Projekt OKI może stać się ważnym impulsem dla polskiego rynku kapitałowego. Warunkiem sukcesu jest jednak wyciągnięcie wniosków z błędów popełnionych przy reformie OFE i większa przewidywalność polityki państwa wobec oszczędzających – pisze dla Bankier.pl Marek Dietl, prezes Giełdy Papierów Wartościowych w latach 2017–2024, przewodniczący rady gospodarczej przy Prezydencie RP. To pierwsza z opinii, jakie zebraliśmy wśród byłych szefów GPW na temat Oszczędnościowych Kont Inwestycyjnych (OKI). Obecnie ustawa czeka już na podpis prezydenta.


Przeczytałem uzasadnienie do ustawy wprowadzającej Osobiste Konta Inwestycyjne (OKI). Życzę Polsce i instytucjom rynku kapitałowego by plany ministra Andrzeja Domańskiego się spełniły z nawiązką. Planowałem też przeczytać projekt ustawy. Niestety okazał się zbyt skomplikowany. Nie będę się więc wypowiadał o tym akcie prawnym, tylko chciałbym się zastanowić, jak do tego doszło, że zachętami podatkowymi musimy przyciągać Polki i Polaków do inwestowania na warszawskim parkiecie? Inaczej: dlaczego bez tych zachęt i to w czasach bezprecedensowej hossy i wzrostu zamożności, nie jest atrakcyjny?
Odtworzona w 1991 roku giełda rozwinęła się w oparciu o wytrwałość jej twórców, entuzjazm inwestorów indywidualnych oraz głód kapitału w przedsiębiorstwach. Nie bez znaczenia był też kontekst historyczny. Giełda była symbolem kapitalizmu, a my w latach 90. chcieliśmy się być pewni, że kompletnie zastępujemy tzw. realny socjalizm rynkowym kapitalizmem. Poza kręgami akademickimi mało też było refleksji na temat modeli kapitalizmu – kapitalizm kapitalizmowi nierówny oraz komplementarności Instytucji. Skoro Amerykanie mają rozwinięty rynek kapitałowy, to się na nim wzorujmy. Niemcy mają dobry dostęp do opieki medycznej to i u nas niech będą kasy chorych itd. Czy to wszystko do siebie pasuje? Nie wiadomo, ale dobre + dobre powinno dać też coś dobrego – choć w polityce publicznej nie zawsze tak to działa ostrzegali akademicy.
Na fali tego entuzjazmu do rozwiązań anglosaskich wszyscy (wówczas młodzi) pracujący Polacy płci obojga zostali inwestorami na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie (GPW) poprzez obowiązkowy przekazywanie części składki emerytalnej do Otwartych Funduszy Emerytalnych (OFE). Interes uczestników został podporządkowany potrzebom kapitałowym kraju. Zarządzający inwestowali większość środków w obligacje Skarbu Państwa, a pozostałe środki musiały trafić do spółek notowanych na GPW. Ktoś podnosił, że optymalny portfel inwestycyjny trudno zbudować tylko na krajowych aktywach, a inny zwracał uwagę, że fundusze emerytalne powinny móc zarabiać na swoim długoterminowym charakterze, np. pożyczając na procent akcje czy inwestując w mniej płynne aktywa poza rynkiem publicznym. Szybko te głosy były uciszane, a ich opinie zbywane krótko – maruda nie chce rozwoju polskiego rynku kapitałowego i giełda, a giełda to kapitalizm. Nie chcesz rozwoju giełdy, to chcesz powrotu słusznie minionego systemu (upraszczam).
OFE zarządzały coraz większymi aktywami – nie tylko kolejne roczniki wchodzące na rynek pracy musiały dołączać do systemu, ale też wyceny spółek rosły dużo szybciej niż na porównywalnych rynkach. W końcu 2007 roku premierem został Donald Tusk, a relacja długu publicznego do PKB wynosiła 48%. Wydatki państwa zaczęły szybciej rosnąć niż dochody podatkowe. Prostym sposobem pozyskania środków była prywatyzacja. Wybór padł na giełdę – skoro wyceny są 20-25% wyższe niż na innych rynkach była to racjonalna decyzja. W ten sposób rząd miał dwie korzyści z pieniędzy przyszłych emerytów – z łatwością sprzedawał im obligacje oraz drogo spółki państwowe. Pomiędzy byli doradcy, maklerzy, zarządzający aktywami i inni pośrednicy, którzy odcinali procent od tych transakcji. W skrócie: „niech żyje bal!”.

