REKLAMA

Inflacja nie jest klątwą. Jest konsekwencją

Krzysztof Kolany2021-08-06 06:00główny analityk Bankier.pl
publikacja
2021-08-06 06:00
Inflacja nie jest klątwą. Jest konsekwencją
Inflacja nie jest klątwą. Jest konsekwencją
/ NBP

Tegoroczny powiew inflacji nie jest ani przejściowy, ani zaskakujący. Jest on skutkiem świadomych działań władzy, która w ten sposób wystawia nam rachunek za politykę lockdownów. Nie ma się też co łudzić, że decydenci w najbliższym czasie zmienią proinflacyjny kurs.

To jest ten moment, gdy tematy inflacyjne wychodzą poza wąską grupę ekonomistów, inwestorów i niewielką grupę świadomych finansowo Polaków. Tak się dzieje, gdy oficjalna inflacja CPI zbliża się lub nawet wyrównuje psychologiczną barierę 5%. A tak właśnie według danych Głównego Urzędu Statystycznego stało się w lipcu 2021 roku.

Inflacja CPI w Polsce na tle celu inflacyjnego NBP (czarna przerywana linia). ()

W tym miejscu warto uwolnić się od „informacyjnego szumu” i przejść poziom głębiej. Nie ma bowiem większego znaczenia, czy wzrost wskaźnika CPI napędziły drożejące paliwa, wyższe rachunki za energię, czy wywóz śmieci albo drożejące usługi. Idzie o to, że w obecnym tempie siła nabywcza polskiego pieniądza spada w nieakceptowalnym dla większości ludzi tempie 5% rocznie, jeśli dane GUS przyjmiemy za dobrą (a raczej złą) monetę.  

Taka deprecjacja siły nabywczej pieniądza oznacza, że cena koszyka dóbr i usług konsumpcyjnych podwoi się za ok. 14 lat. Albo że wartość każdej stuzłotówki w roku 2035 będzie mniejsza od wartości obecnej 50-złotówki. Takie tempo inflacji na dłuższą metę jest dewastujące dla oszczędności ulokowanych w bankach (przypomnijmy: zwykle na zero lub prawie zero procent), obligacjach lub w przysłowiowym materacu.

Lecz najważniejsze jest, że inflacja powoduje nieuzasadniony ekonomiczne transfer bogactwa. Po pierwsze, sprzyja dłużnikom, zmniejszając realną wartość zaciągniętych przez nich zobowiązań. Równocześnie odbywa się to kosztem oszczędzających, których oszczędności tracą na wartości. Po drugie, inflacja premiuje tych, do których nowy pieniądz trafił wcześniej (np. zaciągnęli kredyt, otrzymali nowy zasiłek lub podwyżkę wynagrodzenia). Poszkodowani są ci, których dochody wzrosły później albo wcale (co wbrew tyradom polityków wcale nie jest takie rzadkie).

- Kiedy wynagrodzenia rosną dwa razy szybciej niż inflacja, oznacza to, że za zarabianą kwotę możemy kupić dwa razy więcej - tak ewidentnie nieprawdziwym spostrzeżeniem popisał się niedawno premier Mateusz Morawiecki.

Gdy średnie wynagrodzenia rosną dwa razy szybciej od inflacji CPI, oznacza to tylko, że ci, którzy otrzymali podwyżki wyższe od stopy inflacji, zarabiają realnie nieco więcej niż wcześniej (ale z pewnością nie dwa razy więcej). A ci, którzy nie dostali, są o 5% w plecy tylko w ciągu ostatnich 12 miesięcy.

Inflacja nie jest klątwą. Jest konsekwencją

Aby zrozumieć przyczyny dzisiejszej inflacji, musimy się cofnąć w czasie o rok, dwa, a może nawet lepiej od razu o cztery lata. Na początku 2017 roku Polska odnotowała znaczący wzrost inflacji CPI, kończący statystyczny epizod deflacyjny z lat 2014-16. Globalnie przestały działać dezinflacyjne czynniki w postaci taniej ropy naftowej i niższych cen żywności. U nas nałożyło się na to cykliczne ożywienie gospodarcze oraz strukturalne zmiany demograficzne (spadek liczby ludności w wieku produkcyjnym) oraz spowodowane tym zmiany na rynku pracy (przejście do tzw. rynku pracownika).

