Nawet 20 tys. wakatów nauczycielskich i około 300 tys. godzin lekcyjnych do obsadzenia – tak, według szacunków Związku Nauczycielstwa Polskiego, wygląda dziś sytuacja kadrowa w polskich szkołach. Dyrektorzy coraz częściej ratują się nadgodzinami, zatrudnianiem emerytowanych pedagogów lub osób bez pełnych kwalifikacji.


Początek roku szkolnego od lat oznacza dla dyrektorów szkół intensywne poszukiwania pracowników. Deficyt nauczycieli dotyczy zarówno dużych miast, jak i mniejszych miejscowości.
Zdaniem Sławomira Broniarza, prezesa Związku Nauczycielstwa Polskiego, skala problemu pozostaje bardzo duża.
– Według naszych informacji braki nauczycieli szacujemy obecnie na 20 tys. wakatów, z czego 11 tys. to stanowiska w pełnym wymiarze czasu pracy, a 9 tys. to jest część etatu. Według naszych wyliczeń, brakuje pedagogów do obsadzenia około 300 tys. godzin lekcyjnych. To bardzo dużo. Zwłaszcza, że w niektórych przypadkach trudno o zastępstwo, zwłaszcza w szkołach zawodowych, gdzie są bardzo specyficzne przedmioty – mówi Bankier.pl Sławomir Broniarz. – Brakuje kadry we wszystkich specjalnościach począwszy od nauczycieli języka polskiego, geografii, historii, aż po religię. Oczywiście największy problem jest z tymi, którzy na rynku pracy mogą znaleźć alternatywne stanowiska, np. psycholog czy anglista. Są szkoły, gdzie od dwóch lat nie ma polonisty albo nauczyciela geografii. Mimo to zajęcia te się odbywają, bo podstawa programowa musi być realizowana. Pytanie tylko, jakie są tego efekty dla ucznia, który powinien otrzymać najlepszą możliwą edukację.
Coraz więcej osób bez kwalifikacji
Według prezesa ZNP jednym z najbardziej niepokojących zjawisk jest rosnąca liczba zgód na zatrudnianie osób, które nie posiadają wymaganych kwalifikacji pedagogicznych.

– W tej chwili na stronach Kuratorium Oświaty mamy około 49 tys. wniosków o zgodę na zatrudnienie w szkołach osób nie będących nauczycielami – twierdzi Sławomir Broniarz. – Warto jednak zwrócić uwagę, że jak brakowało lekarzy, to podniesiono im pensję. Natomiast w oświacie próbuje się łatać ową dziurę zatrudniając osoby bez kwalifikacji. To tak jakby operację robotem Da Vinci robił felczer. Poza tym, mamy około 60 tys. pracujących emerytów. To jest problem nie tylko w wymiarze statystycznym, ale także w relacji między dzieckiem a nauczycielem. Jeżeli mamy do czynienia z osobą, która ma mniej więcej 60-62 lata i pracuje w edukacji wczesnoszkolnej, to dla dziecka, które ma 6-7 lat, ta różnica powoduje daleko posunięty rodzaj dyskomfortu. Bo to jest osoba, która jest w wieku jego babci. Mimo ogromnych starań ze strony tych nauczycieli to wcale nie ułatwia relacji z uczniem. Problem ten jest też sygnalizowany przez rodziców.
Duże miasta przegrywają z rynkiem pracy
Sytuacja kadrowa różni się w zależności od regionu kraju i wielkości miejscowości. W największych aglomeracjach szkoły konkurują z prywatnym sektorem o tych samych pracowników.
