Premier Donald Tusk zapowiedział w czwartek analizę wszystkich elementów reakcji państwa na poranne naruszenie polskiej przestrzeni powietrznej. Dodał, że celem tej analizy jest udoskonalanie reakcji na tego typu zdarzenia w przyszłości.


Podczas konferencji w Tarnawie-Kolonii (woj. lubelskie), gdzie w czwartek nad ranem spadł najprawdopodobniej rosyjski pocisk Ch-101, szef rządu zaznaczył, że zależy mu na przejrzystym informowaniu o tego typu zdarzeniach.
Tusk zapowiada szczegółowe badanie reakcji służb
Premier powiedział, że informację o incydencie otrzymał natychmiast po tym, kiedy poderwały się polskie myśliwce, od szefa MON Władysława Kosiniaka-Kamysza, który powiadomił o tym również prezydenta Karola Nawrockiego. Zapewnił, że jest w tej sprawie w kontakcie z prezydentem.
Tusk podkreślił, że szczegółowo badane będą „wszystkie elementy tego, co się zdarzyło ze strony rosyjskiej i ukraińskiej”, a także „wszystkie elementy reakcji państwa tak, żeby każdego tygodnia, każdego miesiąca nasze reakcje były doskonalsze”.
- Ta wojna jest pełna niespodzianek i musimy się bardzo szybko uczyć nowych sytuacji i ewentualnie nowych zagrożeń. Na razie z meldunków, szczególnie wojskowych, wynika, że wszystko zadziałało tak jak powinno - powiedział premier.

💬 Premier @donaldtusk ⤵️ pic.twitter.com/IvtzAXP7qT
— Kancelaria Premiera (@PremierRP) July 30, 2026
"Nie ma żadnych powodów sądzić, że celem pocisku była Polska"
Premier Donald Tusk powiedział, że nie ma powodów sądzić, że celem obiektu, który naruszył polską przestrzeń powietrzną, prawdopodobnie rosyjskiego pocisku CH101, była Polska. Dodał, że w czasie ostrzału Ukrainy, dwa obiekty naruszyły polską przestrzeń, drugi sygnał był krótki, więc nie było tu „żadnych konsekwencji”.
Po spotkaniu w Lublinie zespołu koordynacyjnego premier Tusk, szef MON Władysław Kosiniak-Kamysz, szef MSWiA Marcin Kierwiński udali się w pobliże miejscowości Tarnawa-Kolonia na miejsce upadku obiektu, który w czwartek nad ranem, podczas zmasowanego ataku Rosji na Ukrainę, naruszył polską przestrzeń powietrzną.
- Nie ma żadnych powodów sądzić, że celem była Polska, ale dwa z tych obiektów naruszyły przestrzeń powietrzną Polski. Jeden na pewno, bo tutaj mamy jego ślady, a drugi w pobliżu polskiej granicy, ale to był bardzo krótki sygnał, więc z nim nie było związanych żadnych konsekwencji – mówił Tusk.
Dodał, że wielkość krateru zlokalizowanego w pobliżu Tarnawy – około 10 metrów średnicy i do 5 metrów głębokości – wskazuje na duże prawdopodobieństwo, że pocisk eksplodował. - My nie rozstrzygamy tego ostatecznie, ale według ocen ekspertów, wojskowych, zdecydowana większość śladów, w tym odnalezione elementy, wskazują na rosyjską rakietę CH101 - powiedział premier.
Pocisk manewrujący dalekiego zasięgu Ch-101
Produkowany w Rosji pocisk manewrujący dalekiego zasięgu Ch-101 jest jedną z rakiet często wykorzystywanych w atakach tego kraju na Ukrainę. Służy do niszczenia obiektów lądowych na długich dystansach, jego zasięg wynosi około 2,5 tys. km, co pozwala Rosji na odpalanie tych rakiety przeciwko Ukrainie z regionu Morza Kaspijskiego, zamiast z terenów położonych bliżej frontu.
Pocisk jest odpalany z powietrza z bombowców strategicznych Tu-95MS i Tu-160. Ch-101 jest skonstruowany do przenoszenia konwencjonalnych głowic bojowych, istnieje także jego bliźniacza wersja Ch-102, zaprojektowana do głowic nuklearnych. Masa konwencjonalnej głowicy tej rakiety - to około 0,5 tony. Według szacunków „Forbes”, koszt jednego takiego pocisku wynosi około 10–13 mln dolarów.
W ciągu trwającej pełnoskalowej wojny przeciwko Ukrainie Kreml systematycznie inwestuje w jego modyfikacje. O jednej z takich zmian informowało w maju ukraińskie ministerstwo obrony, zaznaczając, że od 2022 roku przeprowadzono co najmniej cztery znaczące modernizacje pocisku. Ich celem było zwiększenie zdolności rakiety do pokonywania ukraińskiej obrony powietrznej.
Przypomniał, że wojsko było gotowe do zestrzelenia pocisku, gdyby ten „bezpośrednio zagrażał terenom zabudowanym”.
