REKLAMA
RAPORT BANKIER.PL

Kulturoznawca: Nie każdy na hulajnodze to „kukiryniarz”

2026-09-20 19:00
publikacja
2026-09-20 19:00
Dodaj Bankier.pl w Google

„Kukiryniarz” to pejoratywne określenie młodego człowieka na szybkiej hulajnodze, który łamie przepisy i zakłóca porządek. Taki stereotyp nie opisuje jednak wszystkich młodych jeżdżących na hulajnogach – powiedział PAP kulturoznawca dr Karol Jachymek.

Kulturoznawca: Nie każdy na hulajnodze to „kukiryniarz”
Kulturoznawca: Nie każdy na hulajnodze to „kukiryniarz”
fot. Varga Jozsef Zoltan / / Shutterstock

PAP: Kiedyś ikoną miejskiej kultury młodzieżowej był skejt na deskorolce. Dzisiaj po miastach przemieszczają się chmary młodych ludzi na hulajnogach. Nastąpiła zmiana warty?

Dr Karol Jachymek, kulturoznawca i medioznawca z Obserwatorium Praktyk Medialnych Uniwersytetu SWPS: Nie powiedziałbym, że to aż tak radykalna zmiana. Po drodze mieliśmy przecież BMX-y, rolki, longboardy – po prostu zmieniają się gadżety, za pomocą których młodzi anektują przestrzeń publiczną.

Hulajnoga stała się jednak znacznie bardziej powszechna i znormalizowana. Młody człowiek na deskorolce trochę mocniej komunikował: należę do określonej kultury, mam konkretne zainteresowania. Hulajnogą jeździ dziś bardzo wiele różnych osób. Jedni traktują ją wyłącznie jako środek transportu, inni uprawiają sport i wykonują triki, a jeszcze inni jeżdżą bardzo szybko, łamią przepisy i nagrywają to, żeby później wrzucić film do internetu.

Dlatego nie wrzucałbym ich wszystkich do jednego worka. Hulajnoga stała się po prostu jednym z gadżetów współczesnej młodości – obok smartfona czy słuchawek.

Scammingout

PAP: Ci „szybcy i wściekli” dorobili się nawet własnej nazwy – kukiryniarze. Skąd się wzięło to słowo?

K.J.: Określenie pochodzi od marki KuKirin, producenta szybkich hulajnóg elektrycznych, i ma raczej pejoratywny charakter. Oznacza stereotypowego młodego chłopaka, który jeździ szybko, bywa agresywny, łamie przepisy, zakłóca porządek i w pewnym sensie zawłaszcza przestrzeń.

To interesujące, bo jedno słowo potrafi zbudować całą narrację o zjawisku. Nagle hulajnogarz staje się młodym gniewnym, łobuzem, który zagraża przechodniom. Tacy użytkownicy oczywiście istnieją, ale byłoby dużym uproszczeniem uznać, że wszyscy młodzi jeżdżący na hulajnogach są kukiryniarzami.

PAP: Czyli nie mamy nowej subkultury, która zastąpiła skejtów?

K.J.: Byłbym bardzo ostrożny z nazywaniem jej subkulturą w takim znaczeniu, w jakim kiedyś mówiliśmy o punkach czy skejtach. Nie widzę tu jednolitej grupy z własnym systemem wartości, muzyką, ubiorem i stylem życia.

Możemy natomiast mówić o grupach czy wspólnotach tworzących się wokół hulajnóg. Są młodzi ludzie jeżdżący wyczynowo, spotykający się w skateparkach, wykonujący triki. Są też ci, których określa się mianem kukiryniarzy. I jest ogromna grupa osób, dla których hulajnoga pozostaje po prostu wygodnym sposobem przemieszczania się.

To raczej element szerszej kultury młodzieżowej niż odrębna subkultura.

PAP: Jest za to TikTok. Wystarczy wpisać „hulajnoga”, żeby zobaczyć tysiące trików, przejazdów, wypadków. Czy jeśli wyczyn nie trafił do sieci, to trochę tak, jakby go nie było?