Mimo tego z kompletnie niezarozumiałych przyczyn Rada Polityki Pieniężnej postanowiła zignorować kiełkującą presję inflacyjną i nie zdecydowała się na podniesienie wówczas rekordowo niskich stóp procentowych. Stopa referencyjna NBP na poziomie 1,50% uznana za odpowiednią przy łagodnej deflacji (rzędu -1%) jak i przy inflacji CPI oscylującej wokół 2%. Uważałem wtedy (i nadal tak sądzę), że był to błąd, który zemścił się na nas w przyszłości.

Stało się to jesienią 2019 i zimą 2020 roku, gdy wskaźnik CPI gwałtownie przyspieszył z 2,5% do 4,7%. Ale prezes NBP Adam Glapiński i większość członków RPP nadal bagatelizowało wzrost inflacji, zaklinając rzeczywistość i odżegnując się jakiejkolwiek próby jej skontrowania poprzez wyższe stopy procentowe.

Aż nadszedł fatalny marzec 2020 roku. Narzucona prawie całemu światu polityka lockdownów, które rzekomo miały jedynie „wypłaszczyć” falę epidemii COVID-19, doprowadziła do najgłębszej zapaści gospodarczej po II wojnie światowej. Rządy zakazały ludziom pracować, prowadzić biznesy, a w skrajnych przypadkach nawet wychodzić z domów. Aby uniknąć buntu i rewolucji, zdecydowano się płacić ludziom za niepracowanie. W tym celu w wielu krajach świata uruchomiono specjalne programy fiskalne (u nas zwane „Tarczą antykryzysową”) zasadniczo sprowadzające się do wypłaty nadzwyczajnych i bezwarunkowych zasiłków (USA, Kanada czy Hiszpania) lub dotowania przedsiębiorstwom pensji pracowników (np. Polska, Niemcy).

Żaden rząd nie miał w skarbcu pieniędzy na te operacje. Tym bardziej, że lockdownowy paraliż gospodarki wyrwał wielką lukę w dochodach podatkowych. Covidowe wypłaty finansowano więc poprzez emisję obligacji i nienotowaną nigdy wcześniej w czasach pokoju ekspansją długu publicznego. Dług ten w znacznej mierze został pokryty „dodrukiem” pieniądza przez banki centralne. Potężne programu skupu papierów wartościowych ogłosiła m.in. amerykańska Rezerwa Federalna oraz Europejski Bank Centralny. W ciągu kilku tygodni z powietrza wykreowano biliony dolarów i euro. Fed, EBC i inni praktycznie na pniu kupowali kolejne emisje rządowych obligacji, efektywnie pompując świeży pieniądz wprost do portfeli obywateli i przedsiębiorstw.

Tym razem w szaleństwie QE wziął udział także Narodowy Bank Polski, mimo że Konstytucja RP jednoznacznie zabrania mu finansowania deficytu budżetowego. Poprzez mechanizm transferu pieniędzy z NBP przez BGK i PFR rząd sfinansował wypłaty pracownikom, którym wcześniej zabronił przychodzić do pracy, arbitralnie zamykając niektóre gałęzie gospodarki. Ta fala nowo wykreowanego pieniądza długo pozostawała uśpiona. Dopiero tegoroczne „odmrożenie” gospodarki (czyli zdjęcie lub czasowe zawieszenie większości covidowych restrykcji) uruchomiło lawinę. Zwiększona podaż pieniądza i zdjęcie ograniczeń w tempie jego obiegu zderzyły się z obniżoną na skutek lockdownów podażą dóbr i usług. Firmy nie mogąc zaspokoić potężnego odroczonego popytu i chcąc sobie odbić covidowe przestoje zaczęły mocno podnosić ceny.

