Ceny ropy rosną – to wiemy od ponad dwóch lat. W ostatnich tygodniach wystąpiła kolejna fala wzrostu cen surowca, o której pisałem zresztą parę dni temu w kontekście cen paliw. Tym razem poświęcę kilka słów kontekstowi makroekonomicznemu. Niepokojący jest fakt, że ceny ropy rosną w warunkach spadku cen innych surowców. To jasno pokazuje, że obecny wzrost cen ropy wynika niemal wyłącznie z tzw. szoku podażowego, a to powinno być negatywne dla prognoz wzrostu gospodarczego dla świata.
W ciągu roku do września indeks surowców energetycznych wzrósł o 38.3 proc., a indeks cen surowców nieenergetycznych … spadł o 3,7 proc. Ropa zdrożała w ciągu roku o ponad 40 proc., węgiel o 10-20 proc. (w zależności od miejsca wydobycia). A jednocześnie miedź staniała o 8 proc., ruda żelaza o 4,3 proc., a aluminium o 3,3 proc.


Ceny surowców mogą w różny sposób sygnalizować sytuację w światowej gospodarce. Jeżeli wszystkie surowce drożeją, to jest to najczęściej sygnał, że rośnie popyt. Wtedy mimo wyższych cen można zachować optymizm, ponieważ hossa jest przejawem dobrej kondycji światowej gospodarki. Jeżeli wszystkie surowce tanieją, wówczas jest to negatywny sygnał odnośnie kondycji globalnego popytu. Ale wtedy też występują swoiste stabilizatory światowej koniunktury – gdy popyt słabnie, materiały tanieją, co podnosi siłę nabywczą konsumentów w krajach importujących surowce i pomaga koniunkturze.
Obecna konfiguracja zmian cenowych jest najgorsza z możliwych. Surowce wrażliwe na popyt tanieją, co pokazuje, że jest problem z popytem na świecie. Z drugiej strony, drożeją surowce energetyczne, co będzie osłabiało siłę nabywczą konsumentów w krajach-importerach, w tym w Polsce. Opisywane trendy nie przybrały jeszcze rozmiarów wskazujących na możliwość recesji na świecie (ja zresztą zachowuję optymizm odnośnie koniunktury), ale warto te zmiany obserwować.
Chcesz codziennie takie informacje na swoją skrzynkę? Zapisz się na newsletter SpotData.





























































