Ta sesja nie powinna była tak wyglądać. Inwestorzy dostali wszytko to, czego obawiali się przez poprzednie tygodnie. A rynek zamiast dalej spadać, to zanotował solidne odreagowanie. Czyżby wszystko, co złe, było już w cenach?


Po pięciu z rzędu lekko spadkowych sesjach (których łączny bilans to -1,8%) w piątek S&P500 poszedł w górę o 0,86% i na koniec tygodnia osiągnął wartość 7 656,98 pkt. Nasdaq Composite zwyżkował o 0,96% i finiszował z wynikiem 26 333,04 pkt. Dow Jones po wzroście o 0,98% znalazł się na wysokości 52 573,29 pkt.
Złośliwi mogliby powiedzieć, że to przecież nic dziwnego, bo w ostatnich latach data 11 września jest niemal zawsze sesją wzrostową. I choć wtorek 11 września 2001 roku zapisał się jako czarna data w historii świata i Nowego Jorku, to w kolejnych latach tylko cztery razy zdarzyło się, aby tego dnia S&P 500 tracił. Po raz ostatni było to w roku 2015, a poprzednio jeszcze w 2009, 2007 oraz 2002.
Zostawmy jednak na boku tą statystykę o wątpliwej przydatności. Idzie o to, że w ten piątek inwestorzy z Wall Street dostali do ręki wszystkie niezbędne argumenty, aby w popłochu sprzedawać akcje. Pierwszym był sierpniowy odczyt inflacji CPI, który zgodnie z oczekiwaniami ekonomistów ustabilizował się na poziomie 3,4%. Czyli sporo powyżej 2-procentowego celu Rezerwy Federalnej. Negatywnej wymowy tego raportu nie łagodzi fakt, że inflacja bazowa na poziomie 2,4% okazała się minimalnie niższa od rynkowego konsensusu i była najniższa od marca 2021 roku.

To wystarczyło, aby rynek terminowy praktycznie "przyklepał" podwyżkę stopy funduszy federalnych na przyszłotygodniowym posiedzeniu FOMC. Szanse 25-punktowej podwyżki wyceniane są na 86,5% - wynika z danych FedWatch Tool. Po 2008 roku Fed ani razu nie podjął decyzji sprzecznej z oczekiwaniami rynku. A przecież wyższa stopa dyskontowa to zła wiadomość tak dla wyceny akcji, jak i obligacji.
Rynek długu nie miał tu żadnych wątpliwości i kontynuował nieco paniczną wyprzedaż obligacji rządu USA. Rentowność 2-letnich Treasuries podniosła się o blisko 8 pb., dochodząc do 4,66% - czyli najwyżej od ponad dwóch lat. W tej wycenie zawarte są stopy procentowe w Fedzie aż o 100 pb. wyższe od obecnych! Rynek zatem wycenia cały cykl zaostrzenia polityki monetarnej w Stanach Zjednoczonych.
Ale prawdziwą grozą wiało na rynku 10-letnich Treasuries, których rentowność w trakcie dnia przekroczyła 5%, by później obniżyć się do 4,98%. 5% to nie tylko psychologiczna granica, ale też techniczny opór z jesieni 2023 roku. Jeśli zostanie przekroczony, to administracja prezydenta Trumpa znajdzie się pod ścianą: albo ograniczy nadmierne wydatki, albo będzie musiała większość wpływów podatkowych przeznaczać na obsługę długu publicznego.
Oliwy do ognia dolały doniesienia z Półwyspu Arabskiego, gdzie bojówki Huti zdobyły kontrolą prawdopodobnie nad całym wybrzeżem Jemenu leżącym nad Morzem Czerwonym. Huti mogą dzięki temu sparaliżować ruch tankowców przez cieśninę Bab al-Mandab i tym samym ograniczyć dostawy ropy z Arabii Saudyjskiej do krajów azjatyckich. Co więcej, Huti mieli też zaatakować saudyjski ropociąg Wschód-Zachód, co doprowadziło do zamknięcia tej magistrali. Mimo to ropa Brent w trakcie dnia potaniała ze 110 USD do niespełna 105 USD za baryłkę.
Mamy zatem dość paradoskalną sytuację na Wall Street. Kryzys naftowy robi się coraz poważniejszy, rząd USA nie radzi sobie z Iranem, inflacja cenowa rośnie, a wraz z nią rosną stopy procentowe - czyli koszty kredytu dla gospodarki. A równocześnie nowojorskie giełdy znajdują się blisko historycznych szczytów. Jedynym logicznym wytłumaczeniem tego fenomenu są rosnące oczekiwania inflacyjne inwestorów. Skoro inflacja ma być wyższa, to giełdowe korporacje powinny dać radę przerzucić ją na konsumentów tak, aby ich zyski przy tym nominalnie nawet wzrosły. Zresztą gros EPS-u z indeksu S&P500 wypracowują też firmy biorące udział w boomie na AI, którego droższa ropa raczej nie jest w stanie zatrzymać.
































