Inflacyjne Covid-party

Po kwietniu 2020 roku inflacja CPI w Polsce trzymała się w przedziale  2,4-3,3%, a więc tylko nieznacznie powyżej 2,5-procentowego celu inflacyjnego Narodowego Banku Polskiego. Była to jednak tylko iluzja „stabilności cen”. Taki efekt zawdzięczaliśmy bowiem deflacyjnemu efektowi bazy na paliwach będącemu pochodną silnego spadku cen ropy naftowej na światowych giełdach. Równocześnie malała też dynamika cen żywności. Tym zjawiskom już rok temu towarzyszyła galopująca inflacja cen usług oraz bardzo wysoka inflacja bazowa. Ale dzięki tańszym paliwom i stabilizacji cen żywności władze monetarne mogły udawać, że wszystko gra.

Ta zabawa definitywnie skończyła się wiosną ’21, gdy inflacja CPI wystrzeliła z 2,4% w lutym do 5,0% w lipcu, osiągając najwyższą wartość od 10 lat i drugi najwyższy odczyt od 20 lat. Na już wcześniej wysoką inflację bazową (wynikającą przede wszystkie z szybkiego wzrostu cen usług) nałożył się potężny efekt bazy na paliwach (które są o ok. 30% droższe niż rok temu), podwyżki cen energii oraz ponownie drożejąca żywność.

Nie jest to jednak tylko efekt czynników zewnętrznych. Za sporą część inflacji stoją czynniki krajowe (niedobór pracowników, hojne programy wsparcia dla dużych firm oraz ogromny deficyt fiskalny) dodatkowo wzmacniane przez kredytowy boom wywołany zerowymi stopami procentowymi oraz słabością złotego wspieraną przez politykę Narodowego Banku Polskiego. A to jeszcze nie koniec podwyżek, ponieważ od kilku miesięcy bardzo szybko rosną ceny producentów. Dotyczy to zwłaszcza dóbr przemysłowych, gdzie producenci będą zmuszeni przerzucić na klientów silne wzrosty cen surowców oraz transportu.

(Nie)wszystkie bujdy władzy

Wysoka inflacja nie jest jednak tylko Polską specyfiką. Ponad 5-procentową dynamikę CPI raportują też Amerykanie, a w strefie euro ceny producentów (tzw. inflacja PPI) rosną w tempie ponad 10% rocznie. I wszędzie na świecie jest to stan zamierzony przez rządy i banki centralne. Tylko poprzez inflację można bowiem uregulować bilionowe deficyty fiskalne bez drastycznego podnoszenia podatków czy cięcia wydatków. Inflacja jest więc ceną płaconą za politykę lockdownów.

Zarówno nad Wisłą jak i nad Potomakiem przedstawiciele banków centralnych od pół roku jak mantrę powtarzają, że obecna inflacja jest „przejściowa”, że wcale nie jest aż tak wysoka, albo że jest neutralna lub nawet korzystna dla obywateli. Oczywiście, wszyscy oni wciskają nam kit i to w dodatku według identycznego schematu. A to dlatego, że doskonale zdają sobie sprawę z faktu, że inflacja jest w tym momencie absolutnie niezbędna do utrzymania przy życiu jako takiej koniunktury gospodarczej oraz wypłacalności sektora rządowego i korporacyjnego. I dlatego żaden z głównych banków centralnych świata nie pali się do porzucenia zerowych stóp procentowych i programów skupu obligacji.

Obecna inflacja z pewnością nie jest niska. Niemal na pewno nie jest też ona „przejściowa”. A już twierdzenie, że jest ona „dobra” zasługuje na miejsce w osobnym kręgu piekła. Co więcej, raz uruchomionej spirali inflacyjnej nie da się później łatwo zatrzymać. Nawet jeśli ma się taką wolę. A doskonale wiemy, że takiej woli w większości banków centralnych nie ma. Robią to tylko kraje mniejsze i o słabszych gospodarkach - Czechy, Węgry, Rosja, Brazylia etc. Polska tez pasuje do tego grona, jednak NBP chce nas przekonać, że może działać jak Fed czy EBC. Czas zapewne brutalnie obejdzie się z tą hipotezą.