Niestety bal skończył się nagle. Na koniec 2012 roku dług publiczny (dane Banku Światowego) przekroczył 60% PKB i tylko zabiegi księgowe uchroniły rząd Donalda Tuska od przekroczenia progów konstytucyjnych. Trzeba było szybko działać. O dalsze prywatyzacje trudno, więc OFE jako hojny inwestor w spółki państwowe nie jest już potrzebny. Instrumenty dłużne zostają przyszłym emerytom zabrane i umorzone, a akcje spółek (głównie z GPW) mają być szybciej sprzedawane, a środki trafić do ZUS-u.
Efekty? Natychmiastowa poprawa stanu finansów publicznych – dług publiczny, bez ograniczania wydatków i podnoszenia podatków spada do 58% PKB. Zdecydowanie spadają wpłaty składek do OFE, a przyspieszają wypłaty. Wyceny spadają najpierw do poziomu światowych benchmarków, a wyprzedaż OFE trwa nadal, więc po kolejnych latach mamy wyceny 20-30% poniżej. Słusznie obecny Prezes Giełdy Tomasz Bardzilowski określa lata 2014-23 straconą dekadą. Co to oznacza dla emerytów, którzy trafili do OFE? Kupowali po zawyżonych wycenach, a sprzedawali po zaniżonych. Nie tylko oni mogą się czuć oszukani. Inwestorzy indywidualni, których „bonanza OFE” niosła przez tyle lat, zaczęli tracić. Przedsiębiorcy, którzy nie załapali się na złotą erę, nie mają już takiej łatwości w pozyskaniu kapitału, a do tego ten kapitał przestał być tani.
Historia nas uczy, że trudne czasy sprzyjają pojawianiu się mężów opacznościowych. Dla polskiego rynku kapitalnego był to Paweł Borys, który z determinacją doprowadził do powstania Pracowniczych Planów Kapitałowych (PPK) w 2019 roku. Stopniowo rosną aktywa, co wraz z unikalną koniunkcją czynników globalnych doprowadza do hossy. Rozpoczyna się ona w październiku 2022 roku i trwa do dziś. Jest to jednak inny boom niż poprzednie. Po pierwsze wzrosty wycen (ergo spadek kosztu kapitału) nie idzie w parze z aktywnością na rynku pierwotnym. Zasadniczo przedsiębiorcy zignorowali hossę. Pośrednicy (lokalne biura maklerskie, zarządzający itp.) też nie mają się tak świetnie, jak w latach 2003-2013. Do tego udział inwestorów indywidualnych w obrotach staje się symboliczny jak na ten etap cyklu koniunkturalnego.
Tu dochodzimy do naszego tytułowego pytania: dlaczego potrzebne są nam OKI? Bardzo mocno wycelowaną interwencją publiczną staramy się zatrzeć złe wrażenie, jakie zrobiły poprzednie interwencje: napompowanie wycen i marzeń przez OFE ograniczone do jednego rynku, a następnie brutalne przekucie tego balonu i bolesne ulotnienie się marzeń i pieniędzy w 2014 roku. Część roboty wykonał program PPK. Chciałbym bardzo, by OKI odniosły sukces, a jeszcze bardziej bym chciał, by politycy zrozumieli, że nie ma bezkosztowego igrania z prawami ekonomii, a sukcesem nie jest przerzucenie kosztów okres rządów konkurencyjnej ekipy.
Marek Dietl, prezes Giełdy Papierów Wartościowych w latach 2017–2024, przewodniczący rady gospodarczej przy Prezydencie RP



























