K.J.: Media społecznościowe są bardzo ważnym elementem tej kultury. Młodzi nagrywają triki, montują edity, oglądają innych, inspirują się nimi. Ale znowu przestrzegałbym przed prostym stwierdzeniem, że robią to wyłącznie dla lajków i zasięgów.

Dla młodych kultura cyfrowa jest naturalną częścią codzienności. Jeżeli pojechałem z kolegami na hulajnogę, zrobiłem trik, ktoś go nagrał i wrzuciłem film znajomym, niekoniecznie oznacza to, że marzę o karierze influencera. Po prostu w taki sposób dzielę się swoim doświadczeniem.

Zresztą nagrywanie wyczynów nie zaczęło się wraz z TikTokiem. Przypomina mi się stary internetowy mem: Paweł Jumper – chłopak na rowerze, którego koledzy uwiecznili podczas nieudanej próby skoku z rampy. Technologia się zmieniła, ale potrzeba pokazania innym: „patrzcie, co zrobiłem”, jest znacznie starsza.

PAP: Tyle że dziś w tej paczce ktoś jeździ, ktoś nagrywa, ktoś montuje. To już mała produkcja medialna.

K.J.: I to jest ciekawe. Możemy oczywiście powiedzieć: dzieciaki wszystko nagrywają, nawet nie potrafią już po prostu sobie pojeździć. Ale możemy też zobaczyć grupę rówieśniczą, w której pojawia się podział zadań: ktoś jest bohaterem nagrania, ktoś operatorem, wspólnie coś tworzą.

Oczywiście media społecznościowe mogą napędzać modę na bardziej ekstremalną jazdę. Jeżeli atrakcyjne nagrania są oglądane i powielane, pojawia się pokusa, żeby zrobić coś jeszcze bardziej efektownego. I wtedy dochodzimy do kwestii bezpieczeństwa. Ale samo nagrywanie nie musi oznaczać patologicznej pogoni za popularnością.

PAP: Hulajnoga może być też symbolem statusu? Wyczynowy sprzęt kosztuje nie kilkaset, ale kilka tysięcy złotych, za e-hulajnogę można zapłacić nawet 35 tys. zł.

K.J.: Oczywiście. Co prawda na podstawowym poziomie hulajnoga jest nawet bardziej demokratyczna od deskorolki, bo ma niższy próg wejścia: stajemy na niej i stosunkowo szybko jesteśmy w stanie jechać, gdy nauczenie się jazdy na deskorolce, zwłaszcza na poziomie wyczynowym, wymaga znacznie więcej czasu.

Ale kiedy wchodzimy głębiej, pojawia się cały rynek: modele, marki, tuning, ulepszenia. Wtedy sprzęt może stać się symbolem statusu, a konkretna hulajnoga czy jej wyposażenie pokazują, jakim kapitałem dysponujemy.

To zresztą nic wyjątkowego. Podobnie jest z rowerami – możemy kupić bardzo tani, ale możemy też wydać na niego ogromne pieniądze.

PAP: Dorośli patrzą jednak przede wszystkim na rozpędzone hulajnogi, wypadki i młodych ludzi szalejących między przechodniami. Może problem polega również na tym, że miasta nie zostawiają nastolatkom miejsca, w którym mogliby się wyszaleć?

K.J.: Z tym się całkowicie zgadzam. Projektując przestrzeń publiczną, bardzo rzadko myślimy o młodych. Zresztą nie tylko o nich – nasze miasta przez lata projektowano przede wszystkim pod samochody, a znacznie gorzej radzą sobie z pieszymi czy alternatywnymi środkami transportu.

Ale w przypadku młodzieży dochodzi jeszcze coś innego: ona jest z przestrzeni publicznej często wypychana. Jeżeli na osiedlowej ławce siedzi grupa nastolatków, część dorosłych natychmiast zaczyna się niepokoić: na pewno piją, palą, zaraz coś zniszczą. Najchętniej byśmy ich stamtąd usunęli.

Tylko gdzie oni mają pójść?

