Od ponad 4 lat zmagamy się z inflacją CPI przewyższającą cel Narodowego Banku Polskiego. Szanse na niższą inflację w roku 2024 są dość wysokie. Ale na to, że wróci ona do 2,5-celu, w najbliższych kwartałach nie mamy co liczyć.


Indeks cen towarów i usług konsumpcyjnych (potocznie zwany „inflacją”) był w listopadzie o 6,5% wyższy niż rok wcześniej – wynika z szybkiego szacunku Głównego Urzędu Statystycznego. Był to rezultat nieznacznie niższy niż miesiąc wcześniej (6,6%) oraz najniższy od października 2021 roku. Był to zatem miesiąc kontynuacji procesów dezinflacyjnych, które zaczęły się w Polsce na przełomie lat 2022/23.
Nie zmienia to faktu, że inflacja cenowa w Polsce pozostaje stanowczo zbyt wysoka. Od przeszło czterech lat przekracza ona 2,5-procentowy cel Narodowego Banku Polskiego. Oczywiście, lepiej jest, gdy inflacja wynosi 6-7% niż 16-18%, jak to miało miejsce rok temu. Nadal jednak tempo utraty siły nabywczej pieniądza jest nieakceptowalnie wysokie. Gdyby listopadowa wysokość inflacji CPI utrzymała się przez następne lata, to w ciągu 5 lat siła nabywcza złotego spadłaby o prawie 30%, a w ciągu dekady o niemal połowę. Takie tempo anihilacji wartości pieniądza jest na dłuższą metę nie do zaakceptowania w cywilizowanym kraju.
Inflacja a wskaźniki inflacji
Inflacja jest procesem utraty siły nabywczej pieniądza spowodowana wzrostem jego podaży. Na dłuższą metę inflacja zawsze jest zjawiskiem monetarnym. Nie ma zatem większego znaczenia, czy wzrost wskaźnika CPI napędziły drożejące paliwa, wyższe rachunki za energię, czy wyższe ceny żywności albo drożejące usługi. Inflacja sprawia, że za tą samą ilość pieniądza możemy nabyć mniej dóbr. Tu wszystko jest proste i oczywiste.
Przeczytaj także
Ale już kwestia mierzenia procesów inflacyjnych jest znacznie bardziej złożona. Tak naprawdę to każdy z nas ma własną inflację. W zależności od indywidualnej struktury wydatków gospodarstwa domowe w różnym stopniu odczuwają wpływ inflacji na swoje portfele. A to dlatego, że ceny poszczególnych dóbr nie zmieniają w tym samym tempie. Część dóbr drożeje szybciej (np. żywność), część nieco wolniej, a część znacznie wolniej.

Sam wskaźnik CPI jest tylko jednym z wielu mierników, który ma za zadanie przybliżyć nam faktyczną wielkość indywidualnej inflacji. Przy rocznej dynamice CPI rzędu 5-7% niektórzy mogą odczuwać inflację jako stosunkowo niską (np. rzędu 3%), a dla innych będzie ona wynosiła 10% lub więcej. Warto o tym pamiętać, gdy w dalszej części tekstu zajmiemy się prognozami dla wskaźnika CPI.
Co z inflacją w 2024?
Chyba wszystkie prognozy ekonomistów zakładają, że w roku 2024 inflacja CPI będzie znacząco niższa niż w roku bieżącym. Listopadowa projekcja NBP zapowiada średnioroczną inflację CPI na poziomie 4,6% w 2024 roku wobec 11,4% w tym roku (oraz 14,4% w 2022 r.). Model ekonometryczny Narodowego Banku Polskiego pokazuje, że tzw. ścieżka centralna inflacji CPI aż do końca 2025 roku nie znajdzie się ani w celu inflacyjnym (2,5%), ani nawet w zasięgu dopuszczalnego odchylenia (+/- 1 pkt. proc.) od celu.
- Otoczenie zewnętrzne robi się dezinflacyjne, inflacja bazowa i headline spada szybciej od oczekiwań w USA i Europie, ceny ropy w odwrocie, Chiny wciąż słabe- krótkoterminowo surowce nie dołożą do inflacji (…)W Polsce krótkoterminowo perspektywy inflacyjne wyglądają lepiej, bazowa może dalej spowalniać dzięki globalnej dezinflacji i mocnemu złotemu, zamrożenie cen energii (bomba z opóźnionym zapłonem) przedłużone do połowy 24, CPI w 1poł24 poniżej 5%r/r – napisali na platformie X ekonomiści ING Banku Śląskiego.
