W negocjacjach budżetu UE na lata 2028-34 Polska nie zgodzi się na przekierowanie części dochodów z ETS do nowego budżetu - podkreślił w wywiadzie dla PAP wiceminister finansów Jurand Drop. Zapewnił, że priorytetem Polski jest zakończenie rokowań ws. nowego wieloletniego budżetu w 2026 roku.


Negocjacje w sprawie budżetu UE na lata 2028-34 wchodzą w decydującą fazę. W środę 9 września do Polski przylatuje przewodniczący Rady Europejskiej Antonio Costa, który przygotowuje budżetowy szczyt Unii zaplanowany na październik. Szef Rady będzie sondował Donalda Tuska w sprawie pozycji negocjacyjnej Warszawy. O tym, czego oczekuje i na co nie zgodzi się w tych negocjacjach Polska PAP zapytała wiceministra finansów Juranda Dropa.
PAP: Czego Polska oczekuje od przewodniczącego Costy?
Jurand Drop, wiceminister finansów: Wizyta szefa Rady Europejskiej to kolejny etap negocjacji Wieloletnich Ram Finansowych (WRF). Oczekujemy, że podstawą dalszych prac będzie pakiet negocjacyjny wypracowany przez prezydencję cypryjską.
PAP: Cypryjski pakiet zakłada cięcia WRF, ale zwiększa o kilka miliardów euro wydatki na politykę spójności. Rozumiem, że to jest do zaakceptowania dla Polski?

J.D.: Stanowi to dobry punkt wyjścia do dalszych rozmów. Z negocjacjami budżetu UE jest zwykle tak, że wciąż pojawiają się jakieś pomysły, które potem znikają, by znów się objawić w nieco innym kształcie. To nie jest nasze pierwsze rodeo w naszych negocjacjach.
PAP: Na rodeo najsłabsi spadają zwykle z byka...
J.D.: W tym europejskim rodeo wszyscy utrzymują się w siodłach. Wracając do wizyty Antonio Costy i negocjacji budżetowych, jako Ministerstwo Finansów odpowiadamy za część dochodową WRF. Mamy więc decydujący wpływ na to jak będzie wyglądało w tym aspekcie stanowisko Polski. Najistotniejszą rzeczą jest dla nas to, aby finansowanie unijnych wydatków było sprawiedliwe.
PAP: Czyli?
J.D.: Środki z budżetu UE są wydawane w całej Europie na różne cele – wspieranie różnych krajów, funkcjonowanie UE, politykę spójności, konkurencyjność, itd. Nasza składka budżetowa przekłada się więc na konkretne korzyści dla Polski. Tak samo jest w przypadku innych państw członkowskich. Musimy więc doprowadzić do sytuacji, aby ci, którzy najbardziej korzystają z istnienia UE stosownie do tego składali się na jej budżet. I to zarówno na poziomie państw członkowskich, jak i całej Europy.
Mam na myśli podatek od wielkich przedsiębiorstw, czyli jeden z nowych zasobów własnych budżetu UE zaproponowanych przez Komisję Europejską. Te firmy bardzo korzystają z wielkiego unijnego rynku, więc powinny istotnie dokładać się do budżetu Unii.
PAP: Rozumiem, że taki podatek jest do zaakceptowania dla Polski?
J.D.: Zgadza się. Obejmowałby wszystkie duże firmy działające w UE, niezależnie od ich siedziby. Koncerny o najwyższych przychodach płaciłyby więcej. Propozycja KE zakłada, że np. firmy z rocznym obrotem w wysokości 100 mln euro płaciłyby 100 tys. euro rocznie, a te wpadające w najwyższy próg z 750 mln obrotów i więcej – 750 tys. euro.
PAP: Ile polskich firm zostałoby objętych tym podatkiem?
J.D.: Według szacunków KE w grupie podmiotów o największych przychodach znalazłoby się około 200 firm z Polski, a w grupie z najmniejszym obrotem – ponad 1,3 tys. Te dane są jednak niepełne. Komisja Europejska nie uwzględniła bowiem w swym wyliczeniu firm z sektora finansowego, a działa w nim sporo bogatych przedsiębiorstw.
Nie skupiajmy się jednak na Polsce. Najważniejsze jest to, ile byłoby takich firm w skali całej Europy. To, że prawdopodobnie niewiele będzie wśród nich firm z Polski nie powinno determinować naszego myślenia. Polska postuluje skoncentrowanie się na największych transnarodowych korporacjach z obrotem powyżej 750 mln euro, w tym spoza UE.
