Osiem lat temu pytałem, co będzie, gdy ktoś wyciągnie wtyczkę. Dziś odpowiedź jest w rządowej broszurze, ale z jednym haczykiem. Państwo radzi trzymać w domu zapas gotówki na wypadek kryzysu, tymczasem w serii tekstów ustaliliśmy, że samo wypłacenie większej kwoty bywa dziś trudne. W wielu bankach wymaga zgłoszenia z wyprzedzeniem, a części klientów bank nie wyda pieniędzy od ręki.


Zacznijmy od tego, co trafia do niemal każdej skrzynki. W rozdziale "Poradnika bezpieczeństwa" poświęconym długotrwałemu brakowi prądu rząd pisze, że blackout może potrwać nawet kilka dni, a wtedy "stracisz dostęp do wody, ogrzewania, internetu i telefonu oraz możliwość płacenia kartą". Kilka linijek dalej pada zalecenie: miej przy sobie zapas gotówki w różnych nominałach.
To samo powtarza wcześniejszy poradnik Rządowego Centrum Bezpieczeństwa "Bądź gotowy!". W rozdziale o braku prądu autorzy dopisali wprost, wykrzyknikiem, że bankomaty mogą nie działać. Gotówka pojawia się w obu dokumentach kilka razy, na liście domowych zapasów, w plecaku ewakuacyjnym i w scenariuszu blackoutu.
Zobacz także
O gotówce mówi dziś zresztą nie tylko obrona cywilna, ale i bank centralny. W odpowiedzi na nasze pytania Narodowy Bank Polski przyznał, że warto rozważyć trzymanie w domu pewnej sumy pieniędzy "na tzw. wszelki wypadek", a prezes NBP Adam Glapiński przekonywał, że część oszczędności trzeba trzymać w gotówce ze względów bezpieczeństwa państwowego i osobistego. To nie tylko polski pomysł. Bankier.pl pisał już, że na wypadek kryzysu szwedzkie i holenderskie banki zaapelowały do klientów, by wypłacili pieniądze i przechowywali je w domu.
Za tym wszystkim kryje się jednak sprzeczność. Instytucje namawiają do trzymania gotówki, a jednocześnie coraz mocniej utrudniają dostęp do niej. W serii tekstów opisaliśmy, jak to wygląda w praktyce.

Wypłata z wyprzedzeniem, i to nie zawsze skuteczna
Sprawdziliśmy zasady w kilkunastu bankach. W większości wypłata gotówki powyżej 20 tys. zł wymaga awizacji, czyli zgłoszenia z jedno- lub dwudniowym wyprzedzeniem, żeby oddział zamówił pieniądze. Kwoty poniżej tego progu banki co do zasady deklarują wypłacać od ręki, choć część z nich zastrzega, że wszystko zależy od bieżącego stanu kasy w placówce.
Opisaliśmy też sytuację 82-letniego klienta, któremu bankomat zatrzymał kartę, a bank przez kilka dni nie potrafił wydać mu własnych pieniędzy. Jedyna placówka w jego mieście działała w formule bezgotówkowej, senior nie korzystał z aplikacji mobilnej, a telefon nie pozwalał jej zainstalować. Bank przyznał wprost: w takiej sytuacji klient nie wypłaci pieniędzy do czasu otrzymania nowej karty. W normalnych warunkach system działa. Wystarczy jednak drobna awaria, żeby część klientów odciąć od środków.
Teraz wyobraźmy sobie ten sam mechanizm w skali całego miasta, w dniu, w którym gaśnie prąd.
Gdy gaśnie prąd, zostaje gotówka. Jeśli się ją ma
Że to nie jest scenariusz z filmu, pokazał kwiecień 2025 roku. Blackout sparaliżował wtedy Hiszpanię i Portugalię, uziemił samoloty, zatrzymał kolej i uniemożliwił kontakt telefoniczny oraz dostęp do internetu. Bankier.pl relacjonował tamte wydarzenia na bieżąco. Przestały działać terminale i bankomaty, nie można było zapłacić kartą ani wypłacić pieniędzy. Handlowały tylko te sklepy i bazary, które przyjmowały banknoty.
Nie trzeba jednak sięgać za granicę. Największy blackout w powojennej historii Polski dotknął Szczecin w kwietniu 2008 roku. Pod ciężarem mokrego śniegu runęły linie wysokiego napięcia i miasto pogrążyło się w ciemności. Nie działały terminale w sklepach ani żaden bankomat, zamknięte były banki. W samym Szczecinie prąd wracał dopiero wieczorem, ale pełne przywrócenie zasilania i pracy wodociągów zajęło niemal trzy dni, a w okolicznych gminach nawet do pięciu. Paliwo do agregatów napędzających pompownie wody dało się wtedy kupić wyłącznie za gotówkę.
Jeden z mieszkańców wspominał po latach, że uratował go tylko zapas gotówki w kieszeni, bo bankomaty przestały działać. W kryzysie liczy się nie ten, kto ma pieniądze na koncie, lecz ten, kto ma je w portfelu.
Od hipotezy do relacji na żywo
We wspomnianym felietonie z 2018 roku cytowałem gubernatora Austriackiego Banku Narodowego, który przekonywał, że wystarczy, by wysiadł prąd, a gotówka zostaje jedynym działającym środkiem płatności. Wtedy była to hipoteza, poparta co najwyżej kilkugodzinnymi awariami Visy i Mastercardu. Iberyjski blackout zamienił ją w relację na żywo, a rząd wpisał celowe działanie obok katastrofy naturalnej jako przyczynę, dla której pewnego dnia karta może przestać działać.
Zmieniło się jeszcze coś. W 2018 roku gotówkę można było wypłacić właściwie wszędzie, bo sieć oddziałów i bankomatów była gęstsza. Od tego czasu, jak pokazaliśmy w tekście o wypłatach, placówek z obsługą kasową ubywa, a wypłata większej sumy coraz częściej wymaga planowania z wyprzedzeniem.
Sprzeczność, której nikt nie rozwiązał
Zostaje pytanie, które spina cały ten obraz. Z powyższych rozważań płynie pewien wniosek. Jeśli państwo zaleca obywatelom rezerwę gotówki na wypadek kryzysu, powinno też zadbać, żeby tę rezerwę dało się w niespokojnych czasach łatwo i szybko wypłacić. Tymczasem im mniej kas i bankomatów, im wyższe progi awizacji, tym trudniej pobrać większą kwotę wtedy, gdy ktoś uzna, że chce ją mieć pod ręką.
Jest też druga luka, mniej widoczna. Przy wodzie poradnik podaje konkret, minimum trzy litry na osobę na dobę. Przy żywności podaje okres, minimum trzy dni. Przy gotówce nie pada żadna liczba, jest tylko "zapas w różnych nominałach". Dla czytelnika to wskazówka pusta, bo nie wiadomo, czy chodzi o dwieście złotych, czy o dwa tysiące. A przecież od tego, ile i w jakich nominałach trzyma się w domu, zależy, czy zapas wystarczy na kilka dni bez działających terminali.
Rząd radzi więc: bądź gotowy, miej gotówkę. To dobra rada. Warto tylko, żeby państwo, które ją formułuje, zadbało też o to, by droga do tej gotówki nie prowadziła przez awizację, dojazd do innego miasta i placówkę, w której akurat brakuje pieniędzy w kasie.































































