„Wróciliśmy z emigracji, zaczęło się prawdziwe życie” [Zawróceni]

zastępca redaktora naczelnego Bankier.pl

Wyjeżdżali jako para bez zobowiązań, dla przygody i zawodowych perspektyw. Osiem lat na Lazurowym Wybrzeżu nazywają najlepszym okresem w swoim życiu. Optymizm Południowców, słońce i podróże weszły im w krew. Do Polski wracali ze zmęczenia materiału, w modelu 2+2, gdy dobrze żyć we Francji było już trudniej i drożej. W Gdyni czekali dziadkowie, znajomi i zawodowy projekt. Rzeczywistość rozminęła się jednak z wyobrażeniami na wielu frontach. Dziś nie czują się tu jak u siebie i myślą o ponownej emigracji.

Historia Marty i Przemka Bielickich to pierwszy reportaż z nowej serii Bankier.pl – „Zawróceni z emigracji”. To historie osób, które zdecydowały się przerwać emigrację. O rzeczywistości, która nie ma wiele wspólnego z realiami zapamiętanymi sprzed wyjazdu i o nieustających wątpliwościach, czy to aby na pewno dobra decyzja.

Emigracja w stronę słońca

Jesienią 2007 roku odpoczywali w Hiszpanii w ramach podróży poślubnej, kiedy znajomy zadzwonił z informacją, że być może niedługo obaj panowie zostaną bez pracy, bo firma właśnie rozwiązuje ich zespół.

Marta: „On się smucił, a ja skakałam z radości, że teraz uda mi się go namówić na wyjazd, którego zawsze bardzo chciałam.”

"Zawróceni z emigracji" - nowa seria reportaży na łamach Bankier.pl
"Zawróceni z emigracji" - nowa seria reportaży na łamach Bankier.pl (Bankier.pl)

Marta była wtedy studentką czwartego roku romanistyki i, jak twierdzi, do życia w ładnym miejscu z ciepłym klimatem ciągnęło ją co najmniej od czasów barwnych opowieści przywiezionych z Marsylii przez znajomą mamy, które pamięta z czasów dzieciństwa. Wcześniej, nie do końca przekonani o słuszności emigracji, przepuścili już jedną ofertę pracy na południu Francji. Teraz grupa znajomych, która odeszła z pracy razem z Przemkiem, spełniała wspólne marzenie, rozkręcając własną firmę. Wyjazd oznaczałby obranie zupełnie innego kursu - być może też zaprzepaszczenie szansy na spektakularny biznesowy sukces. Z drugiej strony utrata pracy przyniosła obiecujące poczucie wolności, dlatego w odpowiedzi na kolejną propozycję head hunterów, po udanej rekrutacji i wynegocjowaniu eksternistycznego trybu dokończenia studiów dla Marty, od stycznia mieli zacząć nowy rozdział w okolicach Nicei. Plan zakładał: pomieszkać dwa lata w miłych okolicznościach przyrody, realizować się zawodowo, przeżyć przygodę i wtedy zastanawiać się, co dalej.

O tym, że faktycznie miała być to przygoda, świadczył mikser i wszystkie inne domowe sprzęty, których się we Francji nie kupowało, żeby później nie mieć kłopotu z przewiezieniem ich do Polski. Świadomość nieodległego w czasie powrotu do kraju rodziła też inne konsekwencje. Dwa lata wydawały się Przemkowi zbyt krótką perspektywą, żeby zainwestować w naukę nowego języka. Francja rzuca kłody pod nogi obcokrajowcom liczącym na to, że angielski w zupełności wystarczy, dlatego odpowiedzialność za wszelkie urzędowe batalie spadła na perfekcyjnie posługującą się francuskim Martę. Taki układ sił oznaczał też chodzenie z Przemkiem do lekarza, gdzie angielski nie wystarczał do opisania dolegliwości.

Raj nie dla inżyniera

Dla równowagi - nowy pracodawca pomógł z mieszkaniem, pierwszymi opłatami, podrzucił też kontakt do ściągniętych wcześniej do pracy Polaków, dlatego słońce na Lazurowym zaświeciło szybko. To, że świeciło dosłownie, stało się katalizatorem dla nowego stylu życia, gdzie dziewięćdziesiąt procent czasu wolnego spędza się poza domem. Malownicze okolice Nicei, morze i góry w zasięgu ręki, pięć godzin samochodem do Barcelony, pięć do Florencji – okoliczności sprzyjały ciągłym podróżom.

Przemek: „Uważam, że decyzja o wyjeździe była najlepszą decyzją, jaką kiedykolwiek podjęliśmy. Dobra praca, słońce, ciepło – to życie, które tam mieliśmy, to był raj i tego zawsze byliśmy świadomi”.

