Od wielu miesięcy szeroko komentowane jest wprowadzenie czterodniowego tygodnia pracy lub obcięcia wymiaru pełnego etatu do 35 godzin tygodniowo. Priorytetem tych zmian ma być lepszy work-life balance pracowników, jednak przedsiębiorcy apelują, że konsekwencje skrócenia czasu pracy byłyby tragiczne.


W zachodniej Europie trwają liczne testy czterodniowego tygodnia pracy. Bierze w nich udział m.in. Portugalia czy Niemcy. Inni też ucinają godziny z etatu - Hiszpania skróci tydzień pracy, co "nie zmniejszy to wynagrodzeń pracowników". We Francji premier Gabriel Attal zachęcił do eksperymentowania z 4-dniowym tygodniem pracy bez skracania czasu pracy w administracji publicznej. Również w Polsce rząd prowadzi analizy dotyczące czasu pracy, długości urlopów i dni pracy.
Wprowadzenia 4-dniowego tygodnia pracy chciałoby 28 proc. pracowników - wynika z "Barometru Polskiego Rynku Pracy". Zatrudnieni stawiają jednak warunek - wysokość pensji musiałaby zostać zachowana. Liczne badania realizowane za granicą wskazują, że skrócenie etatu ma pozytywne efekty - ludzie pracowali wydajniej i mniej się rozpraszali. Samoocena zdrowia fizycznego i psychicznego u zatrudnionych się poprawiła.
Pracodawcy krytykują skrócenie czasu pracy
"Przy niskim jak obecnie bezrobociu, powszechnie odczuwanym braku pracowników i systematycznie malejącej liczbie osób w wieku produkcyjnym (ubytek ponad 150 tysięcy osób rocznie) skrócenie czasu pracy, np. do czterech dni w tygodniu, nie zostanie zrównoważone przez wzrost zatrudnienia. Produkcja krajowa zmniejszy się, a wraz z nią zmniejszą się dochody ludności" – mówi Jeremi Mordasewicz, doradca zarządu Konfederacji Lewiatan.
W kontekście sytuacji na rynku pracy mamy pewien paradoks. Wcale nie mała część młodych osób ma problem ze znalezieniem dobrej pracy, bo wymaga się od nich wieloletniego doświadczenia. Z drugiej strony pokolenie 50+ może pochwalić się nie tylko wiedzą, ale i ogromnym doświadczeniem, ale też łatwo o pracę nie mają. Co więcej, jak wskazują badania, prawie co piąty pracownik w grupie wiekowej 55-65 lat doświadczył dyskryminacji ze względu na wiek w miejscu pracy.

Z kolei firmy mają problem ze znalezieniem pracowników m.in. prac prostych, ale potencjalnego pracownika nierzadko skreśla zbyt wysokie wykształcenie lub umiejętności, a czasem problem rozbija się po prostu o oferowane wynagrodzenie.
"Jeżeli w jakimś przedsiębiorstwie możliwe jest skrócenie czasu pracy bez zmniejszenia produkcji, to można to zrobić, ale w przypadku ustawowego skrócenia czasu pracy i w konsekwencji obniżenia dochodów pracowników osoby szczególnie pracowite i ambitne będą bardziej skłonne do emigracji do państw, które nie utrudniają mieszkańcom drogi do dobrobytu" - dodaje Mordasewicz.
Pracujemy dłużej niż Niemcy
"To prawda, że pracujemy dłużej niż Niemcy czy Francuzi, ale pamiętajmy, że jesteśmy społeczeństwem na dorobku. Niemcy, Francuzi czy Skandynawowie mogą pozwolić sobie na krótszą pracę, bo ich przedsiębiorstwa dysponują kilkukrotnie większym kapitałem na jednego pracownika niż nasze firmy. Dlatego tak ważne jest gromadzenie kapitału i inwestowanie w rozwój nowych produktów i technologii, informatyzację i automatyzację produkcji, rozwój sieci zbytu" - przekonuje ekspert Konfederacji Lewiatan.
