Dokładnie rok temu największą liczbę głosów wyborczych zebrała od Polaków propozycja "dobrej zmiany" przedstawiona przez Prawo i Sprawiedliwość. Jednak to, co wydarzyło się przez ostatnie dwanaście miesięcy wokół giełdy, ciężko jest określić przymiotnikiem "dobry".


Samo spojrzenie na notowania indeksu WIG20 wystarczy, by stwierdzić, że ostatni rok nie był dla polskiej giełdy najlepszym okresem. Ostatnią przedwyborczą sesję - 23 października 2015 roku - WIG20 zamknął na poziomie 2107,43 punktów, dziś notowany jest poniżej poziomu 1800 punktów. W ujęciu rocznym indeks stracił więc 16% i był pod tym względem jednym z najgorszych wskaźników w Europie. Gorzej poradziły sobie tylko giełdy w Atenach i Mediolanie. Dla porównania francuski CAC stracił w tym samym okresie tylko 6,6%, DAX wypadł neutralnie, a węgierski BUX zyskał 35%.
Czy za taki stan rzeczy należy w pełni winić Prawo i Sprawiedliwość? Nie. A przynajmniej byłaby to znacząca nadinterpretacja. Na wycenę akcji na giełdzie wpływa tyle czynników, że uzasadnianie całego ruchu jednym tylko wydarzeniem to poważny błąd. Warto również zwrócić uwagę na trzy fakty. Po pierwsze, co pokazują także przytoczone w poprzednim akapicie liczby, na większości europejskich rynków w ostatnim roku także przeważała czerwień. Po drugie, WIG20 to tylko część rynku. Przykładowo mWIG umocnił się w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy o ponad 9% i właśnie walczy o 9-letnie maksima. Po trzecie, w końcu na GPW szanse wydarzenia się danych scenariuszy wyborczych wyceniano także przed wyborami, a tych ruchów spojrzenie na ostatni rok przecież nie obejmuje.
Banki i energetyka - dwa ciężary
Równie nieprawdziwe byłoby jednak stwierdzenie, że rząd Beaty Szydło nie odcisnął na giełdzie żadnego piętna. Widać to przede wszystkim, gdy spojrzy się na statystyki indeksów sektorowych i poszczególnych spółek. WIG20 zdominowany jest przez spółki Skarbu Państwa i banki, mWIG to z kolei przedsiębiorstwa średnie, zazwyczaj prywatne i często rozwijające się w bardzo szybkim tempie, zarówno pod względem nowych rynków, jak i przychodów.
Banki tymczasem przez ostatni rok straciły ponad 11% swojej wartości. Niezaprzeczalny wpływ na ich rynkową wycenę miały działania polityków Prawa i Sprawiedliwości: podatek bankowy (wprowadzony przez PiS w lutym) oraz debata na temat rozwiązania problemu frankowców (w tym propozycje prezydenta Dudy). Przy okazji rozwinięto ideę repolonizacji, która uderzyła m.in. w PZU.
Przeczytaj także
Podobnie sytuacja wygląda w przypadku spółek energetycznych. PGE, Enea, Energa i Tauron szurały w tym roku po historycznych minimach, a WIG-Energia stracił od czasu objęcia rządu przez PiS 25% wartości. Oczywiście Unia Europejska (limity CO2) oraz spadek cen energii także zrobiły tutaj swoje, lecz największe negatywne ruchy na akcjach energetycznych spółek obserwowano, gdy do głosu dochodzili politycy Prawa i Sprawiedliwości, m.in. angażując energetykę do ratowania górnictwa czy zapowiadając majstrowanie przy kapitałach.
I tutaj dochodzimy do istoty "złej zmiany", jaka dotknęła giełdę. Przytoczone spadki to wprawdzie najlepszy dowód na to, jak inwestorzy odbierają pomysły Prawa i Sprawiedliwości, wcale jednak nie oznaczają one, że owe pomysły były złe same w sobie. Przykładowo, gdy zostanie ujawnione przestępstwo popełnione przez jakąś spółkę, jej akcje również tanieją, nikt jednak nie podnosi alarmu, że karanie jej jest dla giełdy ciosem. Podobnie np. przy podatku bankowym, który oceniać można różnie. I choć moja opinia na ten temat jest negatywna, mam świadomość jej subiektywności. A jak spadek kursu mogą tłumaczyć zwolennicy nowej daniny? To po prostu reakcja na spadek zysków, który następuje w związku z wprowadzeniem podatku, a nie giełdowa ocena działań rządu.