- Ludność cywilna została ostrzeżona syrenami. Wiem, że ciągle jako społeczeństwo uczymy się sytuacji, w której musimy, każdy z nas w swój sposób, jednak reagować na ostrzeżenia, sygnały, syreny alarmowe, ale to jest odrębny temat – powiedział szef rządu.
Będziemy rozważali jak najszybciej pomoc dla Ukrainy, także z Patriotami, jeśli będzie potrzeba
Premier Donald Tusk poinformował, że z szefem MON Władysławem Kosiniakiem-Kamyszem będą rozważali „jak najszybciej” dalszą pomoc dla Ukrainy, także z kolejnymi rakietami do systemu Patriot „jeśli będzie taka potrzeba”.
Po spotkaniu w Lublinie zespołu koordynacyjnego premier Tusk, szef MON Władysław Kosiniak-Kamysz, szef MSWiA Marcin Kierwiński udali się w pobliże miejscowości Tarnawa-Kolonia na miejsce upadku obiektu, który w czwartek nad ranem, podczas zmasowanego ataku Rosji na Ukrainę, naruszył polską przestrzeń powietrzną.
- Po tym zdarzeniu, paradoksalnie, będę wspólnie z panem premierem (wicepremierem, szefem MON Władysławem Kosiniakiem-Kamyszem) rozważał jak najszybciej dalszą pomoc dla Ukrainy, także z kolejnymi Patriotami, jeśli będzie taka potrzeba – powiedział.
Dodał, że po jego środowej rozmowie z prezydentem Ukrainy Wołodymyrem Zełenskim „sprawa jest dość ewidentna: najbliższe 100 dni może rozstrzygnąć o tej wojnie i to jest 50/50”.
Podkreślił, że to już „nie są pozory akcji”. Jak dodał, na końcu „liczy się to, co się stało, a nie, co się mogło stać”. - Nie ma takiego nieba, ani w Stanach, ani w Izraelu, ani w Ukrainie, ani Rosji, które jest w stu procentach bezpieczne - zauważył szef rządu. - To zawsze będą decyzje dodał Tusk.
- Zadaniem premiera Kosiniaka-Kamysza jako ministra obrony narodowej, moim jako premiera - wiem, że akurat w tej sprawie mamy takie samo zdanie z prezydentem Karolem Nawrockim - jest pełne wsparcie dla wojskowych wtedy, kiedy podejmują decyzje – oświadczył premier.
Premier: Amerykanie zainteresowani uczestnictwem w wyjaśnieniu sprawy obiektu na Lubelszczyźnie
Podczas konferencji prasowej na miejscu zdarzenia premier zaznaczył, że jest w kontakcie z większością przywódców europejskich. Jak dodał Amerykanie wyrazili zainteresowanie uczestnictwem w postępowaniu wyjaśniającym.
Wicepremier, szef MON Władysław Kosiniak-Kamysz także zaznaczył, że Stany Zjednoczone są zainteresowane zbadaniem i wyjaśnieniem sprawy. Podkreślił, że strona polska liczy na wszystkich swoich sojuszników. - NATO musi pokazać swoją siłę, swoją odporność i swoją jedność - mówił.
Amerykanie są zainteresowani uczestniczeniem w postępowaniu wyjaśniającym w sprawie obiektu, który spadł na Lubelszczyźnie – poinformował w czwartek premier Donald Tusk. Dodał, że pomoc w wyjaśnieniu sprawy zaproponowała też strona ukraińska.
Szef MON: jeden obiekt przekroczył polską przestrzeń, w przypadku drugiego - było blisko
Doszło do jednego przekroczenia polskiej przestrzeni powietrznej; w drugim przypadku było blisko, lecz obiekt zawrócił przed granicą - przekazał w czwartek wicepremier, szef MON Władysław Kosiniak-Kamysz.
Szef MON - dopytywany później przez dziennikarzy o drugi incydent - doprecyzował, że w drugiej sytuacji, o której mówił Tusk, nie doszło do przekroczenia polskiej przestrzeni powietrznej. - W drugiej sytuacji nie było przekroczenia. Było blisko - podkreślił Kosiniak-Kamysz.
Wicepremier przekazał, że drugi obiekt zawrócił przed granicą. - Więc mamy do czynienia z jednym przekroczeniem potwierdzonym, bardzo namacalnym - oświadczył minister, dodając, że to drugie „potencjalne zagrożenie” doprowadziło do uruchomienia „wszystkich systemów”.
Dlaczego nie zestrzelono obiektu? Dowódca DORSZ wyjaśnia
Jeden z samolotów F-16 otrzymał polecenie przechwycenia obiektu, który naruszył polską przestrzeń powietrzną; znalazł się tam dokładnie kiedy pocisk uderzył w ziemię; gdyby rakieta kontynuowała lot, podjąłbym decyzję, by ją zestrzelić - przekazał Dowódca Operacyjny Rodzajów Sił Zbrojnych gen. Ireneusz Nowak.
Na czwartkowym posiedzeniu zespołu koordynacyjnego w Lublinie gen. Nowak przekazał, że o możliwym dużym ataku na Ukrainę dowództwo wiedziało już przed północą.