– W Warszawie plusem jest to, że między szkołami czasami są trzy przystanki autobusem czy tramwajem i nauczyciel może pracować w kilku miejscach. Natomiast minus polega na tym, że w stolicy jest duży rynek pracy poza edukacją. Więc jeżeli nauczyciel znajdzie zatrudnienie poza szkołą, to bez wątpienia je wybierze. Tym bardziej, że średnie wynagrodzenie w gospodarce przekracza 9 tys. zł, a wynagrodzenie zasadnicze nauczyciela rozpoczynającego pracę po studiach jest na poziomie 5,3 tys. zł brutto – mówi Sławomir Broniarz. – Z kolei w tych mniejszych miejscowościach nauczyciel rzadko ma alternatywę, jeżeli szuka pracy poza szkołą. Tam też zwykle jest większe zaplecze senioralne. Plusem jest też to, że tam proces wychowawczy przebiega zupełnie inaczej, jest zwykle lepsza relacja między rodzicem, nauczycielem i uczniem oraz mniejsza anonimowość, a co za tym idzie mniej trudności wychowawczych.
Młodzi nie chcą uczyć w szkole?
Jednym z najważniejszych problemów systemu edukacji jest także starzenie się kadry pedagogicznej.
– Mamy bardzo mały odsetek młodych nauczycieli - jedynie około 3 - 4 proc. Oznacza to, że kończąc szkołę wyższą, bardzo młodzi uważają, że znajdzą korzystniejsze miejsce pracy, pod względem warunków, finansów i organizacji, aniżeli w szkole. Niestety często jest ona ostatnim miejscem wyboru – twierdzi prezes ZNP.
Jego zdaniem powodem takiej sytuacji nie są tylko niskie zarobki, ale również warunki pracy.
– Patrząc historycznie, jesteśmy cały czas w ciągu reformowania edukacji, czyli ustawicznym procesie zmian, które powodują, że nie mamy czegoś wypracowanego, co możemy spokojnie realizować, nie obawiając się, że za drzwiami stoi kolejna reforma. Dlatego nie posiadamy komfortu pracowniczego – uważa Sławomir Broniarz. – Do tego dochodzi coraz większe obciążenie nauczycieli kolejnymi zadaniami. Przykładem jest chociażby cały proces związany z cyfryzacją edukacji, w tym z cyfrowym dziennikiem, a także to, że nauczyciele mieliby weryfikować, czy dziecko ma telefon, czy też nie. Brakuje także ochrony tego zawodu, bo spotykamy się z coraz większą agresją ze strony rodziców.
80 proc. nauczycieli odczuwa zmęczenie zanim wyjdzie do pracy
Według przedstawiciela ZNP coraz większym problemem staje się także przeciążenie pracowników szkół.
– Jak wynika z badań Uniwersytetu Warszawskiego, ponad 80 proc. nauczycieli odczuwa zmęczenie zanim wyjdzie do pracy. Przychodzą na lekcje nawet jeśli są chorzy i źle się czują, bo dyrekcja nie znajdzie zastępstwa – mówi Sławomir Broniarz. – Z badań wynika także, iż w grupie 20 największych czynników powodujących stres w pracy, aż 13 dotyczy rozwiązań systemowych. Więc to jest istotny problem. I choć ponad 70 proc. nauczycieli widzi pozytywne wyzwania, które ich trzymają w tym zawodzie, to jednocześnie tylko 28 proc. zadeklarowało, że chętnie w nim zostanie. Pozostali, jeżeli tylko znajdą alternatywne miejsce pracy, z chęcią odejdą ze szkoły.
Problemy kadrowe przekładają się również na funkcjonowanie szkół i pracę dyrektorów.
– Dyrektorzy muszą radzić sobie z brakami kadrowymi, bo to jest ich odpowiedzialność. To także duży powód do stresu. Dlatego dzisiaj nie ma chętnych na stanowisko dyrektora – twierdzi prezes ZNP. – Braki kadrowe w szkołach co roku i tak jest od wielu lat. Nawet jeśli według resortu edukacji sytuacja się poprawia, to wynika to jedynie z coraz mniejszej liczby dzieci i szkół. Natomiast w wymiarze statystycznym jest wartością stałą.
