W Mikołajki Sejm przegłosował ustawę budżetową. Zapisano w niej, że na koniec 2025 roku dług publiczny zbliży się do konstytucyjnego limitu 60% PKB. A rok później go przekroczy.


- Budżet przyjęty, jedność koalicji wzorowa; walec jedzie dalej - oświadczył premier Donald Tusk w mediach społecznościowych po sejmowych głosowaniach nad przyszłorocznym budżetem. Przedstawiciele rządu chwalili się, na co pójdą dodatkowe pieniądze, ale jakoś tak mniej chętnie wspominali o źródłach finansowania – czyli wyższych podatkach i rekordowym nominalnie deficycie.
Przeczytaj także
Nie mówili też, czego w tym budżecie zabraknie: ulgi w podatku Belki, obiecanej w zeszłorocznej kampanii wyborczej 60-tysięcznej kwoty wolnej od PIT czy istotnej redukcji składki zdrowotnej zafundowanej nam trzy lata temu przez „Polski ład”. Skupmy się jednak na rzeczy najważniejszej i chyba też najczęściej pomijalnej. Czyli na skokowym wzroście zadłużenia publicznego.
60% PKB i co dalej?
Budżet na rok 2025 zakłada nominalnie rekordowe 289 miliardów złotych deficytu. To aż 7,3% prognozowanego produktu krajowego brutto, a więc wartość przeszło dwukrotnie przekraczająca 3-procentowy limit obowiązujący Polskę w ramach traktatu z Maastricht. Rząd Donalda Tuska bimba sobie zatem na procedurę nadmiernego deficytu nałożoną na Polskę przez Brukselę. W przyszłorocznym budżecie nie ma redukcji wydatków i manka w kasie państwa.
Przeczytaj także
Zamiast tego aż 31,4% przyszłorocznych wydatków państwa ma zostać sfinansowana z kredytu. To absolutnie rekordowa relacja w historii III RP. Gwoli ścisłości powinniśmy jednak odliczyć z tej kwoty 63,2 mld zł, która trafi na pokrycie zadłużenia „funduszy covidowych” oraz Polskiego Funduszu Rozwoju. W ten sposób zadłużenie pozabudżetowe przechodzi na bilans Skarbu Państwa, co jest operacją stricte księgową. Ale i tak deficyt całego sektora finansów publicznych zaplanowany na 5,5% przyszłorocznego PKB jest stanowczo nadmierny.
Kumulujące się deficyty fiskalne (po 1990 roku Polska ani razu nie miała zrównoważonego budżetu) sprawiają, że na koniec 2025 roku dług publiczny ma sięgnąć 59,8% PKB – przyznaje to rząd oficjalnie we własnym komunikacie (aczkolwiek w przedostatnim zdaniu). Oznacza to, że za nieco ponad 12 miesięcy znajdziemy się niebezpiecznie blisko konstytucyjnego limitu zadłużenia państwa.
- Nie wolno zaciągać pożyczek lub udzielać gwarancji i poręczeń finansowych, w następstwie których państwowy dług publiczny przekroczy 3/5 wartości rocznego produktu krajowego brutto – głosi artykuł 216 ustęp 5 Konstytucji Rzeczypospolitej. W myśl tego przepisu budżet na rok 2026 powinien być zrównoważony tak, aby wszystkie wydatki znajdowały pokrycie w dochodach (czyli w podatkach). W zasadzie wymagałoby to uchwalenia pierwszego w dziejach III RP budżetu bez deficytu, co musiałoby oznaczać drastyczne cięcia wydatków lub podwyżki podatków.
Czego ustawa nie widzi, tego ministrowi nie żal
Równocześnie ten sam artykuł Konstytucji w następnym zdaniu dodaje: „Sposób obliczania wartości rocznego produktu krajowego brutto oraz państwowego długu publicznego określa ustawa”. I tu jest pies pogrzebany. Albowiem Konstytucja wyraźnie mówi o „państwowym długu publicznym”, w którym ustawodawca zręcznie pominął pewne kategorie zobowiązań państwa. Dzięki temu relacja długu do PKB liczona na potrzeby Konstytucji ma wynieść „tylko” 47,9%.
Gdzie zatem zadział dług wielkości niemal 12% polskiego PKB? Tutaj wszystko jest jawne, otwarte i od dawna wiadome. Ministerstwo Finansów na koniec półrocza zaraportowało 1 456,3 mld zł państwowego długu publicznego (czyli o 128,3 mld zł więcej niż na koniec 2023 r.) oraz 1 824,5 mld zł sektora instytucji rządowych i samorządowych. To tzw. dług EDP liczony według jednolitych kryteriów we wszystkich krajach Unii Europejskiej. Różnica wynosiła niebagatelne 368,2 mld zł.
