Polacy należą do najbardziej przepracowanych narodów w Unii Europejskiej. Co 12. pracownik spędza w zakładzie pracy więcej niż 50 godzin w tygodniu. Jednocześnie nasze zarobki są ponad trzykrotnie niższe od średniej OECD.


W 2013 roku przeciętne wynagrodzenie w krajach OECD wynosiło 45 tys. dolarów rocznie. To 147 tys. zł, czyli ponad 12 tys. zł miesięcznie. W Polsce przeciętne wynagrodzenie to 13690 dolarów rocznie. To równowartość 45,6 tys. zł, czyli 3804 zł miesięcznie. Naturalnie przeciętne wynagrodzenie to tylko wskaźnik. Ok. 60-65% obywateli zarówno Włoch, Niemiec, jak i Polski zarabia mniej niż wynosi średnia pensja dla danego kraju.
-
Polacy pracują długo, ale mają niską efektywność.
-
Efektywność zależy od pracodawców.
-
Skrócenie czasu zmniejszy naszą konkurencyjność na świecie.
-
Nie ma jednak przeszkód, by w niektórych sektorach gospodarki (usługi, administracja publiczna, finanse) lub konkretnych firmach czas pracy ulegał skróceniu.
Z danych OECD wynika również, że 7,6% zatrudnionych spędza w pracy więcej niż 50 godzin tygodniowo. Średnia OECD to 8,8%, ale mocno zawyżają ją takie kraje jak Meksyk, Turcja, Korea Południowa i Japonia, gdzie odsetek pozostających w pracy ponad 50 godzi pracowników przekracza 20% (w Turcji 47%). Wśród krajów UE częściej dłużej pracują tylko obywatele Wielkiej Brytanii, Portugalii, Francji i Austrii. Warto zauważyć, że przeciętne zarobki w tych czterech państwach to 42 tys. dolarów rocznie (bez Portugalii – 49 tys. dolarów).
W pracy spędzamy 1969 godzin rocznie, czyli średnio 38 godzin tygodniowo (uwzględniając urlopy). Francuz w pracy spędza 1500 godzin, czyli ok. 30 godzin w tygodniu. Niemcy na pracę poświęcają 1432 godziny, czyli 27 w tygodniu.
Ekonomiści tłumaczą, że niskie zarobki w Polsce wynikają z gorszej wydajności pracy. Kłopot w tym, że sami ekonomiści mylą pojęcia wydajności, efektywności i produktywności. Często pojęcia te są stosowane zamiennie. Diabeł tkwi w metodologicznych szczegółach. Efektywność pracy to stosunek wyników do szeroko rozumianych nakładów. Z kolei wydajność to odniesienie tych efektów do jednostki pracy ludzkiej, przy czym miernikiem najczęściej jest czas.
Wydajność pracy rzadko kiedy ma związek z przykrością jej wykonywania
Nie bada się, kto jest bardziej zmęczony po wyjściu z biura - Niemiec czy Polak. Takie badanie byłoby bardzo trudne i kosztowne do przeprowadzenia. W ekonomii pojawia się też pojęcie produktywności, które w teorii jest pojęciem szerszym, bo uwzględnia również takie czynniki jak majątek trwały, koszty pracy, itd. Wydajność, produktywność i efektywność należy jeszcze uzupełnić o skuteczność wykonywanej pracy. Z ekonomicznego punktu widzenia efektem nieskutecznej pracy jest koszt, ale to wcale automatycznie nie oznacza, że nieskuteczna praca była niewydajna.
Efektywność pracy (nie mylić z efektywnością czasu pracy) to wartość wyprodukowanych dóbr i usług w ciągu godziny. W Polsce przeciętny pracownik w ciągu godziny wytwarza dobra i usługi o wartości 40 zł. Z kolei przeciętny pracownik w Niemczech wytwarza dobra za 40 euro, czyli o czterokrotnie wyższej wartości. Logiczny wniosek prowadzi do stwierdzenia, że Niemiec jest wydajniejszy od Polaka, bo ciężej pracuje. To bzdura. Ten sam pracownik w Niemczech zatrudniony w Polsce prawdopodobnie również wytwarzałby dobra za 40 zł. Nie chodzi o to kto pracuje, ale co i w jaki sposób produkuje. U nas składa się Ople, a w Niemczech Mercedesy. W Polsce sankcje rosyjskie dobijają producentów jabłek, a w Niemczech producentów stali.