Otwarcie przyznają to nawet polskie władze monetarne. W lipcowej projekcji inflacyjnej NBP zakłada, że inflacja CPI nie spadnie poniżej 3% w całym horyzoncie prognozy, czyli przynajmniej do początku 2023 roku. A że projekcje NBP w ostatnich czasach były mocno niedoszacowane, to nawet inflacja rzędu 5% rocznie nie powinna nikogo zaskoczyć. I nawet w takiej sytuacji większość w RPP nie zamierza dokonać w najbliższym czasie choćby symbolicznej podwyżki stopy referencyjnej.

Indeks cen dóbr konsumpcyjnych w Polsce niemal podwoił się w niespełna 22 lata. ()

Utrzymanie rekordowo niskich stóp procentowych jest przede wszystkim na rękę rządowi, który może nas zadłużać po niższym koszcie i płacić mniej za obsługę istniejącego zadłużenia. Ponadto niskie raty kredytów niektórych wyborców cieszą bardziej niż martwi inflacja, którą urzędowa propaganda usiłuje zrzucić na karb czynników zewnętrznych i niezależnych od władzy (choć wiemy, że tak nie jest).

Tyle tylko, że w obecnej sytuacji ryzyko niepodniesienia kosztów kredytu jest zdecydowanie wyższe od ryzyka ich podwyżki. W imię doraźnych interesów politycznych władza ryzykuje wpadnięciem gospodarki w długi okres stagflacji – czyli równoczesnego utrzymywania się wysokiej inflacji cenowej, niskiego wzrostu gospodarczego i podwyższonego bezrobocia. To jednak wariant umiarkowanie pesymistyczny. Znacznie gorsze byłoby wejście na „turecką ścieżkę”, gdzie pobłażliwość wobec inflacji i brak zdecydowanych działań w polityce monetarnej doprowadziły do tego, że lira traci siłę nabywczą w tempie niemal 20% rocznie.

Źródło:
Krzysztof Kolany
Krzysztof Kolany
główny analityk Bankier.pl

Analityk rynków finansowych i gospodarki. W zakresie jego zainteresowań leżą zarówno Giełda Papierów Wartościowych w Warszawie, jak i rynki zagraniczne: Nowy Jork, Londyn i Frankfurt. Specjalizuje się w rynkach metali szlachetnych oraz monitoruje politykę najważniejszych banków centralnych. Analizuje wpływ sytuacji gospodarczej na notowania akcji, kursy par walutowych i ceny surowców. Jest trzykrotnym laureatem organizowanego przez NBP prestiżowego konkursu im. W. Grabskiego dla dziennikarzy ekonomicznych w kategoriach dziennikarstwo internetowe (2010) oraz polityka pieniężna i stabilność finansowa (2018 i 2019). Otrzymał także tytuł Herosa Rynku Kapitałowego 2016 przyznawany przez Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych. Tel.: 697 660 684

Tematy
Program BIZNESTANK w aplikacji ORLEN VITAY – najlepszy dla firm! Zamień kartę plastikową na eKartę.

Program BIZNESTANK w aplikacji ORLEN VITAY – najlepszy dla firm! Zamień kartę plastikową na eKartę.

Wpisz kod z karty BIZNESTANK w appkę ORLEN VITAY i korzystaj z rabatów na paliwo już dziś!

Komentarze (196)

dodaj komentarz
czytacz
Polityka taka to kompletne dno-całe życie oszczędzałem,a teraz jestem okradany.Za odłoŻone pieniądze kupić mogę coraz mniej,a odsetek od kapitału żadnych-ZŁODZIEJE!
trooper
Jeszcze niedawno opozycja straszyła frankiem szwajcarskim po 4 zł. Dziś Frankowscy mogą o 4 zł za Franka tylko pomarzyć!