Marta i Przemek Bieliccy, po kilku latach spędzonych we Francji wrócili do Polski
Marta i Przemek Bieliccy, po kilku latach spędzonych we Francji wrócili do Polski (fot. archiwum prywatne bohaterów)

Mimo to pierwszy rok w raju nie był wcale obietnicą dłuższego pobytu na Lazurowym Wybrzeżu. O ile było to fantastyczne miejsce do życia, to mniej do realizowania wysokich zawodowych ambicji pracownika z branży IT. Inżynierowie, którzy w Polsce zbudowali rynek pracownika, we Francji są profesją jak każda inna i o ile nie jest się absolwentem jednej z elitarnych szkół, to marne szanse na perspektywiczne awanse. Kiedy Przemek przyjeżdżał do Francji, zaczął realizować ciekawy projekt, który wkrótce potem umarł, pozostawiając po sobie prozę szarego, programistycznego życia. I poczucie, że może nie ma sensu tkwić gdzieś, gdzie człowiek marnuje się, będąc w najlepszym okresie swojej zawodowej kariery. Francuskie zarobki nominalnie były na plus, ale w proporcji do znacznie wyższych kosztów życia i wydatków na dom utrzymywany z jednej pensji, wypadały znacznie gorzej niż w Polsce.

Przemek: „Nie mówię, że byliśmy biedni, bo wystarczało nam na wszystko, a do tego mogliśmy sobie w weekendy do woli zwiedzać okolice. Ale czułem, że nasz status społeczny trochę spadł. W Polsce miałem jakąś renomę jako pracownik, tam byłem totalnie anonimowy, musiałem zaczynać wszystko od zera.”

Problemów w pracy na początku przysparzała też nieznajomość lokalnego języka. Mimo globalnego charakteru firmy, zdarzało się, że jeśli Francuzi chcieli coś ustalić szybko i sprawnie, organizowali spotkanie we frankofońskim gronie. Z tej samej przyczyny umykało też sporo nie tłumaczonych na angielski komunikatów pomiędzy biurkami, które, choć były istotne, ktoś uznał za nie mające znaczenia. Kiedy nie znasz języka, łatwo wpaść w pułapkę poczucia, że dużo rzeczy dzieje się wokół ciebie, a ty nie masz pojęcia o co chodzi.

Marta: „Mimo że pierwszy rok czy półtora było trudne, kiedy później Przemek zaczął mówić po francusku - zaczęło nam tam być fajnie.”

Żeby przygoda nie musiała trwać tylko chwilę, Marta ciągnęła romanistykę w Polsce równolegle z biznesowymi studiami we Francji. Znalazła staż, a później pracę w międzynarodowej korporacji, rekrutując polskich inżynierów do pracy we Francji. Czym dłużej tam byli, tym bardziej czuli się jak u siebie. Pracowali w sąsiednich biurowcach, więc jeździli wspólnie do pracy, razem spędzając czas na lunchu czy na siłowni. Południowy klimat pomagał w nawiązywaniu nowych przyjaźni – łatwiej zaprosić kilka osób na piknik do parku niż do mieszkania, w którym nie ma się warunków.

Po około dwóch i pół roku pojawiły się pierwsze myśli o tym, żeby zostać na dłużej. Po trzech latach od przyjazdu na poważnie szukali dla siebie mieszkania. Żeby, podobnie jak wcześniej w Gdyni, być w pełni na swoim i móc wiercić dziury w ścianach gdzie się żywnie podoba. Własne trzy pokoje na Lazurowym nie oznaczały, że zostają na zawsze – raczej, że pobędą trochę dłużej, może siedem, może dziesięć pierwszych lat spłaty kredytu.

Marta: „Dla mnie było jasne, że my tam zostajemy na dobre.”

Zabieganie o kredyt przy okazji wymusiło na Przemku intensywną naukę francuskiego. Bank pożyczył pieniądze bez większego trudu, większym problemem niż formalności były raczej wysokie ceny nieruchomości - w tej cenie można było mieć w Polsce duży, nowoczesny dom. Mimo wszystko, zdecydowali się.

Marta: „Odwiedzaliśmy znajomego w jego nowo wybudowanym, pięknym, dużym domu w Gdyni, ale wracając do Francji, strasznie się cieszyliśmy, że mamy to swoje mieszkanie na Lazurowym, gdzie jest tak pięknie i gdzie nie musimy spędzać tyle czasu w domu. A potem pojawiły się dzieci i mówiliśmy raczej »Zobacz, jak ciasno w tym mieszkaniu. Za te pieniądze w Polsce moglibyśmy mieć dom (śmiech)«.”

Lazurowe z dziećmi        

Co do wyższości standardów porodowych w Nicei nie było wątpliwości. Pierwsze mocniejsze poczucie niesprawiedliwości w macierzyńskich porównaniach obydwu krajów przyszło niedługo po urodzeniu pierwszego dziecka. Kiedy pracujące kobiety w Polsce mogły zostać z potomstwem w domu przez rok, te we Francji musiały wracać do pracy po 2,5 miesiąca. Mimo wszystko nie było innego wyjścia, bo utrzymanie trzyosobowej rodziny z pensji inżyniera oznaczałoby wyraźnie gorsze czasy.

