Na polski rynek pracy patrzymy zwykle przez pryzmat zmiany zatrudnienia, stopy bezrobocia czy dynamiki płac. Na tym poziomie w statystykach od lat wieje nudą. Ale znacznie ciekawsze dane kryją się pod powierzchnią ogólnopolskich wyników.


Dane napływające z polskiego rynku pracy na pierwszy rzut oka wysyłają sprzeczne sygnały. Z jednej strony od dwóch lat nieustannie słyszymy o zwolnieniach grupowych i zamykaniu kolejnych fabryk. Nierzadko nawet tych zbudowanych przez kapitał zagraniczny, dla którego Polska stała się krajem zbyt drogich pracowników lub którym biznes po prostu nie idzie. Na Bankier.pl mamy o tym całą podstronę, na której pojawia się kilka artykułów miesięcznie pod tagiem „zwolnienia grupowe”.
Przeczytaj także
Do tego dochodzi wielka niewiadoma w postaci generatywnej AI, która z jednej strony masowo zwalnia ludzi wykonujących proste i powtarzalne czynności, a z drugiej potrzebuje coraz więcej specjalistów do jej obsługi. Dlatego, gdyby ktoś chciał się jeszcze mocniej zlęknąć, to dysponujemy tagiem zatytułowanym „Fala zwolnień grupowych w Polsce”. Tam wiadomości są jeszcze gorsze i brzmią wręcz dramatycznie.
Efekty tych działań obserwujemy w comiesięcznych statystykach dotyczących zatrudnienia w sektorze dużych przedsiębiorstw. Tam w zasadzie od 4 lat widzimy prawie nieustanny spadek zatrudnienia w przeliczeniu na liczbę etatów. GUS podał, że w czerwcu 2026 roku przeciętne zatrudnienie w sektorze przedsiębiorstw wyniosło 6375,3 tys. etatów. Było zatem o 2,1 tys. niższe niż w maju, kiedy to odnotowano spadek o 9 tys. etatów, po ubytku 2,3 tys. w kwietniu. Od początku roku ubyło w sumie 35 tys. etatów. Przeciętne zatrudnienie w czerwcu było także o 0,9% niższe niż przed rokiem. Łącznie od stycznia 2023 roku ubyło prawie 155 tys. etatów w sektorze przedsiębiorstw. Może i sporo, ale w ujęciu względnym oznacza to regres o niespełna 2,4%.
Druga strona pracowniczego metalu
Ale z drugiej strony te same dane pokazują, że przeciętne wynagrodzenie w sektorze korporacyjnym rośnie w tempie 5-6% rocznie, a w poprzednich latach standardem były dynamiki dwucyfrowe. No to jak to jest: skoro spada popyt na pracę, to chyba stawki też powinny pójść w dół? Na dodatek nie widzimy istotnego wzrostu stopy bezrobocia. To gdzie się podziali ci wszyscy masowo zwalniani pracownicy?

O tym polskim pozornym fenomenie pisałem już dwa lata temu w artykule zatytułowanym „Fala zwolnień przetacza się przez kraj? Prawda wygląda zupełnie inaczej”. W skrócie: wizja masowych redukcji zatrudnienia w skali całej gospodarki jest w większej mierze kreacją medialną aniżeli faktycznym trendem. Po prostu, media zaczęły częściej o sprawie pisać.
Może dlatego, że dawniej zwolnienia grupowe kojarzyły się głównie z fatalnie zarządzanymi i działającymi w schyłkowych branżach państwowymi przedsiębiorstwami, a od niedawna obejmują przede wszystkim sektor prywatny, w tym także zakłady należące do zagranicznych korporacji. A to u nas jest nowość. Po drugie, media zwykle nie piszą o tysiącach miejsc pracy, jakie każdego miesiąca powstają w polskiej gospodarce. Gdy zwalnia się w jednym miejscu stu ludzi, to jest news. Ale gdy zatrudnia się po dwóch w 50 firmach, to nie ma tematu.
Przeczytaj także
Równocześnie wciąż pojawiają się artykuły o tym, jak to dana branża w danym momencie ma problemy ze znalezieniem chętnych do pracy pracowników za oferowane im stawki. A to „praca czeka w kurortach”, a to potrzeba pracowników sezonowych w rolnictwie, hotelarstwie czy gastronomii, aż po nieco już mitycznych „brakujących nauczycieli”, mimo że uczniów w szkołach z roku na rok jest coraz mniej. Dodajmy do tego nowo powstające profesje, które pojawiają się czy to za sprawą zmian technologicznych, czy demograficznych czy też zmiany stylu życia Polaków.