- Przygotowując się do odparcia tego ataku, podjęliśmy kroki zmierzając do podniesienia gotowości środków, które są w systemie obrony powierzchni naszego państwa - zapewnił dowódca.
Jak mówił, to m.in. myśliwce F-16 z 302 bazy lotnictwa taktycznego w Łasku, która znajdowała się w 15 minutowej gotowości do startu, w takiej samej gotowości były samoloty z bazy w Malborku. Podkreślił, że do 30 minut podniesiono gotowość startu samolotu wczesnego wykrywania Saab 340.
Dodał, że w gotowości były również śmigłowce Mi-24 i wszystkie zestawów obrony powietrznej na ziemi. Dowódca przekazał, że jeden z samolotów F-16 otrzymał polecenie, zadanie wykonania lotu w kierunku tego obiektu, przechwycenia go i dokonania identyfikacji.
- Ja byłem cały czas w gotowości do wydania polecenia zestrzelenia tego obiektu - zapewnił. - Złożyło się tak, że nasz myśliwiec F-16 znalazł się dokładnie w momencie miejscu upadku, kiedy ten pocisk uderzył w ziemię. Gdyby ta rakieta kontynuowała lot, podjęta byłaby decyzja na zestrzelenie tej rakiety. Natomiast rakieta upadła w terenie niezamieszkałym, niezabudowanym, nie stwarzając ryzyka - zaznaczył.
Kierwiński: Czas krytyczny, czyli czas zagrożenia, to było około 13 minut.
Jeżeli wyje syrena alarmowa, to znaczy, że jest zagrożenie i należy postępować zgodnie z procedurami zawartymi w „Poradniku bezpieczeństwa” – powiedział w czwartek szef MSWiA Marcin Kierwiński. Dodał, że celem alarmu jest ostrzeżenie przed niebezpieczeństwem i po to są procedury.
Na miejsce udali się premier Donald Tusk, wicepremier, szef MON Władysław Kosiniak-Kamysz oraz szef MSWiA Marcin Kierwiński. Ten ostatni wyjaśnił, jak wyglądała procedura alarmowa dla ludności.
– Około godziny 3.00, gdy zostały przekazane pierwsze informacje, nastąpiło włączenie radioodbiorników, na które ewentualnie, zgodnie z polskimi procedurami, przychodzi informacja o bliskim zagrożeniu. Rozpoczęło się uruchamianie systemów alarmowych. Ten czas krytyczny, czyli czas zagrożenia, to było około 13 minut. W tym czasie uruchomiono najszybszy sposób powiadomienia ludności i zgodnie z procedurą, czyli system syren alarmowych. Po 13 minutach zagrożenie minęło i także syreny to zakomunikowały – wyjaśnił Kierwiński.
Zaznaczył, że oczywiście wdrożono system kontroli każdego elementu procedur, żeby wyciągać wnioski i ewentualnie je zaktualizować.
– Jeżeli wyje syrena alarmowa, to znaczy, że jest zagrożenie, a to znaczy, że należy postępować zgodnie z procedurami, które zawarte zostały w specjalnym „Poradniku bezpieczeństwa” – podkreślił Kierwiński, dodając, że od wielu miesięcy przeprowadzane są szkolenia dla ludności, jak reagować w takim przypadku.
Podkreślił, że użycie syren alarmowych jest najszybszym sposobem ostrzeżenia ludności przed zagrożeniem.
– Najpierw sygnał zarządzający alarm, a potem sygnał odwołujący alarm w momencie, kiedy ustaje przyczyna alarmu – wyjaśnił.
Powtórzył, że nie ma skuteczniejszego i szybszego systemu powiadamiania niż syreny alarmowe.
Premier Donald Tusk powiedział, że nie zostały wysłane SMS-y z alertem RCB, bo po prostu syrena jest szybsza.
– Ale rzeczywiście trzeba SMS-y wykorzystywać nie tylko do informowania, że jest zagrożenie, ale musimy wprowadzić bezwzględnie zasady, że po odwołaniu zagrożenia trzeba wysłać uspokajające SMS-y do ludzi – dodał.
Kierwiński podkreślił, że komunikacja za pośrednictwem RCB jest cały czas doskonalona. – Choć poprzednicy chcieli RCB zlikwidować w ramach swoich pomysłów – dodał.
Podkreślił, że zostaną przejrzane procedury pod kątem ewentualnego wdrożenia drugiego środka informującego o tym, co zdarzyło się po zarządzeniu alarmu syrenowego.
– Celem alarmu jest ostrzeżenie przed niebezpieczeństwem i po to są procedury. W momencie, gdy zagrożenie trwa bardzo krótko, ten system ma jedną funkcję – poinformować Polaków o tym, że nadchodzi niebezpieczeństwo, i tyle – dodał Kierwiński.
Więcej informacji na temat zdarzenia »




























































