Za nami druga z kolei obniżka perspektyw ratingu kredytowego Polski. W tym kontekście trzeba powiedzieć jedno: Polska znalazła się na krawędzi kryzysu finansów publicznych, a rząd, ekonomiści i inwestorzy zdają się lekceważyć powagę sytuacji.


Jest w zasadzie przesądzone, że w przyszłym roku relacja długu publicznego Polski przekroczy konstytucyjny limit 60% produktu krajowego brutto. Nie jest to nowa informacja. Wiadomo to przynajmniej od roku. Do niedawna nikt na rynkach finansowych się tym nie przejmował. Panuje bowiem przekonanie, że Konstytucja RP istnieje tylko teoretycznie.
Ale to się zmieniło (tj. nie wiara w Konstytucję, lecz zaufanie do rządu). We wrześniu już dwie z trzech głównych agencji ratingowych pokazały rządowi RP żółtą kartkę. Najpierw 8 września Fitch Ratings obniżył perspektywę polskiego ratingu ze stabilnej do negatywnej. To takie ostrzeżenie, że przy następnym przeglądzie oceny wiarygodności kredytowej polskiego rządu może nastąpić obniżenie samego ratingu. Czyli subiektywnej oceny tego, jak wysokie jest ryzyko niewypłacalności kraju.
W zeszły piątek to samo powiedzieli analitycy Moody’s, którzy również zmienili perspektywę polskiego ratingu do negatywnej. To właśnie Moddy’s najwyżej ocenia Polskę spośród trzech największych agencji ratingowych - na poziomie "A2". Rating Polski według Fitch i S&P to "A-", jeden poziom niżej niż Moody's. 7 listopada regularny przegląd polskiego ratingu ma ogłosić agencja S&P.
To tylko ostrzeżenie, czy też może coś więcej?
Rząd i ekonomiści bagatelizują wrześniowe decyzje agencji ratingowych. Faktycznie, reakcja rynków finansowych na obie decyzje była praktycznie żadna. Od kilku miesięcy stabilne pozostają też rentowności polskich obligacji 10-letnich, które w tym roku utrzymują się w przedziale 5-6%. Także spread (czyli różnica w rentownościach) pomiędzy obligacjami Polski i Niemiec pozostaje bez większych zmian na poziomie ok. 275 pb. Jest to poziom znacznie niższy niż w latach 2021-22 oraz porównywalny do tego, co obserwowaliśmy przed rokiem 2020.

- Obniżka perspektywy ratingu nie ma istotnego znaczenia rynkowego. Obecnie rynki finansowe oceniają wiarygodność kredytową Polski gorzej niż agencje ratingowe. Notowania polskiego długu w walutach obcych wyceniają rating Polski około dwa poziomy niżej od Moody's oraz jeden poziom niżej niż ocena przyznana nam przez Fitch, oraz S&P – ocenił Rafał Bencki, główny ekonomista i dyrektor Biura Analiz Makroekonomicznych ING Banku Śląskiego cytowany przez ISBnews.
Benecki zwraca też uwagę na fakt, że znaczenie zagranicznych inwestorów na rynku polskiego długu skarbowego jest mniejsze, niż było choćby 10 lat temu. Udział „zagranicy” w tym roku spadł do rekordowo niskich 12%. Oznacza to, że miażdżąca większość gigantycznych potrzeb pożyczkowych rządu jest finansowana przez krajowe banki, TFI oraz obywateli kupujących detaliczne obligacje skarbowe, oraz na potęgę nabywających udziały w funduszach dłużnych.
Polska „pracowała” na to systematycznie od wielu lat, a powody, które „przepłoszyły” zagranicznych inwestorów z polskiego rynku długu w złotych, to duże potrzeby pożyczkowe, wysoki deficyt, brak dyskusji na scenie politycznej o koniecznym ograniczeniu deficytu, jak i niejasna funkcja reakcji banku centralnego – dodał Benecki.