Zmiany, których nie widać na pierwszy rzut oka
W tym wszystkim szkoda, że tak rzadko opisywane są raporty, które chyba najlepiej obrazują długofalowe zmiany zachodzące na polskim rynku pracy. Chodzi o pojawiające się raz na kwartał opracowania Głównego Urzędu Statystycznego Badanie Aktywności Ekonomicznej Ludności. Są to potężne badania ankietowe obejmujące ok. 55 tys. wylosowanych mieszkań w Polsce, w ramach których ludzi pyta się o to, czy pracują (a nie tylko sprawdza, czy są zatrudnieni xD).
I tak z danych za I kwartał 2026 roku wynika, że liczba osób aktywnych zawodowo w Polsce wyniosła 17 817 tys., z czego 17 237 tys. stanowili pracujący, a 580 tys. bezrobotni. Tak, bezrobotny też jest aktywny zawodowo, bo przecież aktywnie poszukuje pracy i jest gotowy ją szybko podjąć. To dopiero kategoria „biernych zawodowo” – czyli osób niepracujących i niemających ochoty podjąć pracy – obejmuje ludzi nieaktywnych na rynku pracy. Takich było 12 538 tys., czyli o 171 tys. mniej niż w I kwartale 2025 r.
Przez poprzednie kilkanaście lat obserwowaliśmy sukcesywny wzrost liczby pracujących w Polsce, któremu towarzyszył spadek tak liczby bezrobotnych, jak i biernych zawodowo. W latach 2010-25 liczba pracujących wzrosła z 14,8 mln do 17,3 mln. To wielki sukces polskiej gospodarki, o którym jakoś mało kto wspomina. Równocześnie populacja biernych zawodowo zmalała z 14,3 mln do 12,5 mln. Tak, jeszcze w roku 2010 niepracujących było w Polsce niewiele mniej niż pracujących! A przez poprzednie 15 lat liczba pracujących zwiększyła się o 2,5 mln, a liczba „nierobów” spadła o 1,8 mln.
Równocześnie w danych BAEL widzimy, że mniej więcej od końcówki 2021 roku liczba pracujących już w zasadzie nie przyrasta. Z innych raportów wiemy też, że od roku 2015 szybko przyrasta liczba cudzoziemców pracujących w Polsce. W roku 2025 było ich już oficjalnie ponad 1,1 mln – czyli o 7,2% więcej niż w 2024 roku. W ciągu poprzedniej dekady liczba pracowników spoza Polski wzrosła niemal 10-krotnie. Oznacza to, że liczba pracujących Polaków w ostatnim czasie zaczęła spadać. To efekt przede wszystkim fatalnej demografii i starzenia się polskiego społeczeństwa. Dlatego też kurczące się zatrudnienie nie przekłada się na wzrost bezrobocia tak, jak to było dawniej. Tylko na większą liczbę emerytów.
- Dane z rynku pracy pokazują stabilne trendy, ale pod powierzchnią zachodzą istotne zmiany strukturalne. Rośnie liczba pracujących kobiet, a spada mężczyzn. Przybywa osób pracujących na niepełny etat, a ubywa pracujących w pełnym wymiarze. Spada liczba pracujących Polaków, podczas gdy w statystykach rośnie liczba cudzoziemców. Kurczy się liczba pracujących w firmach mikro i małych. Jednocześnie nadal rośnie liczba pracujących w firmach średnich i dużych oraz w największych aglomeracjach. W sektorze przedsiębiorstw (pow. 9 prac.) od 4 lat obserwujemy nieprzerwany spadek zatrudnienia – tak sytuacją streścili ekonomiści PKO BP w ostatnim „Kwartalniku Ekonomicznym”.
Zmiany na rynku pracy są więc nie tylko pochodną procesów demograficznych, ale też zmian technologicznych i strukturalnych zachodzących w polskiej gospodarce. Coraz mniej znaczy tradycyjny przemysł, budownictwo i drobna wytwórczość. Kurczą się lokalne rynki pracy w małych i mniejszych miastach, ale wciąż przybywa miejsc pracy w metropoliach. Te trendy mogą się komuś nie podobać, ale trudno jest z nimi dyskutować.
Pod koniec 2021 roku w Polsce pracowało blisko 9,5 mln mężczyzn. Nigdy później ta liczba nie była już wyższa. W I kwartale 2026 r. liczba ta była już o 231 tys. niższa. To efekt wymierania rdzennej męskiej populacji kraju (przypominam, że blisko 20% mężczyzn w Polsce nie dożywa 65. urodzin) oraz przechodzenia na emeryturę pokolenia wyżu demograficznego lat 50. Ale liczba pracujących kobiet rosła aż do końca 2025 roku, przekraczając 8 mln. W tym miejscu należy zaznaczyć, że wskaźnik aktywności zawodowej dla mężczyzn w Polsce w 2025 r. wynosił 84,5% (dla grupy wiekowej 20-64 lata), dla kobiet tylko 73,2%. O ile zatem aktywność zawodowa Polaków plasuje nas w ścisłej europejskiej czołówce (i to na równi z Niemcami), o tyle w przypadku aktywności zawodowej Polek mieścimy się raczej w środku stawki
- Postępuje kreatywna destrukcja w gospodarce – pracownicy przepływają z branż zmagających się z problemami do branż rosnących. Zatrudnienie maleje m.in. w górnictwie, przemyśle odzieżowym, AGD i motoryzacji, a rośnie m.in. w branży pozostałego sprzętu transportowego, produkcji elektroniki czy gospodarce odpadami – odnotowali eksperci PKO BP.