PAP: Np. na big techach?
J.D.: Z big techami jest problem, bo w ich przypadku niełatwo ustalić, gdzie jest „baza podatkowa”: co można opodatkować, jak sprawić, by opodatkowanie było właśnie w Europie etc. Ale istotne jest, że takie koncerny wchodzą na unijny rynek, korzystają z faktu, że nie ma na nim barier i osiągają dzięki temu ogromne zyski. Zasadnicze pytanie brzmi, czy w odpowiedni sposób przyczyniają się do utrzymania systemu, z którego korzystają?
PAP: Jak brzmi odpowiedź?
J.D.: Robią to poprzez podatki płacone przez państwa członkowskie. Dostrzegam jednak, że ze względu na możliwość rozliczania podatków w różnych miejscach i rejestrowania działalności w różnych krajach firmy te płacą zbyt mało w stosunku do korzyści, jakie osiągają.
PAP: Jak Polska zapatruje się na propozycję KE, by nowy budżet UE finansować również z dochodów z ETS, czyli unijnego systemu handlu emisjami?
J.D.: To nam się stanowczo nie podoba. Z prostego powodu: obecnie całe dochody z ETS idą do budżetów państw członkowskich i są wydatkowane na cele środowiskowe. Przesunięcie tych dochodów na poziom europejski spowoduje, że zabraknie pieniędzy na inwestycje w ochronę środowiska. Uważamy, że takie działanie będzie przeciwskuteczne z punktu widzenia interesu europejskiego.
PAP: KE chce, aby nowe WRF były finansowane także z unijnego granicznego podatku węglowego CBAM (mechanizm dostosowywania cen na granicach z uwzględnieniem emisji dwutlenku węgla – PAP) - jak rząd zapatruje się na ten pomysł?
J.D.: To nam się już bardziej podoba, bo wyrównuje warunki konkurencji między firmami europejskimi, a tymi spoza UE. Poza tym ten mechanizm ma ograniczyć niekorzystne dla nas zjawisko tzw. ucieczki emisji. CBAM nakłada obowiązek zakupu certyfikatów pokrywających emisje dwutlenku węgla na importerów stali, aluminium, nawozów, cementu czy energii elektrycznej.
PAP: Jak zapatruje się rząd na kolejny z nowych zasobów własnych budżetu UE? Myślę o dochodach z akcyzy od produktów tytoniowych?
J.D.: Akcyza od tradycyjnych i nowoczesnych wyrobów nikotynowych jest istotnym dochodem do polskiego budżetu. Nie uznajemy więc tego za nowy zasób własny. Co więcej nie chcemy, aby te środki zostały przekierowane do budżetu unijnego.
Ostatnim z nowych źródeł dochodów do budżetu UE mają być opłaty od tzw. elektrośmieci, czyli od niezebranego sprzętu elektrycznego i elektronicznego. Przyświeca temu szczytny cel – przyspieszenie zbiórki tego sprzętu. Uważamy jednak, że trudno będzie policzyć, ile takiego sprzętu jest w skali całej UE i poszczególnych państw członkowskich. Słowem, wyegzekwowanie tych opłat nie będzie łatwe.
Można natomiast pomyśleć o innych źródłach dochodów budżetu unijnego. Mogłyby być nimi np. podatek od transakcji kryptowalutowych i podatek cyfrowy, co zaproponował już Parlament Europejski. Ten drugi byłby trudniejszy do wprowadzenia, choćby z powodu wcześniej wspomnianych kłopotów z uchwyceniem bazy podatkowej. Popieramy to rozwiązanie, ale tylko wtedy, kiedy będzie przyjęte na poziomie UE. Jeśli chodzi o podatek od transakcji kryptowalutowych, mamy już w UE rozporządzenie MiCA (Markets in Crypto-Assets), które reguluje rynek kryptowalut i kryptoaktywów – w związku tym łatwiej byłoby go wprowadzić. Polsce ten pomysł się podoba, duże firmy obracające kryptoaktywami nie znają granic, a czerpią korzyści z jednolitego prawa europejskiego.
PAP: Co stanie się, jeśli państwom członkowskim nie uda się porozumieć w sprawie nowych źródeł dochodów do budżetu na lata 2028-34? UE zetnie wydatki czy podniesione zostaną składki do budżetu?
