W przyszłym tygodniu przedstawiciele najwyższych władz UE udadzą się do Pekinu, by zażądać od chińskich władz ograniczenia ogromnego deficytu handlowego w wymianie z Europą. Spotkanie może przesądzić o tym, czy Unia zaostrzy konflikt handlowy z Chinami.


Tekst pochodzi z "Borsen" należącego do Grupy Bonnier
Europę dotyka przemysłowy szok z Chin. Drugi tego rodzaju – i skłonił on Unię Europejską do podniesienia alarmu.
„Niektórzy mówią, że drugi chiński szok czai się na horyzoncie. Ale on już tu jest” – powiedziała na początku września przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen, wygłaszając poważne przemówienie, w którym ponownie wyraźnie zaostrzyła retorykę wobec Chin.
„Prowadzi to do deindustrializacji w samym sercu europejskiego przemysłu” – dodała szefowa KE.

W przeciwieństwie do pierwszego chińskiego szoku z początku lat 2000., kiedy do Europy napływały tanie towary, takie jak ubrania, zabawki i elektronika kuchenna, tak zwany „chiński szok 2.0” stanowi bezpośrednie zagrożenie dla kluczowych gałęzi przemysłu UE.
„Wzrost Chin i rozwijane tam branże w dużej mierze pokrywają się z tymi, w których Europa osiągała dotąd najlepsze wyniki. Chodzi o obszary, w których Europa ma ostatni bastion konkurencyjności przemysłowej” – mówi Luke Patey, starszy badacz geogospodarki w Duńskim Instytucie Studiów Międzynarodowych (DIIS), zajmujący się Chinami.
Chiny bezpośrednio zagrażają uznanej europejskiej branży motoryzacyjnej, oferując zaawansowane technologicznie i tanie samochody elektryczne. Zdominowały też rynek zielonej energii, w tym paneli słonecznych i turbin wiatrowych. Produkują ponadto baterie i magnesy oraz wydobywają metale ziem rzadkich wykorzystywane w niemal wszystkich zaawansowanych urządzeniach i maszynach.
Ursula von der Leyen rozpoczęła więc akcję ratunkową. W czerwcu szefowa Komisji otrzymała od przywódców państw i rządów UE jasny sygnał: deficyt handlowy Unii z Chinami jest całkowicie nie do utrzymania.
Deficyt stale rośnie. Obecnie szacuje się go na około 7,5 mld koron duńskich dziennie, co oznacza niemal 2700 mld koron w skali roku.
Z jednej strony UE próbuje, poprzez intensywny dialog z chińskimi władzami, wynegocjować porozumienia, które ograniczą tę nierównowagę. Chodzi o zmniejszenie udziału chińskich towarów oraz zapewnienie europejskim firmom lepszego dostępu do chińskiego rynku.
Z drugiej strony Komisja Europejska przygotowuje ostrzejszy kurs wobec Pekinu na wypadek, gdyby rozmowy nie przyniosły efektów. Może to oznaczać skuteczniejsze i częstsze wykorzystywanie unijnych instrumentów handlowych, które chronią przemysł UE przed nieuczciwą konkurencją. Komisja rozważa również stworzenie zupełnie nowych narzędzi. Jednocześnie Bruksela wprowadza do przepisów szeroki zestaw nowych klauzul „kupuj europejskie”.
Gdy unijny komisarz ds. handlu Maroš Šefčovič uda się 8 i 9 października do Pekinu, będzie to dotychczasowy punkt kulminacyjny prac Komisji. Wizyta stworzy też okazję do ustalenia – wspólnie z przywódcami państw i rządów UE – jaką strategię przyjąć wobec Chin.
„Choć szczery dialog pozostaje priorytetem, równie ważne jest, aby pierwsze konkretne rezultaty zostały osiągnięte w Pekinie w październiku” – ostrzegł dzień po wrześniowym przemówieniu Ursuli von der Leyen rzecznik Komisji Europejskiej Olof Gill.
Miliony miejsc pracy zagrożone
Luke Patey z DIIS nie ma wątpliwości: drugi chiński szok już mocno uderzył w Europę. „Jest z nami od pewnego czasu, a jego wpływ na europejskie gospodarki rośnie” – mówi.
Patey szacuje, że setki tysięcy miejsc pracy w europejskim przemyśle już zniknęły, a kolejne setki tysięcy są zagrożone, ponieważ unijne firmy nie są w stanie dotrzymać kroku chińskim konkurentom.
Na najwyższych szczeblach Komisji Europejskiej szacuje się, że w „krótkiej perspektywie” zagrożonych jest aż 29 mln miejsc pracy.
Deficyt handlowy z innym krajem nie musi być zjawiskiem negatywnym – podkreśla Luke Patey.
Tanie towary produkowane w Chinach, takie jak ubrania czy elektronika, pomagają utrzymywać niskie ceny dla konsumentów. Niebezpieczny nie jest również import komponentów, które stanowią niewielką część większego łańcucha produkcyjnego i są wykorzystywane na przykład do wytwarzania maszyn w Europie.