- Zatrudnienie w sektorze przedsiębiorstw w 2026 i 2027 będzie dalej spadać, ale w całej gospodarce (BAEL) oczekujemy już marginalnego wzrostu liczby pracujących, wspieranego przez stale rosnącą aktywność zawodową. Przy odbudowującym się popycie na pracę i ograniczeniach demograficznych stopa bezrobocia, zarówno BAEL, jak i rejestrowanego, powinna pozostać blisko obecnych poziomów lub minimalnie spaść – dodali.
Wielkie niewykorzystane zasoby Polski
I nie, w tym śródtytule nie chodzi o węgiel kamienny, który z powodzeniem nadal mógłby zasilać polską gospodarkę tanią energią krajowego pochodzenia. Chodzi o to, że jako kraj wciąż dysponujemy przeszło 12-milionową armią ludzi nieaktywnych zawodowo. Owszem, w tej grupie są ludzie zarówno zbyt starzy, aby pracować, jak i zbyt młodzi, aby w pełnym wymiarze godzin zasilić rynek pracy. Niemniej jednak przypatrzmy się liczbom.
Badanie BAEL obejmuje ludzi w wieku 15-89 lat. Młodszym u nas legalnie pracować nie wolno. Umówmy się też, że 90-latkowie na rynku pracy to jednak wąski margines. Pozostają za to ludzie w wieku 60-75, którym zdrowie wciąż pozwala na jakąś formę aktywności zawodowej. Jasne, że nie na pełny etat i zapewne nie na linii montażowej fabryki czy na przodku kopalni. Ale jest (i zapewne też będzie) coraz więcej zawodów, w których 70-latek sobie spokojnie poradzi. Pod warunkiem, że nie będzie to robota na pełny, XX-wieczny etat, i będzie miała bardziej elastyczną formę od tego, co proponuje polski, PRL-owski Kodeks Pracy.
- W 1 kwartale 2026 r. w zbiorowości osób biernych zawodowo w wieku 15-74 lata liczącej 9 749 tys. (dla tej grupy wieku ustalana była przyczyna bierności) ponad połowę stanowili emeryci (51,5%), a drugą w kolejności grupą byli uczniowie i studenci (24,5%) – podano w komunikacie GUS. - Wśród biernych zawodowo w wieku produkcyjnym (3 665 tys. osób) najczęstszymi przyczynami bierności były: nauka i podnoszenie kwalifikacji – 33,4%, choroba, niepełnosprawność – 24,2% oraz obowiązki rodzinne – 17,1%. Emeryturę jako powód bierności na rynku pracy wskazało 8,5% osób w wieku produkcyjnym, a osoby zniechęcone bezskutecznością poszukiwania pracy stanowiły 1,4% tej grupy – dodano (podkreślenia od autora).
I tu ujawnia się prawdziwy potencjał polskiego rynku pracy. Po pierwsze, mamy ponad 311 tys. ludzi, którzy skorzystali z przywilejów emerytalnych fundowanych przez pracującą część społeczeństwa. Po drugie, mamy 1,2 mln uczniów i studentów, którzy w niepełnym wymiarze czasu mogliby zasilić szeroki pracujących. Tu nawet nie ma problemu opodatkowania pracy (bo uczący się nie płacą na ZUS, a do 26. roku życia nie płacą PIT-u od pracy), tylko sztywne ramy kodeksu pracy i nierzadko brak elastyczności ze strony pracodawców. Jest jeszcze dość specyficzna grupa społeczna, licząca blisko 887 tys. ludzi w wieku produkcyjnym, którzy uważają siebie za zbyt chorych lub zbyt niepełnosprawnych, aby pracować.
Reasumując, w Polsce wciąż mamy ogromne rezerwy siły roboczej i nie ma aż takiej potrzeby, aby polskich pracowników zastępować robotnikami zza granicy. Przydałoby się jednak uelastycznić polskie prawo pracy i przestać promować zatrudnianie cudzoziemców. A gdyby jeszcze wszyscy zdolni (choć nie zawsze chętni) do pracy zaczęli pracować choćby w niewielkim wymiarze kodeksowego czasu pracy, to Polska mogłaby się stać gospodarcząą potęgą Europy.






























