Dlatego też bankowi ekonomiści postrzegają wrześniowe decyzje agencji ratingowych jako swoiste ostrzeżenie dla polskich polityków. Po pierwsze, chodzi o to, aby rządzący okiełznali galopujący wzrost wydatków państwa. Po drugie, aby przedstawili wiarygodny plan naprawy finansów publicznych, które przy utrzymaniu obecnej trajektorii generują nieskończony przyrost długu publicznego w relacji do PKB. I wreszcie po trzecie, aby obecna większość rządowa powstrzymała się przed zaserwowaniem nam kosztownej „kiełbasy wyborczej” w wyborach parlamentarnych przewidzianych na 2027 rok. Kolejnej takiej populistycznej licytacji (jakiej doświadczyliśmy w roku 2023) finanse publiczne Polski mogą po prostu nie wytrzymać.
Ścieżka fiskalna wiedzie nas ku katastrofie
Czy to wszystko oznacza, że możemy sobie pozwolić na ignorowanie głosów z agencji ratingowych? Do pewnego momentu pewnie i tak. Ale potem będzie ściana. Ściana wzrostu rentowności papierów skarbowych i ściana płaczu dla całego kraju. Analitycy agencji wprost mówią, jak można tego uniknąć.
Według agencji Moody’s perspektywa polskiego ratingu ma szansę powrócić do stabilnej, jeśli Polska wkroczy na „wiarygodną ścieżkę konsolidacji fiskalnej, znacząco spowalniając wzrost obciążenia długiem publicznym i prowadząc do jedynie stopniowego osłabienia wskaźników zdolności obsługi zadłużenia”.
Tymczasem na skutek permanentnie wysokich deficytów budżetowych w 2026 roku dług publiczny Polski przekroczy 60% PKB, w roku 2027 sięgnie ok. 65%, by pod koniec tej dekady przekroczyć 70% PKB. Analitycy Moodys’a wprost wskazują, że kraje o ratingu podobnym do nas są
- albo znacznie bogatsze (tj. mają kogo jeszcze opodatkować),
- albo charakteryzują się znacznie niższymi wskaźnikami zadłużenia.
Obecnie nie widać nawet cienia woli politycznej, aby zahamować (o obniżaniu nawet nie wspominając) wydatków państwa. Politycy z obu stron POPiS-u (wspieranego przez Lewicę i PSL) mówią tylko o nowych programach socjalnych, dotacjach, subwencjach i państwowych „inwestycjach”. Wszystko to na kredyt i w ciężar długu publicznego. Oficjalna narracja wciska nam kit, że zwiększony deficyt to kwestia mocno zwiększonych wydatków na wojsko w obliczu groźby rosyjskiej agresji. Ale to nieprawda. Wydatki na zbrojenia odpowiadały tylko za 1,5 pkt z 5,8 pkt proc. wzrostu wydatków państwa w relacji do PKB - czyli za jedną czwartą. Za pozostałą część odpowiadają coraz wyższe wydatki socjalne, emerytalne, rosnące płace w budżetówce oraz coraz wyższe koszty obsługi zadłużenia.
Oznacza to, że Polska znalazła się na granicy wpadnięcia w spiralę zadłużenia, kiedy to rosnący wzrost kosztów obsługi długu sam w sobie prowadzi do narastania zadłużenia. Zwłaszcza że wszystko to dzieje się w warunkach przyzwoitej koniunktury gospodarczej, malejących stóp procentowych w NBP oraz bardzo optymistycznych nastrojach na światowych rynkach długu. Gdy tylko któryś z tych elementów ulegnie pogorszeniu (tj. spowolni wzrost gospodarczy, stopy przestaną spadać, a inwestorzy zaczną bardziej sceptycznie patrzeć na dłużników), to może nas czekać finansowa katastrofa. A najgorsze w tym wszystkim jest to, że obecnie nikt się tym nawet nie przejmuje.



























