Powrót za biurko też nie okazał się pasmem sukcesów. Ubywało nadgodzin, a wydłużała się ilość niezbędnego wolnego, bo syn znowu choruje, a Francja nie przewiduje więcej niż dwa dni bezpłatnego urlopu opieki na dziecko. Szef okazał się mieć z tym duży problem. Dla pracownicy, która nie ma, jak jej koleżanki, rodziców w okolicy, oznaczało to konieczność kombinowania - żeby lekarz, dla przykładu, wypisał chorobowe dla matki. Babcia na miejscu uratowałaby sprawę, ale trzeba było liczyć tylko na siebie.

„Miałem kryzysy, kiedy uświadamiałem sobie, że tak naprawdę wszystko jest na mojej głowie. Nie mogę się nawet rozchorować, bo kto wtedy zajmie się dziećmi, kto pójdzie do pracy.”
„Miałem kryzysy, kiedy uświadamiałem sobie, że tak naprawdę wszystko jest na mojej głowie. Nie mogę się nawet rozchorować, bo kto wtedy zajmie się dziećmi, kto pójdzie do pracy.” (fot. archiwum prywatne bohaterów)

Stresujące sytuacje w pracy przyspieszyły decyzję o drugim dziecku – córka urodziła się dwa lata po swoim bracie. By uniknąć znanych z przeszłości problemów z częstą nieobecnością w żłobku, wkrótce obojgiem zajęła się w domu niania. Na tym froncie też porażka. Kiedy syn zaczął mówić, wyszło na jaw, że obdarzona zaufaniem opiekunka kłamie na całej linii, a swoje obowiązki sprowadza głównie do sadzania dzieci przed telewizorem i karmienia ich śmieciowym jedzeniem. Kalkulacje w domowym budżecie były zarazem bezlitosne: osoba po rocznym kursie dla opiekunek przy dwójce dzieci konsumowała pensję pracownika korporacji po dwóch kierunkach studiów. Opłaty i inne wydatki szły w górę, do dyspozycji pozostawała więc tylko jedna pensja.

Przemek: „Pamiętam, że 2016 rok był koszmarnie ciężki finansowo. Zarabiałem coraz więcej, ale pieniędzy nie przybywało. Zanim urodziły się dzieci, mogliśmy sporo odkładać, a do tego co weekend latać za granicę, bo było nas na to stać. Analizowałem: teraz właściwie nic nadzwyczajnego nie robimy, a i tak co miesiąc trzeba dobierać po 100 euro z oszczędności. Coś nie grało, bo przecież nie byliśmy biedni. Z odprowadzanych podatków wynikało, że należymy raczej do wyższej klasy średniej.”

Wtedy nabrzmiewały myśli, że przecież w Polsce byłoby lepiej. Tam pensja jednego członka rodziny pozwoliłaby zostać drugiemu w domu z dziećmi. Łatwość życia w Polsce kusiła coraz bardziej, tymczasem we Francji na wierzch wychodziły frustracje: jak pracować więcej, skoro są dzieci, jak zachować precyzyjną logistykę dnia, kiedy cokolwiek pójdzie niezgodnie z planem. Jak pogodzić wszystko, kiedy jedno dziecko chodzi do przedszkola, a drugie do żłobka – wyszło na to, że na dłuższą metę może się to nie udać.

Przemek: „Miałem kryzysy, kiedy uświadamiałem sobie, że tak naprawdę wszystko jest na mojej głowie. Nie mogę się nawet rozchorować, bo kto wtedy zajmie się dziećmi, kto pójdzie do pracy.”

Marta: „Stresowaliśmy się też tym, kto się zajmie dziećmi, jeżeli nam się coś stanie itd.”

I mimo wielkiej satysfakcji, że da się polegać wyłącznie na sobie, wraz ze zmęczeniem materiału przybywało argumentów, by wracać do Gdyni. Także w pracy. W czasach realizacji kolejnego mało ambitnego projektu na etacie, koledzy z Polski namawiali do powrotu i dalszego rozwijania wspólnego biznesu. Firma znacząco urosła w tym czasie, dając pracę już nie pięciu, jak na początku, a blisko stu osobom. Nie było pewności, jak długo jeszcze okno transferowe będzie otwarte. W Polsce została też najbliższa rodzina.

Marta: „Nie chciałam wracać. Ale zawsze miałam w głowie myśl, że muszę wrócić do Polski, bo tam mam mamę, która jest sama. Widziałam korzyści w tym, że ona będzie miała kontakt z wnukami, a ja dodatkową pomoc.”

Niestety pułapką okazało się mieszkanie. Decyzja o jego sprzedaży zapadła jeszcze zanim urodziła się córka, przy pierwszej zdecydowanej zachęcie kolegów Przemka, by wracał. Niestety kupowana na cenowej górce nieruchomość doczekała się pierwszych w pamiętanej przez mieszkańców historii tego regionu spadków wartości. Opłaty i koszty kredytu wzrosły na tyle, że nieopłacalny stał się nawet wynajem. Czarny scenariusz braku lokatorów przez dwa-trzy miesiące był teraz w tej okolicy zbyt prawdopodobny. Pozbycie się mieszkania miało otworzyć furtkę do ewentualnego wyjazdu, ale nie było to łatwe. Znalezienie kupca zajęło dwa i pół roku.

