W rzeczywistości w Polsce mieszka mniej ludzi, niż wynika z szacunków GUS. Mieszkanki Polski rodzą w związku z tym więcej dzieci, niż się dotychczas wydawało. Ponadto, emigracja z kraju będzie spadać, a wzrośnie liczba przyjazdów nad Wisłę i za ok. 10 lat Polska stanie się krajem imigracyjnym. W 2060 r. cudzoziemcy będą stanowić 14 proc. mieszkańców - wynika z analiz dr Marty Anackiej i dr Anny Janickiej.


Dotychczasowe analizy i prognozy demograficzne bazowały na błędnie oszacowanej liczbie mieszkańców Polski, nieuwzględniającej w wystarczającym stopniu emigracji z kraju - wskazują badaczki z Uniwersytetu Warszawskiego. Z ich wyliczeń wynika, że w 2015 r. kraj zamieszkiwało 37,02 mln ludzi, czyli ok. milion mniej, niż wskazuje Główny Urząd Statystyczny.
Oszacowanie faktycznej liczby mieszkańców jest bardzo trudne. Polska należy do Unii Europejskiej, w której obowiązuje zasada swobodnego przepływu osób. Polak może zatem zamieszkać w innym kraju członkowskim i często nie wymeldowuje się przy tym z adresu nad Wisłą. W efekcie umyka oku statystyków. Gdyby były to pojedyncze przypadki, nie wpływałoby to znacząco na prognozy demograficzne. Ale jest inaczej - z innych szacunków GUS wynika, że ok. 2 mln osób zameldowanych na stały pobyt w Polsce tak naprawdę mieszka za granicą przez co najmniej 12 miesięcy.
Taka konkluzja prowadzi do weryfikacji innych wskaźników wyliczanych przez GUS. Jednym z nich jest współczynnik dzietności, określający liczbę urodzonych dzieci przypadających na jedną kobietę w wieku rozrodczym, czyli 15-49 lat. Z ustaleń badaczek z UW wynika, że w rzeczywistości był on w ostatnich 30 latach wyższy, niż szacował GUS. Szczególnie duże różnice widzimy w latach 1995, 2010 i 2015. Rozjazd wyraźnie zwiększał się w latach 1985-95 oraz 2005-10. Ten drugi okres przypadł na lata po wstąpieniu Polski do Unii Europejskiej i otwarciu kilku dużych rynków pracy na Polaków.
Wyższe wskaźniki dzietności w przeszłości wpływają na zmianę prognoz na przyszłość. W 2060 r. współczynnik dzietności ma wzrosnąć do 1,75, a ze sporym prawdopodobieństwem może nawet sięgnąć 2,1, czyli kluczowego poziomu - pozwalającego na prostą zastępowalność pokoleń.

Obok wyższej dzietności, negatywne trendy demograficzne ma zahamować również emigracja. Już przed 2030 r. Polska ma stać się krajem imigracyjnym - więcej ludności będzie napływać do kraju, niż odpływać za granicę. "Stanie się to przede wszystkim za sprawą wzmożonego napływu cudzoziemców i stopniowego wygaszania emigracji z Polski" - piszą dr Anacka i dr Janicka.
Najwięcej cudzoziemców ma przybyć nad Wisłę na przełomie lat 30. i 40. Saldo migracji zagranicznych ma wynieść wówczas średnio 100 tys. rocznie. W 2060 r. cudzoziemcy będą stanowić już 14 proc. populacji Polski. "Wpłynie to istotnie zarówno na liczebność, jak i strukturę wiekową populacji, ale należy się spodziewać również konsekwencji społecznych, wynikających ze zmiany populacji homogenicznej etnicznie w populację zróżnicowaną" - wskazują badaczki z UW.
Wyższa dzietność oraz napływ osób z zagranicy sprawią, że Polska nie będzie się wyludniać tak szybko, jak szacują GUS czy ONZ. Do 2060 r. liczba ludności spadnie o ok. 4 mln (10,8 proc.), do 33 mln osób. W korzystnym scenariuszu spadek może wynieść zaledwie 1,5 mln osób.
Bardziej korzystna ma być także struktura ludności - udział osób starszych będzie znacząco rósł, ale nie tak szybko jak wynika z innych analiz. Ma to niebagatelne znaczenie dla rynku pracy oraz systemu ubezpieczeń społecznych i stabilności finansowej państwa.
Cały artykuł pt. "Prognoza ludności dla Polski na podstawie ekonometrycznej prognozy strumieni migracyjnych" autorstwa Marty Anackiej i Anny Janickiej można znaleźć na stronie GUS.
Maciej Kalwasiński





























