J.D.: Mówiłem już, że to nie będzie nasze pierwsze rodeo. Negocjacje będą pełne napięć. Czeka nas kilka szczytów budżetowych, ale koniec końców dojdziemy do porozumienia, a kompromisowy budżet zaakceptuje też Parlament Europejski. Z mojego doświadczenia zdobytego w czasie pracy w Komisji Europejskiej czy Stałym Przedstawicielstwie RP przy UE wynika, że sygnałem kompromisu jest to, że żadne z państw członkowskich nie jest w pełni usatysfakcjonowane, ale każde ma poczucie osiągnięcia jakichś swoich celów.
Przyszły budżet UE powinien być racjonalny i sprawiedliwy. Negocjując go trzymajmy się zasady, że jeśli ktoś korzysta z tego, że istnieje Unia, to powinien na nią łożyć pieniądze. W Europie nie można jechać na gapę. Propozycja budżetu przedstawiona przez KE w lipcu 2025 roku stanowi dobry punkt wyjścia negocjacyjnego. Niestety pod koniec sierpnia liderzy Niemiec, Danii, Austrii, Finlandii, Holandii i Szwecji zażądali znacznego ograniczenia wielkości budżetu i ich propozycje nie są dobre dla nas.
Polska uważa, że budżet UE powinien być stosowny do wyzwań jakie stoją przed Europą. Jesteśmy za efektywnymi, sprawiedliwymi i rozsądnymi zmianami w części dochodowej WRF. Polska jest największym beneficjentem budżetu UE, ale im jesteśmy bogatsi tym per saldo będziemy mniej dostawać. A właśnie teraz stajemy się coraz bogatsi.
PAP: Jakie są czerwone linie Polski w tych negocjacjach?
J.D.: Na pewno nie godzimy się na przykład na przekierowanie części dochodów z ETS do budżetu UE. Ale w negocjacjach nie powinniśmy wychodzić od wyznaczania czerwonych linii, bo to nie ułatwia dojścia do kompromisu. Wskazanie obszarów, w których nie widzi się możliwości negocjacji prowadzi do paraliżu rozmów na ich temat. Bardzo trudno potem szukać rozwiązań. Polsce najbardziej zależy na tym, by negocjacje zostały zakończone szybko, optymalnie w 2026 roku. Chodzi m.in. o to, by uniknąć klifu między obecną perspektywą budżetową, która kończy się w 2027 roku, a kolejną.
PAP: Na wdrożenie nowego budżetu potrzeba rok?
J.D.: Opóźnienie w tej kwestii byłoby niewskazane. Im wcześniej zakończymy negocjacje, tym lepiej dla implementacji nowej perspektywy finansowej. Wracając do pytania – nie mówmy o „red lines” (czerwonych liniach negocjacyjnych - PAP) tylko o „deadlines” (terminach końca negocjacji – PAP). Dla Polski kluczowy jest „deadline” całego pakietu – i to powiemy przewodniczącemu Rady Europejskiej.
PAP: Uda się osiągnąć ogólne porozumienie, co do wielkości budżetu do końca grudnia 2026?
J.D.: Sytuacja polityczna powinna temu sprzyjać. W szczególności dopingować powinien nas fakt, że w 2027 roku odbędą się wybory w czterech ważnych krajach UE – Francji, Hiszpanii, Włoszech i Polsce. Lepiej szybko skończyć negocjacje przed nimi, by później budżet nie stał się ofiarą politycznego klinczu.
PAP: Ile wyniesie polska składka do budżetu UE?
J.D.: Jeśli za podstawę weźmiemy propozycję KE z lipca 2025 roku – średnio 16-17 mld euro rocznie. To się może jednak zmienić, bo jeżeli wartość wydatków budżetu pójdzie w dół, mniejsza będzie też polska składka – choć to akurat nie będzie nas cieszyć, bo wtedy raczej nasze korzyści „netto” będą mniejsze. Dodatkowo o wysokości składki zadecyduje też ostateczny wybór nowych zasobów własnych oraz ustalenia dotyczące mechanizmów korekcyjnych dla płatników netto.
Rozmawiał Jacek Pawlicki (PAP)
jap/ mro/




























