Oczekiwania to nie rzeczywistość

Marta: „Kiedy wreszcie udało nam się sprzedać mieszkanie, nie zastanawialiśmy się długo, tylko spakowaliśmy się i wróciliśmy. Dopiero później pojawiła się refleksja: po co myśmy tu przyjechali?”

Decyzję o powrocie przyspieszył mający nastać za kilka miesięcy nowy rok szkolny. Do tego znowu przypomnieli o sobie koledzy z dawnej pracy, deklarując obiecujące miejsce w swoim biznesie. Już nie było odwrotu. Wracali z poczuciem wolności i pozytywnym nastawieniem – bo nowe zawodowe możliwości dla niego i chwila oddechu w domu dla niej. Początki w Polsce były podobne do tych we Francji: na miejscu czekała na Przemka nowa praca, ktoś – tym razem znajomy – pomógł z wynajęciem mieszkania na start. Była świetna pensja, mniejsze wydatki, dobra szkoła dla dziecka, swoboda, że matka może bez zaciskania zębów zostać na jakiś czas z dziećmi w domu, do tego bliskość dziadków. Ale z biegiem czasu rzeczywistość zaczęła coraz bardziej rozbiegać się z oczekiwaniami. Najpierw w pracy. Chociaż w Polsce miało czekać coś zupełnie nowego, może nawet praca na całe życie, po dwóch miesiącach od powrotu Przemek szukał już czegoś nowego.

Przemek: „Nie czułem, żebym się rozwijał. To, na co się umawiałem, przyjmując tę ofertę, trochę rozminęło się z rzeczywistością. Wiadomo, jak to w firmie - plany się zmieniają, terminy przesuwają, miałem być szefem zespołu, a nie miałem zespołu itd. Niby firma fantastyczna, ludzie fantastyczni, nareszcie mogłem mówić po polsku, a jednak coś mi nie pasowało.”

Zaskoczeniem okazały się też wyczekiwane relacje ze znajomymi. Trudno nie spodziewać się zgrzytów, gdy wyjeżdżają dwudziestoparolatkowie bez zobowiązań, a wracają o prawie dziesięć lat starsi rodzice dwójki dzieci. Czas, który upłynął, dowiódł, że z niektórymi dzisiaj nie nadaje się już na tych samych falach. Nie urzeczywistniły się też wyobrażenia na temat korzyści płynących z bycia blisko. Jeszcze przed przyjazdem do Polski wypytywali starych znajomych, jak się teraz żyje w Gdyni, gdzie spędzać czas z dziećmi w weekendy itd.

Przemek: Mówili nam »Wracajcie, czekamy na Was, będziemy się spotykać i świetnie bawić«. Pomyłka. Żebyśmy mieli jasność - nie jesteśmy papieżami, nie oczekujemy defilad na swoją cześć, ale w sumie to nikt nie powitał nas ciepłymi słowami czy nawet e-mailem. Mamy wrażenie, jak byśmy wrócili z tygodniowego wypadu na Kanary.”

Rozczarowania rodziców w dużej mierze wiążą się z losem dzieci. Mieszane uczucia wywołało nawet obiecujące francuskie przedszkole dające szansę na podtrzymanie dwujęzyczności – jeden z ważnych argumentów za powrotem akurat w te strony. Pół roku wystarczyło, żeby syn zapomniał, jak się mówi po francusku.

„Nie chciałam wracać. Ale zawsze miałam w głowie myśl, że muszę wrócić do Polski, bo tam mam mamę, która jest sama. Widziałam korzyści w tym, że ona będzie miała kontakt z wnukami, a ja dodatkową pomoc.”
„Nie chciałam wracać. Ale zawsze miałam w głowie myśl, że muszę wrócić do Polski, bo tam mam mamę, która jest sama. Widziałam korzyści w tym, że ona będzie miała kontakt z wnukami, a ja dodatkową pomoc.” (fot. archiwum prywatne bohaterów)

Najtrudniejsza do zniesienia okazała się jednak… pogoda. Marta podkreśla, że wracała dla dobra rodziny, spodziewała się jednak, że nie będzie zadowolona, że pierwsza zima będzie dla nich trudna. Optymizm Przemka w tej sprawie zakładał, że dwa, trzy zimne miesiące szybko miną, a wiosna i lato pozwolą wrócić do stylu życia praktykowanego na południu Francji. Miało być morze, plaża, wycieczki, sport na dworze, nawet jeśli przez siedemdziesiąt, a nie trzysta dni w roku, to jednak z dodatkowym walorem w postaci bliskich, więc do zaakceptowania. Dzisiaj bez ogródek mówią, że możliwości związane z pogodą i klimatem przeszły ich najgorsze oczekiwania. Codziennością stał się ziąb, szarówka i brak warunków, żeby organizować pikniki, których domaga się syn. Życie prowadzone na zewnątrz trzeba było wprowadzić do czterech ścian mieszkania. Problemem okazało się, co zrobić z dziećmi, jak zorganizować im czas, który do tej pory mogły spędzać, poznając wciąż nowe miejsca. Ile deszczowych dni można spędzić z dziećmi w sklepach? Zaraz po przyjeździe odgrażali się, że mimo wszystko będą podtrzymywali dawne przyzwyczajenia z Lazurowego. Pierwsze zimne wycieczki po Polsce zweryfikowały te możliwości.