Rynek pracy wygrywa z edukacją
Zdaniem Cezarego Przybyła, doradcy z Zespołu Analiz Procesów Społecznych Polskiego Instytutu Ekonomicznego, problem należy rozpatrywać przede wszystkim w kontekście rynku pracy.
– Pewna przewaga sektora prywatnego nad pracą w szkole jest dziś widoczna głównie w płacach, tempie rozwoju kariery i warunkach pracy, a nie w społecznej randze zawodu nauczyciela – mówi Bankier.pl Cezary Przybył. – Problemem jest starzenie się kadry. Dane GUS wskazują, że połowa nauczycieli w szkołach ponadpodstawowych ma 49 lat i więcej, w szkołach podstawowych 47 lat i więcej. Zawód słabo przyciąga więc nowe pokolenia wchodzące na rynek pracy.
Zdaniem eksperta prestiż nauczyciela pozostaje relatywnie wysoki, choć niższy niż w przypadku strażaka, ratownika medycznego i lekarza. Nauczyciel znajduje się jednak w rankingu najbardziej poważanych zawodów wyżej niż m.in. sędzia, księgowa, policjant czy przedsiębiorca.
– To ważny sygnał, że zawód ma społeczne uznanie, ale dziś nie przekłada się ono wystarczająco na atrakcyjność zatrudnienia. Zawód nauczyciel nie przegrywa więc konkurencji z sektorem prywatnym dlatego, że praca jest niepotrzebna albo nieciekawa, lecz dlatego, że warunki wejścia i pozostania w zawodzie są zbyt słabe wobec alternatyw rynkowych – uważa Cezary Przybył.
Potrzebny szybszy wzrost płac i mniej sztywne ścieżki kariery
Ekspert zwraca uwagę, że o atrakcyjności zawodu decydują nie tylko płace.
– Wśród krajów OECD Polska zajmuje słabą pozycję pod względem siły nabywczej wynagrodzeń początkujących nauczycieli. W efekcie prywatny sektor, zwłaszcza tam, gdzie oferuje szybszy wzrost płac i mniej sztywne ścieżki kariery, ma przewagę rekrutacyjną – mówi przedstawiciel PIE. – Badania międzynarodowe pokazują, że satysfakcja nauczycieli z pracy silnie wiąże się z trzema elementami: wsparciem kierownictwa, dyscypliną uczniów i obciążeniem pracą. W polskich analizach wśród realnych barier w codziennej pracy nauczyciela zwraca się dodatkowo uwagę na: nadmiar dokumentacji, stres, trudności w relacjach z rodzicami, zbyt liczne klasy i brak wystarczającego wsparcia specjalistycznego.
Same podwyżki nie wystarczą
Według Cezarego Przybyła odwrócenie obecnego trendu jest możliwe, ale potrzebne są kompleksowe działania.
– Jest szansa na większe zainteresowanie zawodem nauczyciela, ale wymaga to jednoczesnych działań na kilku poziomach. W zawodzie mogą ich zatrzymać m.in. Inwestycje w przywództwo szkolne, mentoring, poprawę zachowania uczniów i redukcję obciążeń administracyjnych. Potrzebny jest też stabilny, przewidywalny system wynagradzania, krótsza i bardziej motywująca ścieżka awansu oraz wsparcie dla początkujących nauczycieli. Same podwyżki nie wystarczą, jeśli nie poprawi się codzienne doświadczenie pracy w szkole – podsumowuje ekspert.
Choć przyczyny niedoborów nauczycieli są złożone, zarówno przedstawiciele środowiska oświatowego, jak i ekonomiści są zgodni, że problem wykracza dziś poza sam system edukacji. Deficyt kadry pedagogicznej wpływa na jakość kapitału ludzkiego, sytuację na rynku pracy oraz długoterminowy potencjał rozwojowy polskiej gospodarki.






























































