Przekonanie, że budowa solidnego portfela wymaga całego wachlarza instrumentów, to popularny błąd pasywnych inwestorów. Wchodząc na rynek funduszy ETF, łatwo ulec pokusie kupowania kolejnych tickerów - osobny fundusz na amerykański indeks S&P500, kolejny na rynki rozwinięte, coś z rynków wschodzących, a do tego osobna ekspozycja na spółki technologiczne i przypadkowy egzotyczny kraj. Taki zestaw może wyglądać profesjonalnie i “globalnie”, ale kiepsko się sprawdza.


Wiedzieć, w co się inwestuje - to kluczowa zasada każdego inwestowania niezależnie od rynku i instrumentów. Dotyczy również ETF-ów, gdzie jednym z największych błędów, jakie może popełnić pasywny inwestor, jest brak analizy składu kupowanych funduszy. Takie działanie grozi “overlapem”, czyli mówiąc po polsku, “nakładaniem się” na siebie tych samych aktywów pod różnymi etykietami. Zamiast ograniczać ryzyko i dywersyfikować portfel, inwestor nieświadomie zwielokrotnia w ten sposób swoją ekspozycję na te same instrumenty.
Geograficzna nierównowaga. Co się kryje w “całym świecie”?
Podstawowym źródłem nieporozumień przy konstruowaniu portfela z kilku ETF-ów akcyjnych jest nieznajomość wag geograficznych w globalnych indeksach. Najpopularniejsze indeksy obejmujące globalny rynek akcji, takie jak MSCI World czy MSCI ACWI, są ważone kapitalizacją rynkową, a to oznacza, że udział danego kraju w indeksie zależy od łącznej wartości giełdowej notowanych na nim spółek.
Z racji dominacji amerykańskich gigantów na globalnym rynku kapitałowym, USA stanowią obecnie zdecydowaną większość indeksów obejmujących światowe rynki akcji, choć dokładna waga zależy od konkretnego indeksu. Kupując fundusz na MSCI World oraz dokładając do niego ETF na S&P500, inwestor nie dzieli kapitału między rynek globalny a amerykański w proporcji pół na pół, tylko praktycznie rzecz biorąc zwiększa swoją ekspozycję na największe spółki z Wall Street z domieszką, która nie będzie miała istotnego wpływu na końcowy wynik.
Jeśli do tego zestawu dołączymy jeszcze popularny fundusz na indeks spółek technologicznych (np. Nasdaq100), dochodzi do ekstremalnej koncentracji. Dziesięć największych amerykańskich spółek zaczyna mieć coraz większy udział w całej konstrukcji portfela. W efekcie portfel, który miał być zdywersyfikowany, może zostać silnie uzależniony od zachowania gigantów z USA, szczególnie tych reprezentujących sektor technologiczny. Jeśli na amerykańskim rynku technologicznym pojawiłaby się większa korekta, z dużym prawdopodobieństwem wszystkie trzy “różne” ETF-y spadałyby w niemal identycznym tempie.
Na tę samą zależność w innym artykule z tego cyklu (“Jeden ETF czy kilka? Od tego zależy sensowny podział portfela”) zwracał uwagę Michał Kubicki - kupowanie wielu funduszy bez zrozumienia ich wewnętrznej konstrukcji prowadzi do nieświadomej koncentracji portfela, wzrostu ryzyka i wyższych kosztów transakcyjnych.

Im więcej ETF-ów, tym większy rachunek. Kiedy globalny portfel zaczyna kosztować za dużo?
Jak już niedawno wspominaliśmy, zdywersyfikowany portfel ETF-ów nie musi, a wręcz nie powinien być przesadnie rozbudowany. Wielu początkujących inwestorów wychodzi z założenia, że skoro ETF-y są tanie, to im więcej ich kupią, tym lepiej rozproszą ryzyko. Problem w tym, że globalny portfel może z czasem zacząć przypominać szafę pełną ubrań, z których na co dzień nosimy tylko kilka. A im więcej rzeczy włożymy do środka, tym większy bałagan - i trudniej nad tym wszystkim zapanować. W praktyce różnica między portfelem złożonym z dwóch ETF-ów a portfelem złożonym na przykład z dziesięciu ETF-ów nie sprowadza się wyłącznie do wygody. Przeładowany portfel najczęściej oznacza również zbędne koszty, które obniżają stopę zwrotu.