Współczuję tym kredyciarzom, którzy zaufali PIS. Zostaliście zrobieni w balona i olani ciepłym płynem.
friedens
To niesłychane, źeby przy tak wysokiej inflacji były de facto tak mocno ujemne stopy procentowe. Tego nigdy nie było. Złoty to nie jest dolar, frank lub euro. Złoty to nie jest dla nikogo na świecie waluta rezerwowa. Dziś czeska korona może do tego aspirować, bo Czechom marzy się rola takiej drugiej Szwajcarii na wschodzie To niesłychane, źeby przy tak wysokiej inflacji były de facto tak mocno ujemne stopy procentowe. Tego nigdy nie było. Złoty to nie jest dolar, frank lub euro. Złoty to nie jest dla nikogo na świecie waluta rezerwowa. Dziś czeska korona może do tego aspirować, bo Czechom marzy się rola takiej drugiej Szwajcarii na wschodzie Europy. Myślę sobie, że władze pisowskie chcą najwyraźniej zobaczyć jak kraj płonie i pogrąża się w ruinie. Bo takie zawsze były i będą skutki hiperinflacji. Nie znajduję innego wytłumaczenia.
jenak
Hiszpanka i hiperinflacja. To trzeba przyjąć do wiadomości.
jenak
Jeśli ceny surowców za oceanem rosną o 100-200%, bez powodu, no to trzeba podnieść stopy o 1-2 %. Rynki klękną.
inwestorwroclaw
Ciekaw jestem kiedy będzie wyłączona przez władzę możliwość komentowania artykułów w intrenecie.
inwestorwroclaw
U nas rozporządzeniem można wszystko. Nawet do TK można zadać zapytanie i gitara. Tak jak w socjalizmie, "wszystkie numery świata" były możliwe.
jenak
Na razie wyłączono byłego prezydenta USA. We wszystkich mediach.
inwestorwroclaw
Siła rażenia jest u nas zdwojona oprócz inflacji mamy jeszcze podatek bankowy 5.000 mld PLN rocznie też robi swoje, prowadząc do uszczupleń kapitałowych posiadaczy PLN oraz akcjonariuszy instytucji bankowych. Oczywiście przyszłe wzrosty stóp procentowych szczególnie dla akcjonariuszy mogą być oczekiwane. Najgorsze jest Siła rażenia jest u nas zdwojona oprócz inflacji mamy jeszcze podatek bankowy 5.000 mld PLN rocznie też robi swoje, prowadząc do uszczupleń kapitałowych posiadaczy PLN oraz akcjonariuszy instytucji bankowych. Oczywiście przyszłe wzrosty stóp procentowych szczególnie dla akcjonariuszy mogą być oczekiwane. Najgorsze jest to, że u nas można wszystko spieszyć lub naopowiadać: mieszkanie+, samochody elektryczne oprócz tych ze sklepu z zabawkami
jan888
PIS zapłaci słoną cenę za keynesistowskie/socjalistyczne eksperymenty na Polakach, których skutkiem jest masowe ubożenie polskiego narodu na dorobku, który ciuła każdy grosik, bo w perspektywie ma kryzys demograficzny i brak emerytur. PIS już nieodwołalnie będzie się kojarzył z kryzysem, gigantyczną inflacją i arogancją PIS zapłaci słoną cenę za keynesistowskie/socjalistyczne eksperymenty na Polakach, których skutkiem jest masowe ubożenie polskiego narodu na dorobku, który ciuła każdy grosik, bo w perspektywie ma kryzys demograficzny i brak emerytur. PIS już nieodwołalnie będzie się kojarzył z kryzysem, gigantyczną inflacją i arogancją zakłamanej władzy, która ustami Glapinskiego kłamie, że "Inflacja nie ma negatywnego wpływu na zasobność portfeli Polaków".

Powiązane: Gospodarka i dane makroekonomiczne

Polecane

Najnowsze

Popularne

Ważne linki