Na początku transformacji ustrojowej Lech Wałęsa chciał, by Polska była drugą Japonią. Dziś nikt już Japonii niczego nie zazdrości, a cały świat bacznie przygląda się jednemu z największych eksperymentów ekonomicznych w historii, który wprowadza w życie Shinzo Abe.
Podczas rozpoczynającej się jutro wizyty premiera Japonii w Polsce głównym tematem rozmów będzie współpraca gospodarcza między oboma krajami. Obecność Shinzo Abe w kraju, który kiedyś chciał być drugą Japonią, to również dobra okazja, by przyjrzeć się polityce człowieka, który chce na nowo przywrócić blask gospodarce Kraju Kwitnącej Wiśni.
Trzy strzały premiera Japonii
Program polityczny Shinzo Abe opiera się na trzech filarach, zwanych „trzema strzałami”. Pierwszą i jak do tej pory najbardziej eksploatowaną jest polityka monetarna. Decyzją nowego rządu w marcu na fotelu prezesa Banku Japonii zasiadł Haruhiko Kuroda, którego pierwszym ruchem było ogłoszenie planu podwojenia podaży pieniądza. Taki krok ma na celu – jak twierdzą autorzy planu – „wyrwanie Japonii z okowów deflacji” i doprowadzenie do 2-procentowej inflacji.
Poprzez swoje niecodzienne działania Bank Japonii coraz częściej bardziej przypomina inwestora aniżeli klasyczny bank centralny. 70 bilionów jenów, które co miesiąc pompuje się w rynek, przeznaczanych jest głównie na zakup rządowych obligacji. Jednak w portfelu BoJ znajdują się także udziały w funduszach nieruchomości, obligacje korporacyjne, a nawet akcje przedsiębiorstw.

Shinzo Abe, premier Japonii
Źródło: PAP/EPA/FRANCK ROBICHON
Drugą strzałą w kołczanie premiera Japonii jest zwiększenie wydatków publicznych ze szczególnym uwzględnieniem modernizacji i rozbudowy infrastruktury. Rozwiązanie to jest powszechnie stosowane na całym świecie, lecz w Japonii przybiera ogromną skalę i będzie porównywalne z „lawiną wydatków” z lat 90. Dość powiedzieć, że tuż po dojściu do władzy Abe polecił ministrowi finansów zignorowanie limitu deficytu budżetowego, ustanowionego przez poprzednią ekipę rządzącą. A wszystko to ma miejsce w najbardziej zadłużonym rozwiniętym kraju świata – relacja japońskiego długu publicznego do PKB przekroczyła 214%.
Trzecia strzała to szeroki pakiet reform stymulacyjnych. Wśród nich znajdują się m.in. zwiększenie ulg podatkowych na inwestycje, liberalizacja przepisów o fuzjach i przejęciach, zmiana kodeksu budowlanego, tworzenie specjalnych stref ekonomicznych, zawieranie kolejnych umów o wolnym handlu czy aktywizacja zawodowa kobiet i osób starszych. Paradoksalnie, choć trzeci filar polityki Shinzo Abe na pierwszy rzut oka wydaje się najmniej kontrowersyjny, to właśnie on najbardziej rozczarował inwestorów i komentatorów.
Zbawiciel giełdy i eksportu
Powodzenie reformatorskich planów jest nierozerwalnie związane z sytuacją na rynkach finansowych. Dla japońskich inwestorów Shinzo Abe był prawdziwym zbawicielem. Odkąd w listopadzie ubiegłego roku, po rozwiązaniu poprzedniego parlamentu, pojawiła się szansa, że to właśnie Abe zostanie nowym premierem, na tokijskiej giełdzie rozpoczęła się wielka hossa. W jej trakcie – przy solidnym wsparciu drukującego pieniądz banku centralnego – indeks Nikkei zyskał w szczytowym momencie aż 80%.

Źródło: Bankier.pl
Nadejście „abenomiki” było równie korzystne dla japońskich eksporterów. Kluczowy z ich punktu widzenia parametr – kurs dolara – w pewnym momencie był o 30% wyższy niż w listopadzie 2012 r. Najwięcej wiatru w żagle dostały firmy produkujące przede wszystkim w Japonii, a sprzedające za granicą – głównie z sektorów motoryzacyjnego i IT.
Radykalne osłabienie jena było możliwe po części dlatego, że żadne ze światowych mocarstw nie oskarżyło Japonii o celowe zaniżanie wartości waluty. Podczas kilku ostatnich szczytów G7 przedstawiciele japońskiego rządu przekonywali, że ich działania są nakierowane jedynie na rynek wewnętrzny, w co partnerzy zagraniczni (przynajmniej oficjalnie) zdają się wierzyć. Jako jedyna o wszczętej przez Japonię „wojnie walutowej” napomknęła Korea Południowa, dla której Kraj Kwitnącej Wiśni jest bezpośrednim konkurentem na rynkach zagranicznych.
Zakładnik rynków
Sen o niekończących się wzrostach w Japonii poważnie zakłócił nagły wzrost rentowności rządowych obligacji, w reakcji na który BoJ przeprowadził interwencję. Był to pierwszy wymowny sygnał potwierdzający od dawna utrzymujące się obawy o wewnętrzną sprzeczność polityki rządu Abe, który chce wywołać 2-procentową inflację przy jednoczesnym utrzymaniu niskiej rentowności obligacji, a co za tym idzie – kosztów finansowania ogromnego długu.
Od momentu pierwszej paniki na giełdzie w Tokio indeks Nikkei stracił ponad 20%, co teoretycznie pozwala na ogłoszenie stanu bessy, a jego ostatnie ruchy przypominają rollercoaster. Główny japoński indeks potrafi jednego dnia spaść o ponad 6%, by w trakcie następnych notowań zyskiwać ponad 3%.
Wydaje się, że Abe wpadł we własne sidła. Doszło do tego, że inwestorzy są rozczarowani brakiem zmiany i tak bardzo luźnej polityki monetarnej czy niedostatecznymi obietnicami zwiększania wydatków publicznych. W opiniach komentatorów śledzących japońską giełdę coraz częściej pojawiają się sformułowania „żółta kartka”, „kończąca się cierpliwość” czy „niespełnione oczekiwania”, co na tak rozgrzanym rynku tylko zwiększa niepewność.
Reformy albo uwiąd
Bezprecedensowy wymiar „abenomiki” sprawia, że rezultaty polityki gospodarczej rządu trudno przewidzieć. Niezależnie od finału ten wielki eksperyment, który na japońskiej gospodarce przeprowadza ekipa Shinzo Abe, z całą pewnością znajdzie się kiedyś w podręcznikach do historii gospodarczej świata.
Jedno jest pewne: na kolejne „stracone dekady” Japonia nie może już sobie pozwolić, a samym dodrukiem pieniądza i zwiększaniem długu jeszcze nikomu nie udało się wygenerować bogactwa. Bez głębokich strukturalnych reform starzejąca się Japonia na oczach całego świata stanie się Krajem Więdnącej Wiśni.
Michał Żuławiński
Bankier.pl































