Wyobraźmy sobie inwestora, który co miesiąc odkłada 1000 zł. W pierwszym wariancie buduje prosty portfel z dwóch ETF-ów notowanych na GPW i wycenianych w złotych. Każdego miesiąca wykonuje więc dwie transakcje zakupu po 500 zł. Jeśli jego biuro maklerskie pobiera minimalną prowizję 5 zł za zlecenie, miesięczny koszt wyniesie 10 zł, czyli 120 zł rocznie. Prowizje maklerskie są jednym z podstawowych kosztów inwestowania w ETF-y i szczególnie mocno dają o sobie znać przy wielu niewielkich transakcjach (przy większych są naliczane procentowo).
Teraz spójrzmy na bardziej "ambitną" konstrukcję. Inwestor dzieli ten sam tysiąc złotych między dziesięć ETF-ów. Jeden daje ekspozycję na USA, drugi na rynki wschodzące, trzeci na spółki technologiczne, czwarty na obligacje, piąty na złoto i tak dalej… Każdą pozycję zasilamy kwotą 100 zł miesięcznie. To oznacza dziesięć oddzielnych transakcji i 50 zł prowizji miesięcznie, czyli już 600 zł rocznie.
Różnica? 480 zł każdego roku wyłącznie z tytułu prowizji za zakup ETF-ów. Przy dziesięcioletnim horyzoncie inwestycyjnym daje to 4800 zł dodatkowych kosztów. A pamiętajmy, że są to pieniądze, które mogłyby pracować na rynku i generować kolejne zyski. Doliczmy do tego rebalancing czy innego rodzaju porządki w portfelu. Im więcej ETF-ów w portfelu, tym częściej pojawia się konieczność, a także pokusa zarządzania nimi. Szczególnie, że sytuacja na rynkach zmienia się jak w kalejdoskopie - raz koniunktura sprzyja akcjom, a innym razem bezpiecznym przystaniom. Kusi, aby coś sprzedać, coś dokupić, zmienić proporcje - to generuje kolejne koszty. Jest to mocny argument za tym, żeby konsekwentnie trzymać się planu.
Na tym jednak lista wydatków się nie kończy. Załóżmy, że pięć z tych dziesięciu ETF-ów to fundusze zagraniczne notowane w euro lub dolarach. Przed zakupem inwestor musi więc wymienić złote na obcą walutę (przewalutowanie). Większość brokerów pobiera za taką operację dodatkową opłatę. Efekt jest prosty: każda regularna wpłata (i wypłata) wiąże się z kolejnym kosztem, którego można uniknąć, wybierając fundusze notowane w PLN. Zagraniczne ETF-y mogą być droższe od tych notowanych na GPW także z powodu wyższych prowizji - co odczujemy szczególnie dotkliwie przy małych, regularnych zakupach. W większości krajowych biur maklerskich za obrót ETF-ami notowanymi na rynku Xetra we Frankfurcie zapłacimy minimalną prowizję wynoszącą od kilkunastu do kilkudziesięciu złotych - czyli kilkukrotnie więcej niż za ETF-y notowane na GPW (na które często możemy znaleźć atrakcyjne promocje).
Paradoksalnie więc najbardziej "globalny" portfel wcale nie musi składać się z największej liczby ETF-ów. Czasami dwa dobrze dobrane fundusze potrafią zrobić dokładnie to samo, co pięć lub więcej różnych tickerów - tylko znacznie taniej. W inwestowaniu pasywnym zaskakująco często sprawdza się zasada: mniej znaczy więcej. A prosta strategia eliminująca zbędne koszty pozwala skupić się na tym, co naprawdę ma znaczenie: regularnym budowaniu kapitału w długim terminie.





























































