Wojna na Ukrainie ma bezpośredni i negatywny wpływ na polską gospodarkę. Z miesiąca na miesiąc jej konsekwencje będą narastać, prowadząc do serii nieprzyjemnych dla nas skutków. Nikt nie powinien mieć wątpliwości: wielu z nas odczuje rezultaty wojny w swoim portfelu.


Minęły już dwa tygodnie, od kiedy na Ukrainę zaczęły spadać bomby i rakiety. Rosyjska ofensywa póki co utknęła na przedmieściach Kijowa i Charkowa, ale to wojska agresora wciąż są w natarciu i spychają ukraińskich obrońców. W reakcji na tę agresję Zachód nałożył silne sankcje ekonomiczne na Rosję. Tamtejsze banki (aczkolwiek nie wszystkie i nie w całości) odcinane są od światowego systemu finansowego. Zamrożone są eurowe i dolarowe aktywa Banku Rosji. Kolejne zachodnie koncerny wycofują się z rosyjskiego rynku. Zdaniem agencji ratingowych kraj ten chyli się ku ponoć nieuchronnemu bankructwu. System bankowy trzeszczy w szwach, a Rosjanie na skutek załamania notowań rubla i potężnej inflacji masowo tracą oszczędności i siłę nabywczą.
To wszystko dzieje się za naszą wschodnią granicą, ale skutki rosyjskiej inwazji z dnia na dzień coraz mocniej odczuwamy także w Polsce. Pozostawiając na boku kwestie geopolityczne i rosnące ryzyko uwikłania Polskę w wojnę z Rosją, skupmy się na ekonomicznych konsekwencjach wojny w Ukrainie. I tym razem ograniczymy się tylko do Polski.
Czterech jeźdźców wojennego kryzysu
Pierwsze uderzenie wojennego kryzysu przyszło do nas przez kanał walutowy. Polska stała się krajem przyfrontowym, a niektórzy robili wiele, aby uwikłać nas w wojnę rosyjsko-ukraińską. To zwiększyło premię za ryzyko trzymania złotego i nasza waluta w niespełna dwa tygodnie straciła ponad 8% względem euro oraz 11,5% w stosunku do dolara amerykańskiego. A ponieważ złoty był słaby już wcześniej, to na naszym rynku walutowym padły nowe rekordy: ponad 5 zł za euro i prawie tyle samo za franka szwajcarskiego. Dolar kosztujący nawet 4,61 zł był najdroższy od ponad 21 lat. Późniejsze odreagowanie niewiele zmieniło: polska waluta pozostaje niemal rekordowo słaba, obniżając siłę nabywczą zarobków i oszczędności Polaków.

Deprecjacja złotego jest istotnym czynnikiem proinflacyjnym. W kierunku wyraźnie wyższej inflacji działać będzie też drugi kanał transmisji kryzysu, czyli ceny surowców. Notowania ropy Brent praktycznie podwoiły się, licząc od początku grudnia (choć ostatnio nieco spadły). W efekcie ceny paliw na polskich stacjach wystrzeliły w górę: olej napędowy kosztuje już ponad 7 zł/l, a benzyna ok. 6,50 zł. Ceny gazu na holenderskiej giełdzie oszalały, rosnąc nawet do 330€/MWh, by jednak w środę spaść o 25%. W zasadzie można już mówić o kryzysie energetycznym, choć (jeszcze?) nie doszło do zakręcenia kurka z rosyjską ropą i gazem.
Oba te czynniki zwiększają i tak już najwyższą od 21 lat inflację CPI w Polsce. Teraz już nikt nie pyta, czy przekroczymy psychologiczną barierę 10%, ale jak bardzo ją przekroczymy. Nawet najnowsza projekcja Narodowego Banku Polskiego zakłada, że w 2022 roku średnioroczna inflacja CPI z 50-procentowym prawdopodobieństwem znajdzie się w przedziale 9,3-12,2% wobec 5,1–6,5% w projekcji z listopada 2021 r. Oznacza to, że nasze oszczędności ulokowane w polskim złotym oraz nasze wynagrodzenia wypłacane w PLN tylko w tym roku stracą przynajmniej 10% siły nabywczej. To jest bezapelacyjna klęska i rezultat absolutnie niedopuszczalny w cywilizowanym kraju. Co gorsza, nic nie wskazuje na to, aby sytuacja miała się poprawić w przyszłym roku, na który NBP prognozuje 9-procentową inflację.
