Do dziś spieramy się z Piotrem, czy był to orszak weselny pary z miejscowego zespołu folklorystycznego, czy kulminacyjny punkt Dni Papryki. Na barwny korowód roztańczonych par natknęliśmy się na placu przed kaloczańską katedrą. W tańcu z równym wigorem wirowały młode dziewczyny, jak i matrony, zaś ich partnerzy zawadiacko podkręcali czarne wąsiska, pobrzękiwały tamburynkami ponętne hurysy, a muzykanci grali, aż się kurzyło. Potem wszyscy wsiedli na furmanki i odjechali w ślad za konnymi hajdukami. Zaległa cisza, którą dopiero wieczorem przerwał huk fajerwerków wystrzeliwanych na festiwalowym placu na zakończenie dwutygodniowej imprezy.
Nasza tłumaczka - urocza Bernardetta, była niestety specjalistką od rosyjskiego i chociaż bardzo się starała, nie zawsze rozumieliśmy jej polski. Nic to, jeśli ktoś nie mówi po węgiersku, będzie zawsze doświadczał poetyckiego wymiaru podróży przez tutejszą prowincję. A to także jest atrakcja.
Paprykowe łany
Hartę, pierwszą odwiedzoną przez nas miejscowość, otaczają rozległe zagony papryki. Co ciekawe, nie ma na nich miedz, bo właściciele tworzą spółdzielnie i solidarnie przystępują do zbiorów. Paprykowych żniw nie udało się dotąd zmechanizować, więc przez dwa wrześniowe tygodnie na polach wre ręczna praca.Naszym przewodnikiem był jeden z miejscowych plantatorów. Zabrał nas na tyły swego domu, gdzie w kolorowych plastikowych siatkach wisiały zebrane już warzywa. To od niego dowiedzieliśmy się, jak odróżniać podstawowe rodzaje papryki. Smak słodkiej edes trudno pomylić ze smakiem ostrej csipos, ale na krzaku wyglądają podobnie. Różnią się charakterem - ostra śmiało sterczy ku górze, zaś słodka zwisa w dół. Bywa też papryka żółta, a w ostatnich latach pojawiła się nawet pomarańczowa. Nikt ich tu specjalnie nie hodował, nie krzyżował - po prostu zdarzają się. Odmiana o małych, okrągłych owocach jest najrzadsza, a ze względu na kształt nazywa się ją czereśniową (cseresznyepaprika). Popularne u nas duże, mięsiste i egzotycznie wyglądające owoce, pochodzą z krajów północnych (często są po prostu polskie). W ojczyźnie papryki uprawia się je w przydomowych ogródkach albo sprowadza z zagranicy! Prawdziwa węgierska papryka jest nieco mniejsza, ma mało miąższu i sztywną cienką skórkę.
Na straganie
-...w dzień targowy takie słyszy się rozmowy...- rozwijał swą warzywną opowieść Jan Brzechwa. Przy straganach w Kalocsy nasłuchaliśmy się niejednej historii, chociaż z równym powodzeniem mogliśmy wysłuchać zwierzeń samej papryki. Można kupować jej różne odmiany, świeżą lub suszoną i faszerowaną. Jednak w czasie trwania festiwalu najważniejsze są specjalne stragany na skraju miasteczka. Rozstawiają je firmy spożywcze, restauracje specjalizujące się w kuchni węgierskiej i plantatorzy. Pomiędzy tematycznymi stoiskami są i inne, typowo festynowe.
Spotkaliśmy więc Tatarów (a może byli to wojownicy Gezy handlujących książkami, oddział artylerii w mundurach z czasów generała Bema z markietankami warzącymi gulasz (oczywiście solidnie przyprawiony pikantną papryką) oraz myśliwych piekących zwierzynę na ruszcie, w gruncie rzeczy także po to, by posypać ją czerwonym proszkiem. Najdłużej zatrzymaliśmy się przy straganie, na którym odziana w ludowy strój kobieta skręcała z dużą wprawą warkocze z papryki. Takie wieńce spotyka się we wszystkich miejscowościach wokół Kalocsy. Paprykowi plantatorzy wystawiają je przy drodze na sprzedaż. Ponoć wiązanie owoców jest tradycyjnym zajęciem kobiet w okresie zbiorów papryki, ale nam poza festiwalowym stoiskiem udało się spotkać tylko jednego pana, Janosa Marokity we wsi Batya, który robił wieńce, niestety głównie z czosnku. W kuchennych wnętrzach sznury papryki służą jako ozdoba, choć w gruncie rzeczy mają znaczenie praktyczne. W ten bowiem sposób owoce doskonale schną. A te, których nie wykorzysta się w kuchni od razu, można zetrzeć i przechowywać. Dwustugramowy słoiczek proszku z pikantnej csipos wystarcza ponoć z powodzeniem na dwa, trzy lata, a jeśli trzymać go w chłodnym miejscu - nie traci nic ze swych walorów.
Konkurs kulinarny
W białych czapkach, jak przystało na szacownych przedstawicieli smakowitego fachu, po festiwalowym placu przechadzała się wysoka komisja. Przewodniczył jej Benke Laszló - kucharz z Budapesztu, który w węgierskiej telewizji prowadzi popularny program kulinarny. Jest więc nie tylko cenionym fachowcem, ale i gwiazdą mediów - taki węgierski Maciej Kuroń, tyle że postury nieco drobniejszej. Komisja przechadzała się niespiesznie, jurorzy degustowali i dyskutowali.
Konkurs kulinarny jest kolejnym obok roztańczonej kawalkady gwoździem festiwalowego programu. Trasa komisyjnej przechadzki wiodła wzdłuż szeregu stanowisk, w których najważniejsze są kotły. Wypełniają je mięsem, rybami, serem i oczywiście papryką mistrzowie kulinarnego rzemiosła. Dwoją się i troją uzbrojeni w chochle, noże, tasaki, mniejsze i większe łychy lub łyżki. Siekają, wrzucają, mieszają, próbują. Zapachy roztaczają się wkoło - palce lizać. I wiele osób liże, bo dań można spróbować po wykupieniu niedrogich talonów. Zanim wysoka komisja wydała werdykt i rozdzieliła nagrody, kotły opustoszały. Ponieważ przed południem, po obejrzeniu straganów pojechaliśmy zwiedzać okolicę Kalocsy, niewiele brakowało, a spóźnilibyśmy się na degustację potraw. Kiedy przy jednym ze stanowisk wyraziliśmy żal, że kotły już opustoszały, gospodarz poczęstował nas na pociechę palinką. Podziękowaliśmy bardzo serdecznie, acz nieco pospiesznie, gnani pragnieniem skosztowania jak najszybciej nieco łagodniejszego napoju.
Tekst i zdjęcia Paweł Wroński
Współpraca Piotr Pietrzyk
































































