Wynajęte luksusowe auta, płatne grupy sygnałowe za 2000 dolarów, kolejne katastrofy, a na końcu zupełna amnezja po stronie rynku. Dziś opowiemy sobie o tym, jak nieetyczni krypto-guru bezkarnie wracają po oszczędności kolejnych osób, a patoinfluencerka finansowa robi z fanów "płynność na wyjściu".


Wczoraj mój siostrzeniec Paweł zadzwonił do mnie w takim stanie, że w pierwszej chwili pomyślałem, że znowu wyczyściło mu depozyt na giełdzie.
- Wujek, wyobraź sobie, że on wrócił! - mówił rozgorączkowany - Robi fejm na TikToku, wozi się białym lambo po Dubaju i sprzedaje nowe kursy! Napisałem mu w komentarzu, co zrobił dwa lata temu z pieniędzmi ludzi. (...) skasował wpis i od razu mnie zablokował. Nikt już nic nie pamięta, wujek, ludzie w komentarzach piszą do niego "szefie".
"Doskonały produkt" i szybki skok na kasę
Zaczęło się jakieś dwa lata temu, gdy Paweł poznawał kryptowaluty. Zgadał się z kolegą, który też próbował sił na rynku. Kolega był absolutnie zachwycony płatną grupą sygnałową na Telegramie, prowadzoną przez młodego polskiego influencera z modną fryzurą. Dostęp do tego "elitarnego klubu" kosztował 2000 dolarów rocznie płatne z góry.
Co ważne nikt nie nazywał tego płatną grupą. Kolega Pawła mówił o tym internetowym forum per. "produkt". Ja oceniam "produkt". "Produkt" jest dobry za tę cenę. Ten "produkt" serio daje przewagę na rynku. Wypowiadał to z nabożną czcią, jakby go ktoś zaprogramował.

"Produkt" zawierał:
- naukę podstaw typu co to blockchain.
- przeglądy rynku kilka razy dziennie - omówienia sytuacji makroekonomicznej, "profesjonalne analizy techniczne", wykresy, strzałki, formacje.
- sygnały - różni "trenerzy" dzielili się swoimi dokładnymi momentami wejścia i wyjścia, a społeczność mogła głosować, który analityk zostaje na platformie, a kto wypada z listy.
- forum do luźnych dyskusji - podobno sporo miejsca zajmowały wątki geopolityczne, gdzie można było porozmawiać się o stanie świata, przyszłości Polski, ponarzekać na lewaków z UE.
Paweł zachował wtedy resztki rozsądku i nie zapłacił. Głównie dlatego, że po prostu nie miał wolnych 2000 dolarów na abonament. Dogadał się z kolegą, że ten będzie mu podsyłał screeny z grupy. Nie skorzystał jednak z sygnałów, bo nie miał na wkład. Z zazdrością obserwował, jak koledze wchodzą kolejne "trejdy".
Sielanka nie trwała jednak długo. Najpierw jeden z giełdowych "trenerów" wsadził kolegę na minę przy wysokiej dźwigni, czyszcząc mu połowę depozytu.
Resztę środków włożył w tokena, który według "analityków" z grupy miał być absolutną rewolucją. W rzeczywistości był to stary, porzucony projekt, który swój historyczny szczyt zaliczył 3 lata wcześniej. Członkowie grupy z Telegrama pomogli mu wyrysować na wykresie ostatnią zieloną świecę, służąc komuś jako "wyjściowa płynność".
Płatna grupa przeżyła zaledwie 4 miesięcy z obiecanych i opłaconych 12. Młody guru z modną fryzurą nagrał płaczliwe wideo, tłumacząc się gęsto, że oszukali go wspólnicy, uciekli z pieniędzmi i on sam jest tutaj największą ofiarą. Później skasował grupę i zniknął.
Dubajski feniks z popiołów
Co stało się z naszym krypto-influencerem po tym, gdy wyczyścił grupę na Telegramie i zwinął interes? Poleciał do Dubaju i czekał aż kurz opadnie. Później zaczął stopniowo wracać do sieci, opowiadając o tym jak to wyjechał, bo w Polsce prześladuje się przedsiębiorców, a w ZEA jest wolność gospodarcza.
Później wrzucił do sieci zrzut ekranu z udaną transakcją z dźwignią 50x, na której zyskał kilka tysięcy procent zwrotu. Oczywiście nie chwalił się żadną stratną pozycją i nikt nie wie, ile stracił, by pochwalić się tym jednym zyskiem.