Oznacza to, że Rada Polityki Pieniężnej będzie musiała podnieść stopy procentowe zdecydowanie mocniej, niż się tego spodziewano jeszcze dwa tygodnie temu. O ile wcześniej mówiło się o poziomie 4-4,5%, tak teraz w notowaniach kontraktów FRA zawarty jest wzrost Wiboru do ok. 5,7% do końca roku. Nawet prezes NBP Adam Glapiński z naczelnego monetarnego „gołębia” stał się zajadłym „jastrzębiem” i otwartym tekstem mówi o stopach rzędu 5% lub więcej. Wyższe stopy procentowe są konieczne, aby zrównoważyć nieco rozchwianą polską gospodarkę, ale ich kosztem będzie niższa konsumpcja, nieco słabsze inwestycje i w konsekwencji wolniejszy wzrost gospodarczy. O 7-procentowej dynamice PKB notowanej przez ostatnie kwartały możemy zapomnieć. Dobrze będzie, jeśli na przełomie roku uda się nam uniknąć recesji. Uderzy w nas też załamanie wzrostu gospodarczego w krajach strefy euro, gdzie niektóre gospodarki mają istotną ekspozycję na rynek rosyjski.
Wyższa inflacja i wyższe raty kredytów uderzą Polaków po kieszeni, ograniczając popyt konsumpcyjny. A to dopiero początek, bo efekt surowcowego szoku póki co widzimy głównie na stacjach paliw. Ale niedługo zobaczymy też w marketach spożywczych, ponieważ rekordowe lub niemal rekordowe ceny osiągnęły pszenica, kukurydza, rzepak oraz kawa. To nie przypadek, ponieważ Rosja i Ukraina są czołowymi eksporterami zbóż. Wiemy już, że w tym roku świat nie może liczyć na dostawy z Ukrainy, która zakazała wywozu podstawowych płodów rolnych.
Trzecim problemem dla polskiej gospodarki będzie poradzenie sobie z falą uchodźców napływających z ogarniętej wojną Ukrainy. Po dwóch tygodniach wojny polską granicę przekroczyło ponad 1,33 miliona ludzi, których trzeba przyjąć, nakarmić, zapewnić opiekę medyczną oraz wypłacić zasiłki socjalne. To zupełnie inna fala imigracji z Ukrainy niż ta, którą obserwowaliśmy po wojnie w Donbasie. Wtedy przyjeżdżali do nas głównie mężczyźni w wieku produkcyjnym, którzy setkami tysięcy zasilali polski rynek pracy, zwiększając produktywność naszej gospodarki.
Teraz przyjeżdżają do nas kobiety i dzieci, które w krótkim i średnim terminie będą dla nas przede wszystkim kosztem. Trzeba im będzie zapewnić zakwaterowanie, wyżywienie, edukację i usługi w zdewastowanym przez „walkę z COVID-em” państwowym sektorze medycznym. To będzie kosztować i to niemało. Procedowana w ekspresowym tempie specustawa o pomocy Ukraińcom zakłada koszty w wysokości 1,8-3,5 mld złotych, ale faktyczny wzrost wydatków publicznych zapewne będzie zdecydowanie większy. Równocześnie z Polski wyjeżdżają Ukraińcy w wieku poborowym, aby zaciągnąć się do wojska i walczyć za swój kraj. Już teraz mowa jest o dziesiątkach tysięcy ludzi. Część z nich już nigdy do nas nie wróci. Będzie to spore wyzwanie dla polskiego rynku pracy.
