Deflacja w cenie żywności jest nieodczuwalna dla przeciętnego obywatela ze względu na koszyk produktów, który nie dla każdego jest taki sam. Zresztą spadki rzędu kilku groszy na produkcie są trudne do zauważenia - zwłaszcza w kontekście stosunkowo niskich zarobków Polaków (mediana 2,2 tys. zł netto).


Spadek cen paliw na stacjach powinien być silniejszy. Jeśli tendencja na rynku się utrzyma, a kurs złotego wobec dolara nie poszybuje znacząco w górę, to za litr PB 95 zapłacimy mniej niż 4 zł.
Deflacja dla wielu ekonomistów nie stanowi problemu, bo w teorii oznacza to, że przeciętnego Kowalskiego stać na więcej. Kłopot w tym, że obecny system gospodarczy niejako nastawiony jest przeciw deflacji.
Tak już niestety jest i tylko rewolucja ekonomiczna mogłaby to zmienić. Na deflacji tracą budżety państw (mniejsze wpływy z podatków), sektor bankowy oraz firmy, które nie widzą większych korzyści w inwestowaniu kapitału w nowe przedsięwzięcia (wstrzymanie się od działań w warunkach deflacji powoduje, że kapitał nabiera wartości). W konsekwencji gospodarka ani nie traci, ani nie zyskuje - tkwi w zawieszeniu.
Na razie deflacja na poziomie minus 1% rdr nie stanowi zagrożenia, ale powinna być wyraźnym sygnałem dla RPP, że czas obniżyć stopy procentowe. Ponadto rząd powinien zachęcić sektor finansowy do lokowania pieniędzy w realnej gospodarce. Obrót na giełdzie i transfery pomiędzy funduszami same w sobie nie tworzą miejsc pracy i nie wpływają znacząco na realny wzrost wynagrodzeń pracujących Polaków.
Gorzka herbata nie robi się słodka od samego mieszania. Jest to zarzut nie tylko wobec finansistów, ale głównie do rządu, który zajmuje się kosmetycznymi zmianami zamiast przeprowadzić poważne reformy strukturalne. Być może wybory w Polsce i Europie są zbyt często, a to paraliżuje większość procesów decyzyjnych dotyczących ważnych, ale niekoniecznie popularnych społecznie propozycji zmian.
W ostatnich latach byliśmy w Europie właśnie świadkami takich działań, gdzie państwa i banki centralne silnie wspierały sektor finansowy, ale nie przyniosło to odczuwalnych efektów gospodarczych - tutaj można zgodzić się ze słynnym ekonomistą Thomasem Pikettym, który twierdzi, że różnica pomiędzy bogatymi i biednymi rośnie najsilniej od kilkudziesięciu lat. Nie jest to dobra informacja dla nikogo, bo biednych zawsze jest więcej niż bogatych.


































































