Ryanair od razu odrzuca pomysł wprowadzania dopłat paliwowych. Szef linii, Michael O’Leary, przewiduje jednak, że konkurencja szybko przerzuci te wydatki na klientów, co doprowadzi do wzrostu cen lotów nawet o 20 procent - czytamy na fly4free.pl.


Większe wydatki na paliwo coraz mocniej uderzają w linie lotnicze w Europie, co sprytnie wykorzystał szef Ryanaira. Choć branża na razie wstrzymuje się od przywracania dopłat paliwowych, Michael O’Leary postanowił wyprzedzić wypadki. Zapewnił, że podróżni jego linii nie zobaczą na rachunkach dodatkowych opłat za paliwo, sugerując zarazem, że konkurencja nie będzie miała takiego komfortu i wkrótce sięgnie do kieszeni klientów.
Ryanair nie wprowadzi dopłaty paliwowej, ale tradycyjni przewoźnicy z pewnością zrobią to przyszłego lata - przewiduje w rozmowie z mediami.
ReklamaZobacz także
Nawet jeśli do deklaracji szefa Ryanaira podchodzić należy z rezerwą, problem wysokich cen paliwa jest niezaprzeczalny. Dotychczasowe zabezpieczenia finansowe, które chroniły budżety przewoźników przed gwałtownym wzrostem wydatków, wkrótce się wyczerpią. W ocenie Michaela O’Leary’ego to właśnie rok 2027 przyniesie apogeum presji cenowej na całą branżę.
O’Leary nie pozostawia złudzeń: żaden przewoźnik nie weźmie na siebie kosztów drożejącej ropy. W przyszłym roku pasażerowie zapłacą więcej za same bilety, a do rachunku zostaną doliczone opłaty paliwowe.

- Osobiście mam wielką nadzieję, że ceny paliwa lotniczego będą rosnąć jeszcze szybciej, bo przyspieszy to upadek innych linii lotniczych - dodał O’Leary.
oprac. WM




























































