

Choć bezwzględna większość partii prezydenta Emmanuela Macrona La Republique en Marche jest nieco mniejsza od przewidywanej, wszyscy francuscy politycy przyznawali w niedzielę wieczorem, że wybory są triumfem szefa państwa, który ma całą władzę w swoich rękach.
Ale 56,6 proc. wyborców nie poszło do urn. Wszyscy, łącznie z premierem Edouardem Philippe'em przyznawali, że nad większością La Republique en Marche (LREM) ciążyć będzie widmo wyborczej absencji. To zmusza rząd do podołania zadaniu - powiedział Philippe.
Natomiast Jean-Luc Melenchon, lider populistycznej, skrajnie lewicowej Francji Nieujarzmionej, uznał, że absencja jest symptomem generalnego strajku obywatelskiego.
Jego partia może się poszczycić sukcesem, gdyż przekroczyła liczbę konieczną do utworzenia grupy parlamentarnej (15). Ta grupa spójna, zdyscyplinowana, ofensywna, stanie na czele socjalnego ruchu oporu wobec rozdętej większości, która nie ma legitymacji do przeprowadzenia socjalnego zamachu stanu - powiedział Melenchon, nawiązując do projektu zmiany prawa pracy, nad którym pracuje rząd.

Marine Le Pen, przywódczyni populistycznego, skrajnie prawicowego Frontu Narodowego (FN), wybrana w swym okręgu (58,8 proc.), na północy Francji, stwierdziła, że słabość uczestnictwa (w wyborach parlamentarnych) świadczy o tym, że zwycięstwo Emmanuela Macrona pogrążyło kraj w obojętności.
Le Pen uznała, że Partia Socjalistyczna i centroprawicowi Republikanie stali się satelitami LREM i że wobec bloku interesów oligarchii, FN jest jedyną siłą oporu przeciw rozmyciu Francji.
Przywódczyni FN zapowiedziała, że teraz rząd będzie realizować mapę drogową przysłaną z Brukseli i prowadzić politykę migracyjną w zgodzie z (kanclerz Niemiec Angelą) Merkel.
Na karb antydemokratycznej", większościowej ordynacji wyborczej złożyła Marine Le Pen to, że FN mieć będzie tylko 7 do 8 deputowanych. Inni działacze tej partii, podkreślając, że dotychczas miała ona tylko dwoje reprezentantów w Zgromadzeniu Narodowym, wyrażali radość z powodu rozbicia przez wyborców szklanego sufitu, który zagradzał im drogę do parlamentu.
François Baroin, odpowiedzialny za kampanię wyborczą prawicy i centrum przyznał, że wyrok urn jest jasny i życzył powodzenia prezydentowi, gdyż najważniejsze jest powodzenie Francji.
Baroin ubolewał, że absencja wyborcza świadczy o tym, że Francja jest podzielona jak nigdy i zapowiedział odbudowę naszej rodziny politycznej.
Inni przywódcy prawicy przewidywali, że ich grupa, silna ponad setką deputowanych, stanowić będzie w parlamencie zdecydowaną, ale konstruktywną opozycję.
Jean-Christophe Cambadelis, sekretarz Partii Socjalistycznej (PS), pobity już w I turze wyborów, przyznał, że niepodważalne fiasko PS jest również jego winą i ogłosił, że odchodzi ze stanowiska na rzecz przyszłego kolektywnego kierownictwa. Triumf prezydenta powoduje, że ma on całą władzę w swych rękach, powiedział dotychczasowy przywódca niedawnej partii rządzącej.
Ten triumf ma w sobie coś sztucznego, ponieważ wszystkie problemy naszego kraju nie dadzą się rozwiązać machnięciem czarodziejskiej pałeczki - ostrzegał Cambadelis i przyznał, że dla lewicy wybory okazały się wielką przegraną bitwą, ale wojna z nierównością trwa.
Komentatorzy zastanawiają się czy po dymisji Cambadelisa w PS nie rozpocznie się raczej wojna szefów. Sceptycyzm wywołują również zapowiedzi konstruktywnej opozycji ze strony prawicy. Obserwatorzy nie wykluczają jej rozłamu.
Z Paryża Ludwik Lewin (PAP)
llew/ kot/ mal/































