PAP: Do galerii handlowej? Klubu, gdzie za napój zapłacą dwadzieścia złotych?

K.J.: Właśnie. Potrzebujemy przestrzeni publicznych, w których młodzi mogą funkcjonować trochę na własnych prawach: parków, bulwarów, skateparków, centrów sportów miejskich.

Pochodzę z Mińska Mazowieckiego, gdzie powstał fantastyczny skatepark, właściwie centrum sportów miejskich. Takie miejsca są bardzo potrzebne. Młodzi mogą tam jeździć, spotykać się, spędzać razem czas.

Łatwo powiedzieć: zakażmy młodym tego czy tamtego. Podobną dyskusję mamy dziś wokół mediów społecznościowych. Tylko jeżeli coś zabieramy, powinniśmy pomyśleć, jaki dajemy im ekwiwalent. Gdzie mają być razem, poznawać się, czasem pokłócić, popełnić błąd i nauczyć się funkcjonowania w grupie?

PAP: Może hulajnoga daje też odrobinę wolności pokoleniu wychowywanemu pod nieustannym nadzorem? Rodzic ma Librusa, aplikację lokalizacyjną, wie, gdzie dziecko jest i jaką dostało ocenę.

K.J.: Współczesne dzieciństwo rzeczywiście jest znacznie silniej kontrolowane przez dorosłych. Sam czasem myślę: jak dobrze, że za moich czasów nie było elektronicznego dziennika.

Dzisiaj nawet dziecięca zabawa często jest organizowana przez dorosłych i powinna czemuś służyć: rozwijać, edukować, kształtować określone kompetencje. A coraz mniej jest dzieciństwa w rodzaju: wychodzę na podwórko i razem z innymi uczę się tworzyć własne reguły. Trochę się pokłócimy, trochę powalczymy o patyk, stworzymy grupę, pogodzimy się.

Hulajnoga może więc być, przynajmniej symbolicznie, małym manifestem samodzielności. Młodzi wychodzą razem, jeżdżą po okolicy albo po prostu siedzą na ławce, a hulajnogi stoją obok.

PAP: Napisał pan książkę „Z nosem w smartfonie”. Może powinniśmy się więc cieszyć: wreszcie oderwali się od ekranów i wyszli z domu?

K.J.: To jest właśnie zabawne. Kiedy młodzi siedzą w domu z telefonem, narzekamy, że nie wychodzą. Kiedy wychodzą i zaczynają coś robić, okazuje się, że też jest źle.

Może więc największym problemem jest sposób, w jaki my, dorośli, patrzymy na młodzież. Nie chcę tworzyć kolejnej dychotomii: albo smartfon, albo hulajnoga. Ich świat tak nie wygląda. Młody człowiek jedzie z kolegami na hulajnogę, nagrywa trik smartfonem, wrzuca go do sieci, ogląda filmy innych i następnego dnia znowu wychodzi pojeździć. Świat cyfrowy i fizyczny nie są dla niego przeciwieństwami, tylko się przenikają.

PAP: Czyli: dajmy dzieciakom jeździć na hulajnogach, ale nie dajmy im wjechać sobie na głowę?

K.J.: Sobie wzajemnie też. Oczywiście potrzebujemy zasad i bezpieczeństwa. Młodzi nie mają prawa stawiać przestrzeni publicznej na głowie ani wjeżdżać w ludzi.

Ale jednocześnie powinniśmy tworzyć miejsca, w których mogą spotykać się, próbować różnych rzeczy i uczyć funkcjonowania z innymi. Chciałbym, żeby zarówno przestrzeń cyfrowa, jak i ta poza ekranem były dla nich bezpieczne, ale też dawały im trochę swobody. Młodzi mają prawo do tego, żeby po prostu być młodzi.

Rozmawiała Mira Suchodolska (PAP)

mir/ kcz/

Źródło:PAP
Tematy

Komentarze (1)

dodaj komentarz
tomitomi
STOP zboczonym rowerkom !!

Powiązane: Hulajnogi

Polecane

Najnowsze

Popularne

Ważne linki