Giełdowy Rubikon przekroczony
Prawo i Sprawiedliwość w ciągu minionych dwunastu miesięcy przekroczyło jednak pewną granicę, której pokonanie może mieć wyjątkowo negatywny wpływ na postrzeganie polskiej giełdy. Rząd pokazał bowiem inwestorom, że w przypadku spółek Skarbu Państwa, są oni tylko i wyłącznie dawcami kapitału. Inwestor wprawdzie nabył udziały w firmie, jednak - mimo iż jest ona częściowo sprywatyzowana - jej celem wcale nie jest efektywne działanie i budowanie wartości, a realizacja postulatów politycznych.
Pierwszym przykładem wydaje się repolonizacja banków przez PZU. Choć wiele znaków na niebie i ziemi wskazuje, że dla spółki jest to nieopłacalne, rząd nie tylko nie powstrzymał spółki przed dalszym angażowaniem się w sektor, ale jeszcze napędził repolonizacyjną spiralę oczekiwań. Podobnie było z górnictwem i angażowaniem w jego ratowanie energetyki. Interes akcjonariuszy PGE czy Energi odstawiono na boczny tor, pieniądze na kopalnie musiały się znaleźć i tyle.
Jak ograć inwestora?
Rządowym "opus magnum" była koncepcja podnoszenia kapitałów zakładowych w spółkach pozostających pod nadzorem ministra Tchórzewskiego. Pieniądze miały pochodzić z kapitału zapasowego, więc w ten sposób uderzano w dywidendy. Dodatkowo, od takiej operacji spółka musi zapłacić podatek, który trafia do państwowej kiesy i przeznaczany jest na ratowanie górnictwa. Państwo, jako akcjonariusz, wychodzi więc na swoje, a inwestor pozostaje bez dywidendy z udziałami w wydrenowanej spółce. Prawdziwa bezczelność.
Minister wprawdzie tłumaczył, że spółki muszą realizować inne cele. Warto jednak zapytać, po co w takim razie częściowo prywatyzowano te spółki? Zazwyczaj współudziałowcy mają swoje prawa (płacą przecież za nie, kupując akcje), rząd jednak działa tutaj tak, jakby z nikim udziałami się nie podzieliło, a prywatyzacja była tylko sposobem na zasilenie państwowej kasy. Szczególnie, że w przeciwieństwie do innych graczy rząd może omijać wiele ograniczeń właśnie dzięki podatkom. W prywatnych spółkach manewr Tchórzewskiego byłby niemożliwy.
Już za rządów Platformy Obywatelskiej wywróceniu uległa dywidendowa hierarchia na GPW. Prawo i Sprawiedliwość jednak w jeszcze większym stopniu odesłało dywidendy do lamusa, stawiając na swoją broń podatkowego rażenia. Jednocześnie inwestorom pokazano, że są piątym kołem u wozu. Według mnie to właśnie ten fakt, a nie spadki poszczególnych spółek, to najmocniejszy cios, jaki otrzymała giełda w ciągu ostatniego roku.
Zaproszenie dla spekulantów
Co ciekawe, minister Tchórzewski stwierdził również, że jego działania pomogą w walce ze spekulantami. Osobiście uważam, że każdy inwestor patrzący na fundamenty powinien "dzięki" Tchórzewskiemu trzymać się od spółek z udziałem Skarbu Państwa z daleka. Jedynymi, których powinny one absorbować są liczący na szybki zysk spekulanci. Minister może więc osiągnąć efekt odwrotny od zamierzonego.
Przeczytaj także
Na szczęście rządowe "macki" dotykają póki co głównie spółek Skarbu Państwa. Wspomniany mWIG pokazuje, że na giełdzie są jeszcze miejsca, w których można zarabiać. Na nieszczęście giełdy, spółki, na których państwo odcisnęło piętno, stanowią na GPW znaczącą siłę, której niedyspozycja rzuca się cieniem na cały rynek. Dodatkowo reputacja państwa, jako współudziałowca, została, obrazowo mówiąc, zmieszana z błotem, podważono bowiem pewne fundamenty, które wcześniej wydawały się niepodważalne. Zaufanie traci się w ciągu chwili, jego odbudowa trwa jednak latami.






























