W tej kwocie mieszczą się przede wszystkim długi „Funduszu Przeciwdziałania COVID-19” w wysokości przeszło 186,6 mld zł. To wciąż nieuregulowany rachunek za politykę lockdownów z lat 2020-21. Do tego dochodzi „Tarcza Finansowa PFR” zadłużona na 57,6 mld zł. Mamy tu także 63,9 mld zł długu Krajowego Funduszu Drogowego oraz ostatnie pozabudżetowe dziecko poprzedniej ekipy rządowej – Funduszu Wsparcia Sił Zbrojnych zadłużonego na 28,8 mld zł. Do tego dochodzą pomniejsze pozycje, długi samorządów oraz korekty o zadłużenie wewnątrzsektorowe (tj. gdy jedna agenda rządowa winna jest innej). W sensie ekonomicznym zadłużenie pozabudżetowe w niczym nie różni się od zadłużenia Skarbu Państwa. Ale w sensie prawnym i ustawowym jakimś cudem są to inne pozycje niewliczające się do konstytucyjnego limitu.
A to oznacza, że rząd może w pełni legalnie zignorować stan faktyczny i po roku 2025 nadal zadłużać nas wbrew zapisom ustawy zasadniczej. A zatem żadnego cięcia wydatków rządowych nie będzie. W październiku rząd przedstawił Komisji Europejskiej wieloletni plan budżetowy, w którym w latach 2026-28 zakładane jest utrzymanie deficytów fiskalnych i trwałe przekroczenie limitu 60% długu publicznego w relacji do PKB.
Wygląda na to, że konstytucyjne limity będę bezkarnie łamane i to w dodatku z pełnym poparciem Komisji Europejskiej, która w listopadzie zaaprobowała polski plan budżetowy. Jak widać, podejście Brukseli do kwestii „praworządności” jest bardzo selektywne. Polska może zatem łamać nie tylko własną Konstytucję, ale też unijne „kowenanty” w postaci limitu 3% PKB dla deficytu publicznego i 60% PKB w przypadku długu publicznego. Gwoli ścisłości, robi to też wiele innych rządów unijnych, które regularnie przekraczają przynajmniej jeden z tych parametrów. Dotyczy to nie tylko Francji czy Włoch, ale nawet Niemiec czy Austrii.
Czy istnieją granice dla długu publicznego?
Każdy dłużnik ma swoje limity. Jednak dopóki się ich nie przetestuje, to nie wiadomo, gdzie one leżą. W przypadku rządu Rzeczypospolitej problemem zapewne będzie nie tyle konstytucyjny limit zadłużenia (bo ten został skutecznie „rozbrojony” przez kreatywną księgowość kolejnych kierowników resortu finansów), lecz założenia przyjęte w ustawie budżetowej. Gdy w połowie roku urzędnicy Ministerstwa Finansów założyli blisko 4-procentowy wzrost PKB i 5-procentową średnioroczną inflację CPI, prognozy te wydawały się optymistyczne, ale możliwe do osiągnięcia. Teraz już tak nie wyglądają. Po przedłużeniu urzędowego „zamrożenia” cen energii elektrycznych dla gospodarstw domowych inflacja CPI w 2025 roku zapewne będzie niższa niż 5%. Patrząc na najnowsze dane makroekonomiczne trudno też będzie o 3,9% realnego wzrostu PKB. W konsekwencji przeszło 9-procentowy wzrost nominalnego PKB może okazać się przeszacowany.
A to oznacza, że także wpływy podatkowe w roku 2025 mogą okazać się istotnie niższe od zapisanych w ustawie budżetowej. Tym bardziej że oczekiwana na przyszły rok struktura wzrostu PKB będzie raczej niskoopodatkowana. Rząd założył, że PKB napędzać będą inwestycje, do których zalicza się też zakupy uzbrojenia. Tyle tylko, że tego typu operacje nie skutkują powstaniem zobowiązań podatkowych! Jeśli też wydatki konsumpcyjne Polaków będą rosły tak samo wolno jak w ostatnich miesiącach, to przyszłoroczny budżet prawdopodobnie się nie zepnie. Trzeba go więc będzie nowelizować i szukać oszczędności (czyli ciąć wydatki) lub podwyższać (względnie wprowadzać nowe) podatki. I to jest ryzyko, z którym wchodzimy w A.D. 2025.




























































