Inflacja rośnie, a oprocentowanie bankowych lokat cały czas maleje. To nie jest dobry czas dla miłośników bezpiecznych procentów. Nie są oni jednak bez szans. Muszą tylko ruszyć swoje oszczędności z banków.


Choć majowy odczyt inflacji CPI mocno zaskoczył ekonomistów, to nie zmienia faktu, że koszyk dóbr konsumpcyjnych drożeje w tempie przeszło 3%. I taka sytuacja zapewne utrzyma się także w następnych miesiącach i kwartałach – twierdzą ekonomiści. - Oczekuje się, że inflacja zasadnicza wzrośnie dalej, zbliżając się do 3,5 proc. do końca roku - oceniają analitycy EY. Nieco inaczej sprawę widzą w Credit Agricole, gdzie za sprawą nieoczekiwanego spadku cen żywności spodziewają się inflacji CPI 2,8% w tym roku, ale aż 3,8% w roku 2027. Generalnie już mało kto wierzy w to, że inflacja znajdzie się poniżej 3%, a rozkład ryzyka dla tych prognoz skierowany jest ku górze.
Statystyki inflacyjne kontrastują ze spadającym oprocentowaniem lokat bankowych. Według danych Narodowego Banku Polskiego średnie oprocentowanie depozytów o zapadalności od 6 do 12 miesięcy spadło poniżej 3%. Zatem jeśli inflacja za rok zgodnie z prognozami ekonomistów przekroczy 3%, to większość oszczędzających poniesie realną stratę. Tym dotkliwszą, że od tej realnie ujemnej stopy procentowej będzie musiała jeszcze zapłacić 19% podatku Belki. Patrząc tylko przez prymat oprocentowania depozytów mamy powrót do złych czasów z lat 2017-23, gdy realna stopa procentowa w Polsce była ujemna. Tyle że tym razem jest to w znacznej mierze "zasługa" banków, a nie Rady Polityki Pieniężnej.
Przy czym stopa referencyjna NBP nadal delikatnie przewyższa inflację CPI za poprzednie 12 miesięcy. Ale to banki tną ofertę depozytową nieprzerwanie od końcówki 2022 roku, nawet nie za bardzo oglądając się na to, co robi Rada Polityki Pieniężnej. Przy tym warto pamiętać, że mówimy tu o danych uśrednionych.
„Wyjadacze wisienek” wciąż znajdą bankowe promocje oferujące nawet 6% w skali roku. Tyle tylko, że wszystkie najlepsze oferty wymagają spełnienia dodatkowych warunków i zwykle są ograniczone tak czasowo jak i kwotowo. Gdy odsiejemy te „marketingowe haczyki” na klientów, to w najlepszym wypadku otrzymamy 4,00-4,50% w skali roku. Czyli lepiej, ale wciąż mało. Dla równowagi dodajmy, że wielu oszczędzających nie wybiera najlepszej oferty, tylko lokuje pieniądze „w swoim banku”. A wtedy taka lokata potrafi być oprocentowana na śmieszne 1,50-2,00%. Dlatego też średnie oprocentowanie nowo zakładanych depozytów terminowych wynosi mniej niż 3%.

Jak ukarać niegrzeczny bank?
Zwolennik względnie bezpiecznych form lokowania kapitału nie jest jednak bez szans w starciu z polskim sektorem bankowym. Pieniądze z banku można przecież wypłacić i udać się z nimi na rynek obligacji, które przy relatywnie niskim ryzyku oferują obecnie istotnie wyższe stopy zwrotu.
Zacznijmy od popularnej w ostatnich latach oferty detalicznych obligacji Skarbu Państwa. Ministerstwo Finansów w czerwcowej ofercie proponuje m.in. papiery roczne, których oprocentowanie w pierwszym miesiącu wynosi 4%, a w kolejnych tyle, ile wynosi stopa referencyjna NBP. Obecnie to 3,75%, ale rynki finansowe spodziewają się jej podniesienia w drugiej połowie roku. Jeśli ktoś może zamrozić gotówkę na dłuższy termin, to w odwodzie pozostają obligacje indeksowane inflacją CPI. 4-letnie COI oferują 4,75% w pierwszym roku, a następnie roczną dynamikę CPI powiększoną o 1,5 pkt. proc. marży. Przy realizacji obecnych prognozach inflacyjnych dawałoby to ok. 5% w drugim roku.
Przy pomocy standardowego rachunku maklerskiego skorzystać możemy też z „hurtowego” rynku polskiej papierów skarbowych. Tu stawki ustala rynek – czyli gra popytu (tj. ile kapitału gotowi są wyłożyć inwestorzy) i podaży (czyli ile obligacji musi wyemitować resort finansów). Obecnie 2-letnie „skarbówki” notowane są przy rentowności w terminie do wykupu bliskim 4,5%. Czyli też więcej niż w banku. Rzecz jasna w tym przypadku dochodzą dodatkowe czynniki ryzyka (płynności, zmiany ceny, stóp procentowych, etc.) oraz koszty prowizji maklerskich.
Im dłuższy czas pozostały do wykupu obligacji, tym wyższe są rentowności. W przypadku papierów 10-letnich byliśmy już blisko 6%. Teraz jest to ok. 5,7%. To już jednak terytorium podwyższonego ryzyka, gdyż ceny długoterminowych obligacji mogą podlegać sporym zmianom za sprawą zmiennych oczekiwań inflacyjnych czy odpływu kapitału zagranicznego. Stąd też wyższa premia za ryzyko trzymania tych papierów.
Ale jeśli ktoś nie chce ponosić takiego ryzyka, to może wybrać obligacje zmiennokuponowe, które w znacznie mniejszym stopniu reagują na zmiany stóp procentowych. Benchmarkiem jest tu indeks GPWB-BWZ. Ekspozycję na ten segment rynku zapewnia notowany na GPW FIZ obligacji 6M Portfelowy, o wdzięcznym tickerze ETFBCASH. W praktyce jest to giełdowe narzędzie do „parkowania” nadwyżek gotówkowych na kilkumiesięczne terminy. Średnia rentowność obligacji wchodzących w skład tego indeksu wynosi obecnie ok. 4,4%, a historyczna stopa zwrotu za poprzednie 12 miesięcy wynosi 5,4%. Czyli szału nie ma i nie było, ale to i tak więcej niż może zaoferować większość banków. No i jest też prowizja maklerska, którą musimy zapłacić zarówno za zakup jak i sprzedaż tego instrumentu. Ale u jednego z popularnych brokerów przynajmniej do końca 2026 roku obowiązuje promocyjna stawka 0,10% od wartości zrealizowanego zlecenia.
Reasumując, zwolennicy lokowania pieniędzy na bezpieczny procent nie są ograniczeni do oferty bankowej i przy niewiele wyższym (a w niektórych przypadkach wręcz niższym) ryzyku mogą uzyskać stopy zwrotu wyraźnie wyższe niż te dostępne na standardowych lokatach. Trzeba tylko włożyć odrobinę wysiłku, czasu i przyswoić sobie absolutne podstawy rynku instrumentów dłużnych.
































