Marta: „Czujemy, że wolelibyśmy inaczej. Wiemy, jak fajnie jest pożyć tak, żeby naprawdę czuć, że się żyje. A tutaj raczej ciągle na coś czekamy. Niby nas stać, żeby nawet raz w miesiącu polecieć sobie na wakacje, ale po co mamy mieszkać gdzieś, skąd tylko chcemy uciekać. Nie lepiej po prostu zamieszkać gdzieś, gdzie chcemy być i się stamtąd nie ruszać?”

Przemek: „Żal mi dzieci, z którymi wcześniej chodziliśmy na plac zabaw dwa razy dziennie praktycznie przez cały rok, a teraz robimy to  maksymalnie raz w miesiącu. Rowerki rdzewieją w garażu. Moje rolki też. O tym nie pomyślałem przed powrotem. Myślę, że nasz problem polega na tym, że chcieliśmy przenieść nasze życie z jednego miejsca w drugie, tymczasem nie da się tego zrobić, bo warunki są inne.”

W kwietniu był jeden naprawdę ciepły weekend. Dał nadzieję, że może po trudnej zimie i wiośnie teraz już będzie lepiej. Jest jednak początek maja, a my siedzimy przy rozgrzewającej kawie w kawiarni tuż obok gdyńskiej plaży. Co chwilę pada.

Przemek: „Przez osiem lat za granicą dzieliliśmy się z bliskimi tym, co robimy, w internecie. Gdziekolwiek byliśmy, wrzucaliśmy zdjęcia do sieci, były ich tysiące. Wróciliśmy do Polski i nagle przestaliśmy robić zdjęcia. Marta widzi na Facebooku fotografie znajomych z Nicei i mówi „To jest życie”. Po czym pokazuje na nas: „To jest wegetacja”.”

W ten sposób upadł też kult pieniądza. Bo na co lepsza pensja, skoro nie można jej wydawać tak, jak by się chciało. Albo skoro ma zastąpić życie, którego by się chciało. Może lepiej mieć mniej pieniędzy i żyć w cudownym miejscu niż być bogatszym, ale zaznawać szczęścia.

Życie w Polsce to ciężka praca

Niespełnione oczekiwania w pracy po powrocie i blisko dwie godziny dziennie spędzane w korkach skłoniły Przemka do poszukiwania pracy, którą mógłby wykonywać z domu. Dzisiaj pracuje zdalnie, a jego pracodawca godzi się, by mógł to robić niemal z dowolnego miejsca na świecie. Furtka do ewentualnego wyjazdu jest znowu otwarta. Powrót na Lazurowe Wybrzeże nie jest jednak tak prosty, jak dawniej. Wysyłając dzieci do francuskich szkół, własną działalność Przemka trzeba by zarejestrować we Francji, a to oznacza już nie dziewiętnaście, a minimum czterdzieści procent podatku. Tym samym znakomite wynagrodzenie znowu topnieje w oczach.

Powrót do pracy na warunkach, jak dawniej, nie kalkuluje się tak samo, jak dawniej. Lazurowe – z tamtejszymi wydatkami, szkołą, nieruchomościami - jest teraz za drogie, z tych względów na razie prawie na pewno tam nie wrócą. Mimo że dla dzieci to byłaby prawdziwa szansa na dwujęzyczność. Innych słonecznych miejsc z turystycznym potencjałem na mapie Europy nie brakuje - ale wybór jest trudny. Zwłaszcza gdy bierze się odpowiedzialność za dalsze losy dzieci, ze świadomością, że czas już zapewnić im stabilność otoczenia i pomóc w nawiązywaniu pierwszych trwałych relacji.

Przemek: „To nie jest tak, że w Polsce żyje się gorzej niż na Lazurowym Wybrzeżu. Naszym problemem jest to, że NASZE życie jest gorsze, a przynajmniej my to tak widzimy.”

Przed polską zimą uciekli w końcu na krótkie wakacje na Wyspach Kanaryjskich. Upragnione słońce, morze i ciepły wiatr na dobre uwolniły prace nad nową strategią, które… trwają do dzisiaj. Wyjazd jest trudny przede wszystkim ze względu na szkołę. Marcie nie podobają się francuskie placówki publiczne, prywatna może okazać się za droga. Tysiąc euro miesięcznie w Polsce gwarantuje doskonałe warunki mieszkaniowe, w Europie Zachodniej już niekoniecznie. Pozostanie matki z dziećmi w domu choćby na jakiś czas za granicą mógłby okazać się finansowym kłopotem dla domowego budżetu. Pojawiają się też mniej oczywiste obawy.