Równocześnie Polska z miesiąca na miesiąc wzbogaciła się o ponad milion nowych konsumentów, co zapewne zwiększy obroty sieci handlowych i przynajmniej na krótką metę podbije konsumpcję prywatną i PKB. To także wzrost wpływów podatkowych (VAT, akcyza, podatek od sprzedaży detalicznej), choć trzeba pamiętać, że z biegiem czasu coraz większą część kosztów utrzymania uchodźców będzie na siebie przejmował sektor finansów publicznych. A to oznacza wyższe wydatki rządowe niemające pokrycia w bieżących dochodach. W konsekwencji czeka nas wzrost deficytu fiskalnego i długu publicznego, który już przed wojną ukraińską był niebezpiecznie wysoki (ponad 1,4 bln zł). Wzrost wydatków państwa to w konsekwencji wyższe podatki w przyszłości lub wyższa inflacja, jeśli sfinansowane zostaną one „dodrukiem” pieniądza przez bank centralny.
Czwartym wyzwaniem jest zapowiedziany już w Ustawie o obronie ojczyzny spory wzrost wydatków na wojsko. Na armię (ale w to wliczają się też emerytury dla wojskowych) mamy już od przyszłego roku przeznaczać 3% PKB. Wydatki te nie będą finansowane z wpływów podatkowych, lecz z emisji obligacji oraz specjalnego Funduszu Wsparcia Sił Zbrojnych zasilonego miliardami złotych wykreowanych z powietrza przez NBP w ramach „walki z koronawirusem”. To potencjalnie niebezpieczne propozycje skutkujące nie tylko dalszą dezintegracją finansów publicznych (gdzie coraz więcej pieniędzy wydaje się poza budżetem państwa), ale też groźny precedens proinflacyjny.
Gdzie szukać „plusów dodatnich”?
Opisany powyżej szwadron „jeźdźców kryzysu” może wywrócić do góry nogami polską gospodarkę. W najbliższych miesiącach i kwartałach czeka nas wzrost inflacji, dalsze podwyżki stóp procentowych, wyhamowanie wzrostu gospodarczego w otoczeniu potężnej presji na aparat państwa i rządowego systemu edukacji, usług medycznych i socjalnych. Nowa sytuacja geopolityczna wymaga od nas istotnego zwiększenia nakładów na zbrojenia i rozbudowę wojska (także o formacje ochotnicze oraz uzbrojonych i przeszkolonych obywateli, do czego potrzebna jest rewolucyjna zmiana przepisów o dostępnie do broni). Konsekwencją zapewne będzie wzrost zadłużenia państwa, a także waluta słabsza niż przed wojną.
Ewentualnych szans wynikających z nowej sytuacji można w mojej ocenie szukać w dwóch obszarach. Pierwszym jest demografia. Część uchodźców wojennych z Ukrainy zapewne pozostanie w Polsce nawet po ustaniu działań wojennych – zwłaszcza gdyby kolejne regiony Ukrainy znalazły się pod kontrolą Kremla. To dla Polski zastrzyk nowych mieszkańców – w większości dzieci i ludzi w wieku produkcyjnym bliskich nam kulturowo i względnie szybko się asymilujących. Ale obecnie to głównie koszty, a ewentualne korzyści są kwestią odległej przyszłości.
Drugą szansę upatrywałbym w zmianie europejskiej (czytaj: niemieckiej) polityki energetycznej. Niemcy ekspresowo muszą się przeprosić z energią atomową i przymknąć oko na emisyjne, ale własne źródła energii takie jak węgiel. To jedyna realna droga, aby zmniejszyć zależność od rosyjskiego gazu. To również szansa dla polskiej energetyki bazującej na spalaniu węgla. Pierwszą korzyść już realizujemy – ceny podatku od powietrza (zwanego dla niepoznaki „prawami do emisji CO2") przeceniono z 95€ do niespełna 60€. Być może uda się przeforsować pomysł wycofania się z tej nieszczęsnej parodii wolnego rynku i przywrócić w europejskiej energetyce prymat ekonomii nad ideologią.
Do tego jednak daleka droga, bo lobbyści „zielonej energii” nie poddadzą się bez walki. Korzyści z ukraińskiego kryzysu będą też szukać dla siebie inne kraje i każdy będzie bezpardonowo walczył tylko o swój interes. Wszystkie ewentualne profity będą okupione wysokimi kosztami i niemałym ryzykiem. Znów potwierdza się, że przyszło nam żyć w ciekawych czasach.
































































