Plan stworzenia wielkiego unijnego funduszu inwestycyjnego jest powszechnie krytykowany. Niemniej jest to jeden z pierwszych projektów, które realizują postulat bezpośredniego transferu środków z rynków finansowych do realnej gospodarki. W ostatnich latach było odwrotnie.



Jean-Claude Juncker zaproponował utworzenie Europejskiego Funduszu Inwestycji Strategicznych, którego celem jest wydawanie środków na m.in. ponadnarodowe projekty inwestycyjne, uzgodnione z specjalną komisją powołaną przez KE.
Na ten moment UE może zagwarantować środki w wysokości 21 mld euro (z tego tylko 5 mld euro w gotówce). Docelowo ma to być łącznie 315 mld euro pozyskanych m.in. ze składek państw członkowskich, zainteresowanych funduszem firm, gwarancji kredytowych, etc. Projekt jest w fazie embrionalnej i nie do końca jasne są zasady pozyskania wsparcia finansowego. Niewykluczone, że 315 mld euro to tylko wstępna kwota, która w rzeczywistości będzie dużo mniejsza.
Szczurek chciał 700 mld euro
O stworzeniu specjalnego funduszu dla UE kilka miesięcy temu mówił też polski minister finansów – Mateusz Szczurek. Wówczas mówiono o kwocie 700 mld euro, z których finansowane byłyby duże projekty z sektora energetycznego, transportowego, obronnego oraz it. Minister podkreślił, że chodzi o wykorzystanie nadmiaru oszczędności w UE na realizację m.in. projektu połączeń w energetyce, które leżą u podstaw europejskiego paktu stabilności i wzrostu.
Wielki fundusz dla Europy na gruncie ideowym przypomina centralne planowanie znane m.in. z PRL-u. Na ten moment centralne planowanie powszechnie stosowane jest głównie na rynkach finansowych, które rosną dużo szybciej niż realna gospodarka.
W ostatnich 5 latach niemiecki DAX urósł o blisko 60% i dobija do 10 tys. punktów. Tymczasem skumulowany niemiecki wzrost PKB wyniósł ok. 10%. Podobne rozbieżności znajdziemy w większości europejskich państwach. Rynki finansowe przestały korespondować z tym, co się dzieje w realnej gospodarce. Dla większości to oznaka nadchodzącego Wielkiego Kryzysu 3.0.
Lepszy wielki fundusz niż żaden
Firmy w UE boją się inwestować, czego wyrazem jest bardzo niska podaż kredytów i to nawet przy najniższych stopach procentowych w historii. Skoro bardziej opłacalny jest zakup opcji, akcji lub innych papierów wartościowych, to po co ryzykować budowę autostrady, nowych połączeń kolejowych czy nawet inwestycji w sektor kosmiczny?
Chcemy rozwijać sektor B+R, ale najbardziej innowacyjne projekty realizowane są poza Europą. W USA wizjonerów pokroju Elona Muska (który właśnie rozpoczyna projekt dostarczenia półdarmowego dostępu do Internetu w Afryce) traktuje się z szacunkiem – u nas takich ludzi ma się za szaleńców. Gdzie drwa rąbią tam wióry lecą – w Europie lecą tylko ścinki papieru od odcinanych kuponów.
Wielkie korporacje należą do banków i funduszy. Te z kolei są częścią innych korporacji, które należą do jeszcze innych funduszy. Rozmycie kapitału powoduje, że nie wiadomo, kto jest właścicielem. Nikt nie chce brać odpowiedzialności za złe decyzje – łatwiej zainwestować na giełdzie, dokonać fuzji i wypłacić dywidendę za którą kupi się kolejny pakiet akcji.
Centralne planowanie z europejskimi gwarancjami wciąż jest złe ideologicznie, ale jest lepsze niż brak jakiejkolwiek inicjatywy gospodarczej, a właśnie z taką sytuacją mamy do czynienia. Europa chce, by ktoś za nią podejmował ryzyko. Nie ma gorszego wyboru od urzędnika, ale jak nie ma innego to pozostaje tylko ten.
Kuczyński: Wyborcza szopka, ospałe rynki
Na podobny temat dyskutowano na szczycie G20 w Australii. Jedną z najczęściej powtarzanych ekonomicznych tez jest ta która głosi, że Europa ma pieniądze, ale nie ma pomysłu na siebie. W opozycji stoją państwa, które pieniędzy nie mają, np. Brazylia, ale za to mają duży potencjał do wzrostu. Dla UE jest to zagrożenie, bo jeśli kapitał zacznie wypływać z Europy właśnie do tych państw, to w dłuższym okresie stracimy resztki konkurencyjności na ich rzecz. Wtedy rzeczywiście Stary Kontynent będzie jedynie ciekawym miejscem do zwiedzania przez turystów.
56% użytkowników Bankier.pl źle ocenia sytuację gospodarczą
Niektórzy ekonomiści lubią prognozować apokalipsę – zwłaszcza ci, którzy w swoich analizach powszechnie stosują determinizm. Łatwo jest pisać o bezrobociu, bezdomności, bankructwie inwestorów – to wdzięczny temat. Trudniej znaleźć rozwiązanie, jak tego uniknąć.
Z ostatniej sondy Bankier.pl wynika, że 44% naszych użytkowników dobrze lub bardzo dobrze ocenia obecną koniunkturę w gospodarce. Przeciwną opinię ma 56% pytanych. Odnotowujemy przewagę defetystów, ale nie jest ona tak wielka jak się powszechnie wydaje.
Łukasz Piechowiak
































