Przemek: „Miałem też pewien problem z zostaniem we Francji, związany z tym, że mój syn może zacząć na dobre mówić do mnie po francusku. A co, jeśli przyjdzie do mnie z jakimś problemem – zadaniem z matematyki czy geografii – a ja nie będę znał języka na tyle, żeby mu pomóc w takim stopniu, jak pomógłbym mu w Polsce?”

Pytani o zapomniany już chyba z Francji problem z rodziną na odległość odpierają, że dziś zabraliby ze sobą za granicę mamę Marty. I jej, i sobie chcą oszczędzić smutnej starości nad Wisłą spędzonej na narzekaniu.

Marta: „Sama staję się jednym z tych wszystkich Polaków, którzy nie ruszają się stąd i ciągle narzekają. Kiedy tutaj wyjdziesz na ulicę, wszyscy chodzą ze smutnymi minami. Tam ludzie cieszą się radością życia - do samego końca. Tutaj w Polsce życie to ciężka praca.”

Przemek: „Jestem przekonany, że są ludzie naprawdę szczęśliwi w Polsce, którzy nie marzą o mieszkaniu gdzie indziej. Jestem przekonany, że są ludzie, którzy uważają Trójmiasto za najlepsze miejsce do życia i pracy w Polsce. Mam wrażenie, że my do nich nie należymy”.

Życie, które mieli jeszcze rok temu, bez ogródek nazywają innym światem. Choć wiedzą, że ktoś, kto nie ma na koncie podobnych doświadczeń, może ich nie zrozumieć. Druga emigracja wydaje się prostsza. Mówią, że kilka lat za granicą – w tyglu wielu kultur i doświadczeń – pozwala życiowo dojrzeć, poszerza horyzonty i ekstremalnie otwiera umysły. Nie bez śladu pozostał też powrót do Polski – uwalniający, jak o nim mówią. Świadomość, że można spakować się w trzy dni i kilka kartonów, a zaraz potem być w innym kraju, dodaje odwagi, żeby wykonać taki ruch ponownie.

Marta: „We Francji mieliśmy dużo szczęścia - życie tam było naprawdę łatwe i przyjemne, do pozazdroszczenia. Chyba tego brakuje nam najbardziej. Przemek mówi, że wróciliśmy z wakacji, zaczęło się prawdziwe życie.”

Przemek: „Stawiamy się sami w pozycji bohaterów tragicznych (choć nasz tragizm dla wielu osób może się wydać komiczny), to znaczy ze względów zawodowych i zarobkowych nie możemy, tudzież nie chcemy wracać do Nicei, ale tu też nie jesteśmy do końca szczęśliwi. Pytanie, czy wystarczy nam siły do znalezienia nowego miejsca dla siebie na świecie. Nie wiem też, czy ktoś, kto ma więcej niż dwa domy, może być gdzieś w pełni szczęśliwy. Tam był nasz dom i tu jest nasz dom. Ale który jest ważniejszy? Może żaden z nich.”

Czytelników, którzy chcieliby podzielić się doświadczeniami z powrotu z emigracji swojej lub swoich bliskich, zachęcamy do kontaktu z autorką - wiadomości można słać na adres m.wrotniak@bankier.pl.

Malwina Wrotniak

Źródło:
Tematy:

Newsletter Bankier.pl

Dodałeś komentarz Twój komentarz został zapisany i pojawi się na stronie za kilka minut.

Nowy komentarz

Anuluj
8 27 krool44

Dawno nie czytałem tak absurdalnego artykułu... jak można być tak dziwnym... Narzekają że pogoda zła w Gdyni i nie da się czasu spędzać na zewnątrz .... idąc tym tokiem rozumowania cała skandynawia, UK, Irlandka czy Holandia z domu nie wychodzi.... paranoja jakaś... My z rodziną prawie każdy weekend gdzieś wyjeżdżamy, nie że daleko ale zawsze coś robimy. Wiem że Gdynia ma słabą pogodę ale bez przesady... Wyjechali do Francji i się w głowie poprzewracało... nie wiedzą czego chcą. Sam mieszkałem w USA, UK i DE i od kilku lat mieszkam w PL (też pracuję w IT) i nie narzekam bo relacja płac w IT do zarobków jest jedną z najlepszych na świecie. Wszędzie da się żyć wygodnie tylko trzeba mieć otwarty umysł i umieć się tym życiem cieszyć a tego jak widać pomimo wyjazdu bohaterom tego artykułu brakuje. Przestańcie narzekać jak Polacy a zacznijcie myśleć pozytywnie! Pozdrawiam

Pokaż cały komentarz ! Odpowiedz
6 0 czarnyjas

nie podoba mis ie to powracanie

! Odpowiedz
6 7 historia_

To historia i to historia
https://pl.wikipedia.org/wiki/Kampania_wrześniowa
obie mniej lub bardziej przykre. Czy Polak mądry po szkodzie czy chociaż trochę mądrzejszy?
Dobrze jak jest przynajmniej do czego wracać.