Deficyt UE w handlu z Chinami stał się jednak problemem, ponieważ chińskie firmy w dużej mierze produkują zaawansowane technologicznie, gotowe wyroby, które bezpośrednio konkurują z europejskimi odpowiednikami. Ponadto – jak w przypadku chińskich samochodów elektrycznych – zdaniem UE wiele takich produktów jest wspieranych ogromnymi kwotami z pieniędzy publicznych. To zakłóca konkurencję i narusza zasady Światowej Organizacji Handlu (WTO).
„Zamiast więc tego, by handel z Chinami tworzył miejsca pracy, przynosił dochody i dobrobyt w Europie, niszczy nasze miejsca pracy, dochody i dobrobyt” – mówi Luke Patey.
Szok uderzył przede wszystkim w gospodarczy motor Europy, czyli Niemcy, gdzie szczególnie mocno ucierpiały branże motoryzacyjna i chemiczna.
A gdy problemy dotykają „przemysłowego serca” UE, odczuwa je również reszta Europy. Dotyczy to także Danii, której wiele firm dostarcza komponenty niemieckiemu przemysłowi.
Kolejne niemieckie rządy przez długi czas prowadziły politykę przyjazną Chinom. Jednak w ciągu ostatniego roku kanclerz Friedrich Merz stopniowo zaostrzał krytykę Pekinu.
W czerwcu kanclerz stwierdził, że „nie do zaakceptowania” jest sytuacja, w której państwa wykorzystują pomoc publiczną do tworzenia „nadwyżek mocy produkcyjnych”, zalewających europejski rynek.
„Niemcy wciąż próbują wyważyć interesy przemysłu i interesy narodowe. Teraz, gdy sprzedaż Volkswagena czy BMW w Chinach napotyka trudności, obserwujemy zmianę tonu w wypowiedziach na temat Chin” – mówi Luke Patey.
W Hiszpanii premier Pedro Sánchez stawia na jedną z najbardziej pragmatycznych strategii wobec Chin na kontynencie. Jej celem jest przyciągnięcie dużych chińskich inwestycji do Hiszpanii, na przykład fabryk baterii i wielkich projektów związanych z energią odnawialną.
Podobne podejście przyjęły przyjazne Chinom Węgry, gdzie powstają ogromne chińskie inwestycje w fabryki samochodów elektrycznych i baterii.
Zupełnie inaczej postępuje Francja, druga największa gospodarka UE, która od dawna opowiada się za znacznie większą liczbą działań protekcjonistycznych wobec Chin. Zdaniem Luke’a Pateya Francuzi mają rację, wskazując ten kierunek.
„Jeśli chcemy uratować te miejsca pracy, potrzebujemy silniejszych barier handlowych. W krótkim okresie będzie to kosztować, ale jeśli Europie uda się poprawić konkurencyjność w branżach najbardziej narażonych na chińską konkurencję, będzie mogła konkurować z Chinami na bardziej równych zasadach” – mówi.
Atut przetargowy UE
Zdaniem starszego badacza wyjazd unijnego komisarza ds. handlu Šefčoviča do Pekinu nie musi oznaczać początku eskalacji konfliktu handlowego z Chinami.
„UE ma wobec Chin znacznie silniejszą pozycję, niż Europejczycy sądzą” – mówi. Wskazuje, że głównym atutem Unii jest po prostu dostęp do europejskiego rynku, jednego z największych na świecie.
Chiny również mają jednak mocną kartę przetargową. Chodzi o dostęp do minerałów krytycznych i metali ziem rzadkich, których Państwo Środka jest największym producentem na świecie. Chińskie władze już wprowadziły ograniczenia eksportowe dotyczące tych surowców.
„Kiedy w ubiegłym roku Chiny zagroziły zaostrzeniem kontroli eksportu, fabryki samochodów nie tylko w Europie, ale także w USA i Japonii po prostu wstrzymały produkcję i odesłały pracowników do domów. Nie mogły już produkować samochodów. Taka jest siła, którą dysponują Chiny: możliwość całkowitego zatrzymania produkcji” – mówi Patey.
Według badacza Chiny będą jednak ostrożne z wykorzystaniem tego atutu. Taki ruch może bowiem przynieść odwrotny skutek i zachęcić Europejczyków do masowych inwestycji we własne wydobycie i przetwarzanie metali ziem rzadkich.
Więcej na temat tego, czy strony zdecydują się wykorzystać swoje atuty, będzie wiadomo w przyszłym tygodniu, po zakończeniu rozmów Šefčoviča z chińskim ministrem handlu Wangiem Wentao w Pekinie.
Niezależnie od ich wyniku przywrócenie równowagi w relacjach handlowych zajmie czas – brzmi konkluzja.
„Mamy do czynienia z długoterminowym, strukturalnym zakłóceniem konkurencji, które trwa już od pięciu lat. Dlatego krótkoterminowa misja mediacyjna nie przyniesie rezultatów” – mówi Luke Patey.
Leonora Marienlund Klint, Bruksela































































