W ostatnich latach popularną praktyką było pożyczanie jenów, za które później kupowano bardziej dochodowe aktywa w Europie, Australii, Brazylii czy Nowej Zelandii. Wykorzystywano w ten sposób ogromne różnice w stopach procentowych, które w Japonii wynoszą zaledwie 0,5%. Operacje te ochrzczono mianem carry trade.
Jednak teraz duzi spekulanci w panice pozbywają się swoich aktywów – według niektórych analityków globalne fundusze potrzebują ogromnej ilości gotówki, by spełnić żądania inwestorów, którzy chcą wycofać swój kapitał. Dlatego też zamykane są transakcje carry trade, co rodzi silny popyt na japońską walutę.
O godzinie 10:00 za dolara można było uzyskać zaledwie 92,37 jeny, a więc o 2,5% mniej niż na zamknięciu piątkowych kwotowań. W ciągu ostatnich siedmiu dni kurs USD/JPY spadł o przeszło 9%.
Jeszcze dramatyczniej wyglądają spadki na parze funt-jen. Szterling traci dziś 6%, notując cenę 141,60 jenów. W piątek notowania funta zniżkowały nawet o 12%. Euro traci 4,1%, osiągając kurs 114,35 jenów.
Aprecjacji jena nie zatrzymała nawet werbalna interwencja grupy G7, która w trakcie weekendu wyraziła „zaniepokojenie” wysoką zmiennością kursu japońskiej waluty. Po rynku krążą też spekulacje, że interwencję na rynku walutowym przeprowadzi sam Bank Japonii. Ostatni raz japoński bank centralny grał na osłabienie jena w marcu 2004 roku. Wówczas kurs USD/JPY spadł do poziomu 103 jenów.
K.K.






























