-Inflacja wchodzi w okres stabilizacji na poziomie powyżej celu NBP. W listopadzie wyniosła 6,5%r/r vs 6,6%r/r wcześniej. Wciąż hamuje roczna inflacja żywności, energii i bazowa, duży skok zanotowały paliwa.
— ING Economics Poland (@ING_EconomicsPL) November 30, 2023
-Najważniejszy element tych danych-powrót bazowej do spowolnienia, m/m… pic.twitter.com/7Ei7WRIe8e
Rynkowi ekonomiści powoli obniżają swoje prognozy dotyczące przyszłorocznej inflacji CPI. „Rozbierając” ten wskaźnik na części, otrzymujemy cztery główne elementy. Pierwszym są ceny paliw, które zależą od notowań na światowych giełdach i kursu dolara do złotego. Na to pierwsze nie mamy żadnego wpływu, na drugie wpływ czynników krajowych też jest ograniczony. Tutaj chyba wszyscy po cichu liczą, że giełdowe notowania benzyny i oleju napędowego po wojennym i covidowym szoku nieco się ustabilizują i przynajmniej przestaną rosnąć. Cóż, czas pokaże.
- Dalsze perspektywy inflacyjne to wciąż pozostawanie CPI ponad celem NBP, bo już dzisiaj widać duże odbicie dochodów do dyspozycji, konsumpcji i kosztów pracy, przed nami urynkowienie cen energii, gdy pojawi się ożywienie zagranicą ponownie drgną surowce, to nie wskazuje na powrót CPI do celu NBP – twierdzą ekonomiści ING Banku Śląskiego.
Drugą składową są ceny nośników energii. Czyli opału, gazu ziemnego, energii elektrycznej i ciepła sieciowego. Ten czynnik w warunkach polskich w średnim terminie pozostaje pod niemal pełną kontrolą rządu. To od decyzji politycznych zależy, jak będą wyglądać przyszłoroczne taryfy na prąd, gaz i ciepło. Nowa większość sejmowa optuje za utrzymaniem nierynkowych i sztucznie zaniżonych stawek z lat ubiegłych. Ma to kosztować 16,5 mld złotych tylko pierwszej połowie roku 2024, a środki na ten cel mają pochodzić z kasy Orlenu. Jednakże prędzej czy później ceny trzeba będzie urynkowić, co zapewne spowoduje ich wzrost i tym samym wyższą inflację CPI. Ale wygląda na to, że nie stanie się to w najbliższych miesiącach (czytaj: przynajmniej do wyborów samorządowych). Co będzie później, tego pewnie nikt nie wie.
Inflacja CPI zakończyła okres szybkiego spadku, ale w listopadzie jednak jeszcze się lekko obniżyła - do 6,5% r/r z 6,6% r/r w październiku. Drugi miesiąc z rzędu poziom cen wzrósł w ujęciu miesięcznym (0,7% m/m), m. in. za sprawą powrotu sezonowych podwyżek cen żywności (0,8%… pic.twitter.com/xjMblZ8xSN
— PKO Research (@PKO_Research) November 30, 2023
Trzecim elementem są ceny żywności, która stanowi przeszło jedną czwartą inflacyjnego koszyka GUS. Tutaj trendy globalne są jednoznaczne: płody rolne tanieją i póki co nie zapowiada odwrócenia tej tendencji. A to powinno wreszcie przełożyć się na niższy wzrost cen w polskich sklepach. A dlaczego nie spadek? A to dlatego, że w przypadku przeważającej większości produktów spożywczych dochodzi cała masa innych kosztów: energii, transportu, pracy, opakowań, przetwórstwa i marż producentów, hurtowników i detalistów.
Na koniec mamy czwarty komponent koszyka inflacyjnego w postaci towarów przemysłowych oraz usług. Jeśli chodzi o dobra przemysłowe, to globalnie wciąż dominują tu czynniki deflacyjne. Surowce i energia są znacznie tańsze niż rok temu. Już dawno zakończyły się problemy z logistyką i covidowymi szykanami utrudniającymi transport. Koszty frachtu morskiego powróciły do poziomów sprzed 2020, a branża transportowa zmaga się z silnym spadkiem cen i zamówień. Tu zagrożeń inflacyjnych póki co w ogóle nie widać.