Przeczytaj także
W teorii jest tu sporo racji, jednak gromadzenie kapitału nie do końca nam się w Polsce udaje. A to dlatego, że zakupy robimy w portugalskiej Biedronce lub niemieckim Lidlu, kupujemy francuskiego peugeot'a albo niemieckie audi. I tak nasze pieniądze trafiają na zachód, powiększając ich zasoby kapitału, a nie nasze krajowe. Choć o to, czy kapitał ma narodowość, można się spierać, niektórzy uważają, że kapitał nie ma narodowości.
"Francuzi po skróceniu czasu pracy nie emigrowali masowo, bo trudno im było znaleźć kraj oferujący lepsze warunki życia, ale Polacy mogą wybierać, bo w wielu krajach standard życia jest wyższy. Nasilenie emigracji, z natury rzeczy przede wszystkim osób młodych, dla naszego starzejącego się społeczeństwa byłoby tragedią" - dodaje Mordasiewicz.
Lewiatan: wzrost wydajności nie zrównoważy skrócenia czasu pracy
"Twierdzenie, że skrócenie czasu pracy zrównoważymy wzrostem wydajności, jest błędne. Część z nas rzeczywiście pracuje ponad siły, a człowiek zbyt dużo pracujący jest mniej wydajny. Kluczowa jest więc odpowiedź na pytanie, co oznacza „zbyt dużo”. Czy obecne 40 godzin pracy tygodniowo należy uznać za nadmierną eksploatację organizmu? Tym bardziej że uwzględniając wolne soboty i niedziele, święta, urlop i zwolnienia chorobowe, średnio pracujemy w ciągu roku 215 dni, a odpoczywamy 150. Pracujemy tyle, ile pracowali mieszkańcy Europy Zachodniej, będąc na naszym obecnym poziomie rozwoju gospodarczego" - mówi Mordasiewicz.
"Dzięki postępowi technicznemu i zmianom organizacyjnym możemy liczyć na wzrost produktywności w Polsce rzędu 2-3 procent rocznie. Jeżeli więc skrócimy tydzień pracy o jeden dzień, czyli z 40 do 32 godzin, produkcja - a wraz z nią dochody - zmniejszą się o blisko 20 procent i powrót do obecnych dochodów pracowników zabierze nam blisko 10 lat" - przewiduje ekspert.
Balcerowicz: Czterodniowy tydzień pracy to niebywała populistyczna brednia
Czterodniowy tydzień pracy oznaczałby z jednej strony ograniczenie produkcji, a z drugiej podbicie inflacji, czyli spotęgowanie stagflacji w sytuacji, w której Polsce i tak ona grozi. To byłoby dolewanie benzyny do ognia - mówi Interii były prezes NBP prof. SGH Leszek Balcerowicz.
"Szczególnie w przypadku opieki zdrowotnej konsekwencje skrócenia czasu pracy byłyby tragiczne. Jesteśmy starzejącym się społeczeństwem, więc popyt na usługi zdrowotne rośnie. Tymczasem mamy za mało lekarzy i pielęgniarek, a do tego wielu pracowników opieki zdrowotnej zbliża się do wieku emerytalnego" - mówi Jeremi Mordasewicz.
"Jesteśmy więc zmuszeni zwiększyć nakłady na opiekę zdrowotną. Jeżeli jednak będziemy mniej pracować i zarabiać, w rezultacie zmniejszą się wpływy ze składek na NFZ i możliwości finansowania opieki zdrowotnej, a jednocześnie wzrosną koszty pracy personelu medycznego w godzinach nadliczbowych. Rezultatem byłaby zapaść opieki zdrowotnej" - ostrzega.
O ile z długimi kolejkami do lekarzy specjalistów i brakiem personelu medycznego trudno dyskutować, to warto przypomnieć jeden fakt. W 2023 r. przepadło prawie 1,3 miliona wizyt na NFZ, choć Fundusz przyznaje, że na podstawie sygnałów i skarg od pacjentów wie, że nie zawsze pacjent może dodzwonić się do placówki medycznej, aby odwołać wizytę. Być może sprawniejsze zarządzanie kolejkami i dyscyplinowanie pacjentów przyniosłoby nieco poprawy w opiece zdrowotnej.































































