Tak wiele czasu poświęca się na analizę wysokości podatku dochodowego, ale tak naprawdę to nie on jest problemem tylko wysokie składki do ZUS-u. Młody wchodzący na rynek pracy najczęściej może liczyć na maksymalnie 2,5 tys. zł brutto, czyli 1808 zł netto.


Z tego zapłaci 155 zł podatku dochodowego i 860 zł składek do ZUS (łącznie z tymi, które musi wypracować po stronie pracodawcy). Zatem podatek dochodowy stanowi 13% obciążeń, które znajdują się w wynagrodzeniu. O wiele lepszym rozwiązaniem jest zwolnienie lub radykalne zmniejszenie składek do ZUS-u, jakie muszą płacić młodzi.
Bardzo rzadko porusza się problem rzeczywistych patologii rynku pracy. Obecnie wielu studentów, nawet dziennych, równocześnie pracuje zawodowo. Optymalizują swoje koszty, pracując na umowie-zleceniu, która wówczas nie rodzi dodatkowych kosztów po stronie pracodawcy, a pracownik płaci tylko podatek.
ReklamaZobacz także
Przy kwocie wynoszącej 2500 zł brutto na rękę otrzymują 2140 zł. Ale zaraz po zakończeniu studiów muszą płacić pełny ZUS - ich pensja maleje do 1850 zł, a koszt pracodawcy rośnie do 3018 zł. Więc albo tracą pracę, albo przechodzą na umowę o pracę, ale często z niższym wynagrodzeniem. Ewentualnie zapisują się na drugie studia (o ile nie ukończyli 26. roku życia).
Państwo oferuje możliwość refundacji składek do ZUS-u dla nowo zatrudnionych, ale to wymaga pośrednictwa w urzędzie pracy, czyli kombinowania. Nie ma opcji na normalne funkcjonowanie w życiu społeczno-gospodarczym - na każdym etapie trzeba "cwaniakować". To stresujące i kosztowne. Ponadto kształci w młodych postawę wrogości wobec instytucji publicznych.
Praktycznie nie ma instrumentu, który umożliwiałby płynne przejście z okresu nauki do okresu życia zawodowego. Zwłaszcza, że młody zwykle nie ma majątku, dopiero go buduje. Jak ma odłożyć na mieszkanie skoro od pierwszego dnia pracy państwo nakłada na niego akcyzę?
Tymczasem politycy proponują zwolnienie ich z podatku PIT, nie rozwiązując przy tym kwestii odliczenia części tego podatku od składki zdrowotnej, co w efekcie powoduje, że ich dochody wzrosną o mniej niż 10%, czyli ok. 100 (25 euro). Dlatego warto napisać to jeszcze raz - to nie podatek dochodowy jest problemem tylko wysokie składki do ZUS-u.
A jak państwo chce z tym walczyć? Zamiast obniżyć koszty umów o pracę, by
stały się bardziej atrakcyjne od umów cywilno-prawnych, politycy
niezależnie od partii proponują likwidację umów-zlecenia! Posłowie zwykle więcej mówią, niż robią - przykładowo o problemie wysokiego odsetka umów o pracę zawieranych na absurdalnie długie terminy mówiono od 2010 roku. Nad przepisami normalizującymi rynek pracowano 5 lat (dłużej niż nad Konstytucją RP) - jak dobrze pójdzie to nowela wejdzie w życie na początku 2016 roku, czyli 6 lat od pojawienia się sygnału o problemie.


























































