Na Wall Street zapanowało kompletne szaleństwo. Indeksy mocno „rozciągnięte” po forsownych wzrostach w środę poszły mocno w górę, w wielkim stylu ustanawiając nowe rekordy wszech czasów.


Dow Jones potrzebował zaledwie 24 sesji, aby zyskać kolejne tysiąc punktów po tym, jak 25 stycznia po raz pierwszy w dziejach był notowany powyżej 20 000 pkt. W środę DJIA zyskał 303 pkt, osiągając niebotyczny poziom 21 115,55 pkt. Poprzednim razem Dow Jones tak szybko zyskał kolejny tysiąc punktów wiosną 1999 roku, na kilka miesięcy przed pęknięciem bańki internetowej.
S&P 500 po zwyżce o 1,37% w trakcie sesji pierwszy raz w historii pokonał barierę 2400 punktów. Zwyżkujący o 1,35% Nasdaq nie był gorszy i także ustanowił rekord wszech czasów.
Co tak rozochociło inwestorów, że panicznie kupowali mocno przewartościowane akcje na ekstremalnie wykupionym rynku? Trudno to jednoznacznie określić, ale zapewne skumulowało się kilka czynników na raz. Co zabawne, każdy z nich z osobna mógł być równie dobrze interpretowany jako sygnał do sprzedaży akcji.
Po pierwsze, mówiono, że rynek dobrze przyjął wczorajsze wystąpienie Donalda Trumpa. Co prawda konkretów było jak na lekarstwo, ale komentatorzy zwracali uwagę, że Trump wypadł bardzo „prezydencko”, unikając ostrych lub kontrowersyjnych sformułowań. I znów obiecał biznesowi „potężną” obniżkę podatków i bilion dolarów wydatków infrastrukturalnych. Czyli kompletnie nic nowego, czego nie mówiłby podczas kampanii wyborczej.

Po drugie, inwestorów z Wall Street paradoksalnie ucieszyły spekulacje na temat marcowej podwyżki stóp procentowych. Rynek wycenia szanse podwyżki już na ok 80%, choć jeszcze tydzień temu było to niespełna 30%. Wzrost kosztu kredytu to zazwyczaj zła wiadomość dla posiadaczy akcji – droższy kredyt zazwyczaj oznacza niższe zyski spółek, słabszy popyt konsumencki i w obecnych czasach także mniej lewarowanych buybacków i przejęć. Czyli generalnie niższe wyceny akcji. Ale tym razem pojawiła się narracja, że to przecież dobrze, że Fed chce podnieść stopy, bo to ponoć sygnał, że gospodarka jest w dobrym stanie. Przyznam, że dawno nie słyszałem większej bzdury w komentarzach rynkowych.
Po trzecie, pojawiły się niezłe dane z amerykańskiej gospodarki. Indeks ISM obrazujący koniunkturę w przemyśle osiągnął rzadko spotykany poziom 57,7 pkt. (wobec 56 pkt. w styczniu i oczekiwanych przez rynek 56 pkt.), co było najwyższym odczytem od listopada 2014 roku. Tyle że sygnałem kupna akcji są raczej bardzo niskie wskazania ISM, choć odczyty rekordowo wysokie niekoniecznie przemawiają za sprzedażą akcji.
Solidnie zaprezentowały się też statystyki dochodów i wydatków Amerykanów, którym jednak towarzyszyła najwyższa od 5 lat tzw. inflacja PCE (Personal Consumption Expenditure, czyli wskaźnik mierzący wzrost cen w wydatkach gospodarstw domowych). Ten ulubiony wskaźnik inflacyjny Rezerwy Federalnej sięgnął 1,9%, przy oficjalnym celu inflacyjnym ustalonym na poziomie 2%.
Krzysztof Kolany





























