! Odpowiedz
25 21 (usunięty)

(wiadomość usunięta przez moderatora)

! Odpowiedz
6 17 historia_

Szok że Polacy nadal tak strasznie się nawzajem nienawidzą, przecież na szczęście nie żyjemy w Rosji gdzie każdy ma mieć takie same zdanie.

! Odpowiedz
26 25 2kbb

Wiem o czym mówią ci młodzi ludzie z dwójką dzieci.... Uważam też że jeżeli nie spakują się w ciągu kilku miesięcy to już nie wyjadą....Zrobili błąd podobny do mojego ale z małą różnicą że ja nie miałem wtedy rodziny i dzieci.... Prawda jest taka że w Polsce nie tylko klimat, pogoda, zarobki czy miejsce zamieszkania jest ważne.... Polska jest "postkolonialnym" krajem czy nawet jeszcze gorzej i takie cechy jak zawiść, zaborczość czy zwykłe chamstwo i arogancja ludzi z przeszłością komunistyczną jest na porządku dziennym. To jest najpoważniejszy problemem dla młodych ludzi którzy chcą budować swoje nowe życie... Faktem jest że to się powoli zmienia ale dzisiaj należy wiedzieć o tym że Polska nie ma wyboru i musi wspierać Ukrainę i inne wschodnie byłe kolonie ZSRR. To zaś spowoduje nie spadek standardów życae ale zapewne spowolnienie do zrównania się warunków życia z Zachodem..... Polska została doświadczona do dnia dzisiejszego w sposób niewyobrażalny w stosunku do tego co mieliśmy przed II WŚ. Gdzie mimo że życie było trudne i ubogie to wszędzie wokół wszystko się budziło do życia i dynamicznie się rozwijało. Polacy nie zdają sobie jeszcze sprawy z tego że proces wychodzenie ze zniewolenia komunistycznego będzie jeszcze trwał i się wydłużał im bardziej będziemy przyciągać ludzi ze wschodu.... Polska jednak nie ma wyjścia i musi rozwijać i cywilizować Wschód Europy aby nigdy już nie zdarzyło się to co było w 1939 roku.... Na miejscu naszych bohaterów pakował bym się jak najszybciej....

Pokaż cały komentarz ! Odpowiedz
11 50 piwic

"Niby nas stać, żeby nawet raz w miesiącu polecieć sobie na wakacje"

Pani Marto, Pani już konfabuluje z rozkapryszenia.Naprawdę stać Was na comiesięczny wydatek minimum 8 tys złotych? Informatycy zarabiają nieźle, ale bez przesady.

! Odpowiedz
11 31 bankierkomentuje

panie PsLondon nie fantazjuj i nie pajacuj juz z ta praca w Londynie. Smierdzisz mi PENDOLINO wiec nie dziwne ze styl zyczia z PL ciezko bylo zaadoptowac w Londynie.

Tylko 1 na 1000 a moze i na 10000 osob w Londynie ma prace gdzie zarabia super itd (super = min 60 tys gbp brutto rocznie), znam wielu w UK ktorzy ledwo przekraczaja 20 tys i tez mowia ze to super z czym sie niezgodze bo to wegetacja. Niestety wiekszosc Polakow dyma za tzw. angielskie grosze i taka jest prawda, znikomy procent ma firmy ktore prosperuja a reszta czyli ok 95% dyma na angoli dobrobyt i aby od 1go do 1go.

Pokaż cały komentarz ! Odpowiedz
24 13 pslondon

Nie pajacuj i nie fantazuj z ta znajomoscia realiow zycia Polaka za granica. Smierdzisz mi kmiotem wiec nie dziwie sie, ze Cie krew chce zalac, ze ktos moze miec lepiej.

Wszyscy Poalcy, ktorych znam w Londynie zarabiaja z palcem w d***e ponad £60k na rok. Informatycy, analitycy finansowi, dyrektorka w agencji reklamowej, glowna ksiegowa w charity...

Na pewno sa tez tacy co maja £20k ale to przeciez nie o to tobie idzie.

Zle, ze ktos ma dobrze ale tez jaka pogarda dla tych, ktorzy ledwo od 1go do 1go zyja. Jest cos w mentalnosci niektorych Polakow co sprawia, ze wszystko musza splycic i zgnoic. Zeby do swojego poziomu sprowadzic bo inaczej swiata nie sa w stanie zrozumiec.