Gorzej jest w sektorze usługowym. Tu wciąż presja cenowa jest bardzo silna i nie zapowiada się rychła zmiana tego stanu rzeczy. Według danych GUS w październiku wiele dóbr z tej kategorii wciąż notowała dwucyfrową dynamikę cen. Już niemal przysłowiowe usługi fryzjerskie drożały w tempie ponad 10%. Jeszcze szybciej w górę szły cenniki w restauracjach i hotelach, u dentystów i lekarzy czy w opiece społecznej. W usługach decydującą rolę odgrywają płace. Raz po stronie kosztowej, gdzie są z reguły dominującą pozycją. A dwa po stronie popytowej – rosnące w dwucyfrowym tempie nominalne wynagrodzenia w sektorze przedsiębiorstw sprawiają, że wielu konsumentów stać na zaakceptowanie wyższych cen, co z kolei skłania usługodawców do dalszego podnoszenia stawek.
Ta spirala cenowo-płacowa wciąż ma się dobrze. A będzie miała jeszcze lepiej wraz z nadchodzącym ożywieniem w polskiej gospodarce. Dorzućmy do tego absurdalnie wysoki wzrost płacy minimalnej, która w 2024 roku ma być o blisko 20% wyższa niż w tym roku. To musi się przełożyć na ceny usług oraz dodatkowo podbije i tak już odradzający się popyt konsumpcyjny.
Inflacja stałą się strukturalnym problemem polskiej gospodarki
Dodatkowo proinflacyjnie działać będzie tzw. policy-mix. Polityka monetarna w wykonaniu obecnej Rady Polityki Pieniężnej pozostaje dość luźna. Stopy procentowe w NBP rzędu 5-6% przy prognozowanej inflacji rzędu 4,5-5,0% trudno uznać za przesadnie wysokie i raczej będą sprzyjać konsumpcji na kredyt i zniechęcać do oszczędzania. Jeszcze bardziej rozpasana pozostanie polityka fiskalna, z przewidywanym deficytem budżetowym na poziomie 4,5% PKB. Nominalnie rekordowy deficyt (164,8 mld zł) może jeszcze wzrosnąć, jeśli nowa władza zdecyduje się zrealizować choćby część swoich obietnic wyborczych.
Inflacyjnym impulsem będzie też patologiczne wsparcie rządowe dla branży bankowej i deweloperskiej. Mowa oczywiście o programie BK2%, w ramach którego podatnicy dopłacają do rat kredytowych nabywcom mieszkań. Taka polityka pompuje marże deweloperów oraz zwiększa podaż pieniądza w gospodarce. Odchodzący rząd właśnie zdecydował się na zwiększenie finansowania tego programu.
Równocześnie dezinflacyjnie może zadziałać siła złotego. Rzecz jasna, jeśli utrzyma się także w przyszłym roku. Mocniejsza waluta oznacza nie tylko spadek cen dóbr importowanych (np. paliw i elektroniki), ale też wywiera presją na obniżenie cen tych towarów, które można z kraju wyeksportować (np. żywności, stali czy sprzętu agd). Mocniejszy złoty to oprócz rolnej deflacji i globalnego spowolnienia gospodarczego główna nadzieja obozu depilacyjnego.
Niezależnie od tego, czy w 2024 roku inflacja CPI w Polsce wyniesie 4%, 5% czy też 7%, będziemy mieli poważny problem. Po pierwsze, będzie to kolejny rok nieakceptowalnie szybkiej utraty siły nabywczej złotego i spadek realnej wartości oszczędności Polaków, które w zdecydowanej większości ulokowane są na niskooprocentowanych (albo wręcz zerowo) wkładach bankowych.
Po drugie, polska gospodarka będzie traciła konkurencyjność cenową względem Zachodu oraz innych krajów rozwijających się. Po prostu coraz wyższe (nominalne) płace będą sprawiać, że coraz drożej będzie cokolwiek wyprodukować. Do tej pory problem ten był po części maskowany przez osłabienie złotego (tj. wzrost kursu euro). Ale obserwowany od kilku miesięcy napływ zagranicznego kapitału sprawia, że złoty staje się coraz mocniejszy, co oczywiście cieszy, ale też pogarsza konkurencyjność naszej gospodarki.
I wreszcie po trzecie, kolejny rok podwyższonej inflacji luzuje i tak już bardzo luźno zakotwiczone oczekiwania inflacyjne Polaków. Po wiośnie 2020 roku przyzwyczailiśmy się, że ceny szybko rosną i generalnie zaakceptowaliśmy ten stan rzeczy. Ekonomiści nazywają ten proces „odkotwieczeniem się” oczekiwań inflacyjnych. Zbyt wysoka inflacja stała się strukturalnym problemem polskiej gospodarki i póki co nie widać woli politycznej, aby tą kwestię rozwiązać.





























































