziomie 7 509,20 pkt. Dow Jones po zwyżce o 0,74% dotarł na wysokość 52 224,64 punktów.
Główną siłą napędową wtorkowej zwyżki było odreagowanie w sektorze półprzewodników, gdzie branżowy Philadelphia Semiconductor Index zanotował zwyżkę o 5,3% po tym, jak przez poprzedni miesiąc stracił niemal 20%, korygując ostre zwyżki z wiosny, kiedy to więcej niż podwoił swą wartość. We wtorek akcje Micron Technology zwyżkowały o 12%, Intela o prawie 9%, AMD o 7,6%, a SanDisku o blisko 13%. Cóż, jak widać zmienność wciąż dopisuje.
Tymczasem informacje napływające dziś ze świata zachęcały raczej do jak najszybszej ewakuacji z rynku akcji w szczególności i z rynku kapitałowego w ogólności. To doskonale wyłapał ten mądrzejszy z rynków, czyli rynek długu. Rentowność 10-letnich obligacji skarbowych USA podniosła się do 4,62% i już niemal wyrównała lokalny szczyt z maja. To sygnał, że inwestorzy obracający obligacjami ponownie widzą zagrożenie wyższą inflacją i podwyżkami stóp procentowych w Rezerwie Federalnej. A to są złe wiadomości tak dla wycen akcji, jak i obligacji.
I trudno się temu dziwić, skoro na Bliskim Wschodzie grozi nam blokada kolejnej cieśniny – tym razem Bab al-Mandab stanowiącą wejście na Morze Czerwone od strony Oceanu Indyjskiego. Chodzi o rebeliantów z Huti, którzy ogłosili blokadę morską Arabii Saudyjskiej. W efekcie ceny ropy naftowej ruszyły w górę i dotarły do poziomu 91,5 USD za baryłkę. A to oznacza wyższe ceny paliw, słabszego konsumenta, wyższe koszty przedsiębiorstw i w dodatku być może też wyższe stopy procentowe w bankach centralnych. Czyli bardzo niedobrze z punktu widzenia aktywów finansowych.

Jakby mało było wojen na Bliskim Wschodzie, to jeszcze prezydent USA Donald Trumpa przypomniał sobie o nieco już zapomnianych cłach i znów zagrał kartą „clę cię”. Pierwszą ofiarą tradycyjnie już padła Kanada. Część towarów importowanych zza północnej granicy USA obłożono zaporową stawką celną w wysokości 50%. Ale podobno prezydent Trump chce oclić stawką 10% towary z kilkudziesięciu innych krajów, co zapewne na nowo rozpętałoby wojny handlowe. Jak na ironię Republikanin powołuje się przy tym na niesławną ustawę Smoot’a-Hawley’a z roku 1930, która wpędziła Stany Zjednoczone i świat w Wielką Depresję i pośrednio przyczyniła się do wybuchu II wojny światowej.
Rok temu lęk przed powtórką z wydarzeń sprzed prawie stu lat doprowadził do potężnego tąpnięcia na Wall Street.Teraz inwestorzy zdają się w ogóle nie przejmować tą groźbą. Najwyraźniej uznają, że Trump jak zwykle stchórzy (tzw. TACO). Lepiej, żeby mieli rację.































