Innymi słowy, to nie pracownicy muszą zwiększać swoją „wydajność” tylko pracodawcy działać w kierunku poprawy jakości oferowanych dóbr i usług, polepszenia metod zarządzania oraz efektywniej zarządzać posiadanymi zasobami. Państwo z kolei ma działać tak, by to przedsiębiorcom ułatwić. Kodeks pracy wszedł w życie w latach 70-tych. Od tamtej zmienił się system pracy, narzędzia i metody zarządzania. W Polsce też. W ramach konsultacji społecznych należałoby ustalić, w których sektorach gospodarki długi czas pracy to zwyczajne marnotrawstwo. To jednak wymaga pracy, a lepiej się kłócić przez rok o wartość podwyżki płacy minimalnej.
Czy możliwe jest skrócenie czasu pracy?
Tak, ale nie w każdym sektorze. W przemyśle może to być trudne ze względu na system pracy zmianowej. Polska gospodarka w teorii nie jest jeszcze na tyle konkurencyjna. Na razie sukcesy w rozwoju zawdzięczamy właśnie długim zmianom, relatywnie niskim zarobkom oraz dobrze wykwalifikowanej sile roboczej. Nic jednak nie stoi na przeszkodzie, by poszczególne firmy, które już na to stać – zrewidowały swoje podejście do czasu pracy i skróciły zmiany bez uszczuplania wynagrodzenia. Kłopot w tym, że bez rozwiązań ustawowych jest to niemożliwe.
Na organizacje związkowe nie ma co liczyć, bo częściej reprezentują one polityków niż interesy pracowników. W teorii nadzieja jest w spółkach sektora publicznego, które mogłyby skrócić zmiany, co zwiększyłoby ich konkurencyjność na rynku pracy. Po jakimś czasie sektor prywatny musiałby też skrócić czas pracy lub kusić pracowników większymi zarobkami. Ale to tylko w teorii, bo w praktyce Polska jest specyficzną gospodarką – mamy stosunkowo wysokie bezrobocie strukturalne, a zarobki w sektorze publicznym już są o 20% wyższe niż w prywatnym. Otrzymanie pracy w „budżetówce” jest o wiele trudniejsze niż w prywatnych przedsiębiorstwach, w związku z tym większość poszukujących pracy nie ma alternatywy. Prawie idealna swoboda przepływu pracowników funkcjonuje tylko w rozwiązaniach modelowych.
Łatwiej skrócić czas pracy w sektorach „typowo biurowych”

Czyli w usługach i administracji publicznej. Po co zmuszać pracownika do odsiedzenia ośmiu godzin przed komputerem, skoro na realizację tego samego zakresu obowiązków w zupełności wystarczy 7 godzin? W tym wypadku pomocnym miernikiem jest efektywność czasu pracy. W końcu za ostatnią godzinę trzeba płacić jak za pierwszą, która jest o wiele bardziej „wydajna” od ostatniej.
W sektorze publicznym, a szczególnie w administracji publicznej nastawionej na kontakt z petentem długa praca w ogóle mija się z celem. Urzędy zwykle działają od 7-ej do 15-tej lub od 8-ej do 16-tej co sprawia, że pracująca część społeczeństwa musi „wyrywać” się z biura by załatwić sprawy urzędowe. Nie lepiej skrócić ten czas do 6 godzin w tygodniu, ale za to wymagać by urzędy były otwarte w sobotę? Propozycji jest mnóstwo. Skrócenie tygodnia pracy o kilka godzin jest wykonalne. Najpierw jednak pracodawcy w każdym sektorze muszą nauczyć się płacić za nadgodziny, pracownicy szanować swój czas wolny a PIP wnikliwiej kontrolować ewidencje czasu pracy, która zwykle nie ma pokrycia w rzeczywistości.
Łukasz Piechowiak































