Pokaż cały komentarz ! Odpowiedz
23 89 bankierkomentuje

Czytajac caly artykul probowalem choc przez chwile zrozumiec ich problem ogolnie i doszedlem do roznych wznioskow. Odnosze wrazenie ze wyjechalo za granice dwoje niedorajdow zyciowych. OK zgodze sie ze byli mlodzi, moze pierwszy raz za granice sie udali i wszystko bylo pieknie kiedy nie bylo dzieci a kiedy one sie pojawily to wszystko zmienilo sie o 180 stopni. Kazdy migrant ma mniej wiecej to samo kiedy babcia z Polski nie moze przyjechac i pomoc zaopiekowac sie dziecmi w tymi innym kraju. Nie wiem po co te gorzkie zale - to jest do przewidzenia i informatykowi sie tu bardzo dziwie szczegolnie ze klepal prawa logiki jak zdrowaski na studiach a ponoc konczyl dwa kierunki. Na ekonomi sie klepie, na studiach menedzerskich sie klepiej proste prawa jak Jezeli P to Q itd to tym bardziej na programowaniu, IT i informatyce. Nalezy stwierdzic fakt ze BYLISCIE MALO ZARADNI.
Nieruchomosc - wyjechalo dwoje ludzi, zauroczyli sie zachodem bo w Polsce sie nie przelewalo bo na dobre nie rozpoczeli pracy i zapragneli miec mieszkanie czy maly domek. Poszli na zywiol, wzieli pierwsze z tzw brzegu bo agent nawciskal im makaronu na uszy i lykneli. Okazalo sie pozniej ze zakupili na samej gorce a trzeba bylo sprawdzic trend na rynku dla lokalnej okolicy, trend we Francji, w EU itd. Jak przygotowywalem sie do zakupu nieruchomosci czy to w Polsce czy poza to trwalo to od 6 do 12 mcy, bralek kalkulator w reke, kartke papieru i rysowalem scenairusze a potem byla matematyczna kalkulacja paru scenariuszy (wzrostow i spadkow cen nieruchomosci, stawek najmu, rentownosci najmu po zanizonej cenie, usadowienie tego w budzecie i plynnosci finansowej wraz z tzw stres testem czy jak podwinie mi sie noga to ile czasu wytrzymam placic raty kiedy nie bede mial dochodow i pracy. No coz nasi ZAGRANICZNE CELEBRYTY nie wpadli na ten pomysl = cieszcie sie ze NIE KUPILISCIE tego za CHFy bo dzis komornik rezalby po was jak po betonie tuz na wysokosci gruntu.

Miałem też pewien problem z zostaniem we Francji, związany z tym, że mój syn może zacząć na dobre mówić do mnie po francusku. A co, jeśli przyjdzie do mnie z jakimś problemem – zadaniem z matematyki czy geografii – a ja nie będę znał języka na tyle, żeby mu pomóc w takim stopniu, jak pomógłbym mu w Polsce?”

Coz po takiej wypowiedzi mozna powiedziec. Koles z korpo IT to niedostosowany do zycia marudera. Osiolku z Gdyni, dziecko jezyka obcego uczy sie w szkole niezaleznie czy ty do niego mowisz w domu po francusku czy nie (lepiej zebys nie mowil bo mu akcent znieksztalcisz) i tam rozwiazuje problemy a Ty jako odpowiedzialny ojciec uczysz go jezyka ojczystego w domu. Dziecko znajac oba jezyki jest w stanie wytlumaczyc ci po polsku problem ktory ma do rozwiazania z geografi, ty mu po polsku pomagasz a odpowiedz redaguje po francusku z mniejsza lub wieksza trafnoscia poprawnosci. W ten sposob dziecko uczy sie dwoch jezykow, nowych slow, rozwiazania problemu, komunikacji itd. Niestety pan informatych ma ograniczone myslenie: raz KORPO a drugi raz ZERO JEDYNKOWE myslenie informatyczne.

SUMUJAC: wyjechal chlopek roztropek, popracowal za frycowe za granica, nie osiagnal sukcesu jaki zakladal i teraz ODPRAWIA GORZKIE ZALE a w miedzy czasie OGOLILI GO NA NIERUCHOMOSCI.
Sumujac wszystko wyszlo ze 2-3 lata rypal frycowe w korporacji za marne grosze, potem placil osetki od nieruchomosci po czym ja sprzedal TRACAC KAPITAL bo sprzedal za mniej niz kupil. Jezeli te strate na nieruchomosci wliczyc w zarobki i rozlozyc na lata kiedy tam pracowal wyjdzie na to ze nasz BOHATER pracowal za 4 tys zl miesiecznie a ponosil koszty utrzymania jak na lazurowym wybrzezu.

Niestety nasz BOHATER zapomnial tez ze zycie to nie tylko KONSUMPCJONIZM ale tez INWESTYCJE i w czasach kiedy sie zarabia lepiej czesc dochodu sie oszczedza, czesc inwestuje a reszte ewentulanie konsumuje. To zabezpieczyloby spadek dochodow w gorszych czasach, daloby moze niezaleznosc finansowa w zaleznosci jak dobre bylyby to inwestycje a tak to mamy GORZKIE ZALE CHLOPKA ROZTROPKA i jego MADAMe.

Pokaż cały komentarz ! Odpowiedz
Zapisz się na bezpłatny newsletter Bankier.pl