Wydaje się, że nikt nie pamięta już o tysiącu osób, które straciły na jego poprzednim "produkcie". Liczy się to, że facet stoi przy wypożyczonym Ferrari na tle Dubai Marina i pokazuje cyferki na ekranie telefonu. Stał się idolem, bo w oczach fanów jest bogaty. Interes znów się kręci, pod jego filmami pojawiają się pochwalne komentarze, a próby przypomnienia dawnych wyczynów - takie jak komentarz mojego siostrzeńca - są wyciszane.
Gdy rozmawiałem o tym z Pawłem, dotarło do mnie coś co przeraziło mnie bardziej niż bezczelność z jaką odbywa się to mamienie naiwnych. W wielu przypadkach te internetowe kariery nie mają już absolutnie nic wspólnego z finansami czy inwestowaniem. Influencerzy nie tworzą społeczności inwestorów tylko zamknięte sekty, w których piorą ludziom mózgi.
Paweł opowiedział mi o swoim drugim koledze. Chłopak pasjami ogląda w internecie innego finfluencera - speca od "flipowania kawalerkami" i budowania nieruchomościowego imperium. Problem w tym, że ten kolega nie ma ani grosza oszczędności.
Gdy Paweł zapytał go wprost: "Po co ty go w ogóle oglądasz i po co kupujesz jego książki, skoro niczym nie flipujesz i nie masz kasy?", ten odpowiedział z pełną powagą: "Bo on dobrze gada o świecie. Życiowy jest."
Jak poznałem Andrew Tate'a
Widząc moje rosnące zdziwienie, Paweł postanowił uświadomić mnie, że polskie podwórko to tylko marne naśladownictwo tego, co dzieje się na świecie.
- Wujek, a wiesz kim jest Andrew Tate? - rzucił, po czym streścił mi historię człowieka, który dla milionów stał się wzorem męskości i finansowej niezależności.
Okazuje się, że ten internetowy mistrz, który pouczał w filmach świat z pozycji multimilionera posiadającego flotę luksusowych aut i prywatne jachty, jest biedniejszy niż się wydaje. W sierpniu 2026 roku podczas spraw sądowych w USA powiedzieli o tym jego prawnicy, próbując wyciągnąć go z aresztu za kaucją.
Z dokumentów sądowych wynika, że Tate wcale nie był właścicielem supersamochodów ani jachtu za 50-milionów dolarów, którymi chwalił się w sieci. Luksusowe auta (w tym Bugatti czy Aston Martin) były wynajmowane do zdjęć. Za promowanie jachtu dostał wynagrodzenie. Prawnicy przyznali, że wizerunek bogacza był tylko chwytem marketingowym, mającym generować wyświetlenia i przyciągać uwagę.
Żeby było zabawniej, ten sam "geniusz biznesu" spróbował niedawno sił na rynku kryptowalut. Efekt? Dane z blockchaina z czerwca 2026 roku pokazują, że na giełdzie Hyperliquid został wyczyszczony aż 8 razy w ciągu zaledwie 16 godzin! Grając na dźwigni 40x na bitcoinie, w ciągu jednej doby przepalił setki tysięcy dolarów.
Chrońcie kapitał
Po tej rozmowie z Pawłem naszły mnie niewesołe myśli, że bardziej niż uczciwość, liczą się teraz atrakcyjne ujęcia i umiejętność wciśnięcia "zablokuj użytkownika", gdy zaczynają się niewygodne pytania.
Są też jednak dobrzy influencerzy - nie chcę wrzucać wszystkich do jednego worka. Ten gatunek raczej nie pozuje w drogich autach i nie afiszuje się bogactwem. Wiedza uczy pokory
Pamiętajcie, dla patoinfluencerów nie jesteście partnerami w biznesie, nie troszczą się o Was, chcą tylko Waszych pieniędzy. Gotówki na kolejną ratę za wynajem luksusowego auta w Dubaju. Uważajcie zatem na grupy sygnałowe, reflinki do giełd z dźwignią, gładkie słówka. Lepiej trzymać pieniądze pod poduszką niż utrzymywać tych "biznesmenów".
Tekst nie jest rekomendacją inwestycyjną - wręcz przeciwnie. Wszelkie podobieństwa do prawdziwych osób i zdarzeń nie są przypadkowe.
Wszystkie zapiski z mojego dziennika znajdziecie w tym miejscu. Zapraszam też do odwiedzin na moim Facebooku. Maile możecie słać na adres janusz.krypto@bankier.pl. Tekst nie jest poradą inwestycyjną.




























































