W czerwonych strefach powinien być minilockdown, czyli powrót do zasady: zostań w domu, jeśli nie musisz wychodzić; zamiast tego pozwala się na imprezy do 50 osób - powiedział PAP pediatra, immunolog dr Paweł Grzesiowski. Jego zdaniem na obecne rekordy zakażeń pracowaliśmy od maja.


W rozmowie z PAP dr Grzesiowski zwrócił uwagę, że obecnie mamy do czynienia z rozproszonymi ogniskami zakażeń przekraczającymi w kilku województwach 200 przypadków dziennie. "Weszliśmy na ten etap, którego się obawialiśmy, czyli rozproszonej epidemii, którą będzie dużo trudniej wygasić niż w poprzednich miesiącach, kiedy to mieliśmy mniej zachorowań skupionych w dużych ogniskach, np. w zakładach pracy" - stwierdził ekspert.
"W niektórych województwach - moim zdaniem - rzeczywisty współczynnik reprodukcji wirusa R jest większy niż 2, czyli z każdej setki chorych mamy po tygodniu 200, potem 400 i tak dalej, więc dojście do granicy 5 tys. zakażeń dziennie nie jest takie odległe, o ile szybko nie zostaną wdrożone działania ograniczające" - zauważył ekspert.
"Na razie nie mamy powodów do radości. Wydaje się, że liczba przypadków będzie przez najbliższy czas oscylować wokół 2 tys. dziennie. Nic nie wskazuje na to, żeby się to miało ograniczyć, chyba że zaczną działać nowe ograniczenia, czyli te czerwone strefy będą egzekwowane w sposób dostateczny i wtedy oczywiście oczekujemy, że liczba przypadków zacznie spadać. Ograniczenia są po to, by redukować liczbę zakażonych" - mówił Grzesiowski.
Wskazał, że komunikacja między ludźmi jest głównym mechanizmem, który przenosi wirusa. "Jeśli uda nam się ograniczyć mobilność ludzi i liczbę spotkań, to jest oczywiste, że będzie mniej zachorowań. Natomiast, ponieważ okres wylęgania wynosi średnio 7 dni, to my efekty tych działań zobaczymy najwcześniej za 2 tygodnie. Niestety, trzeba się w najbliższym czasie szykować na to, że tych przypadków będzie co najmniej tyle, ile w poprzednich dniach" - podkreślił.
Dr Grzesiowski zaznaczył, że "wirus nie ma żadnych barier". "Pamiętajmy, że w Polsce zachorowało w tej chwili nie więcej niż 3-4 proc. społeczeństwa, może w miastach sięgamy 5 proc., ale nie jest to w żaden sposób zabezpieczające. Gdyby zachorowało już 20-30 proc. osób, to moglibyśmy liczyć na tę tzw. odporność częściowo chociaż zbiorową, ale my jesteśmy po prostu populacją dziewiczą dla wirusa. Żaden mechanizm poza właśnie profilaktyką, czyli prewencją zarażania się nie będzie działał, tak że nie mamy innej możliwości tylko chronić się przed kontaktem z chorym" - wskazał immunolog.
Dodał, że w związku z tym, iż "nikt w tej chwili nie jest w stanie powiedzieć, kto jest chory, a kto zdrowy, bo duża część osób choruje bezobjawowo, to po prostu pozostaje nam przede wszystkim noszenie maseczek i ograniczanie kontaktów międzyludzkich - nie chodzimy na imprezy, staramy się unikać zatłoczonych przestrzeni". "Bo - jak mówił - to jest jedyna droga, żeby uniknąć zarażenia".Dodał, że jesteśmy dużym społeczeństwem, które nie nabyło jeszcze odporności populacyjnej, więc bez ograniczenia kontaktów międzyludzkich bardzo szybko może dojść do dużej liczby zakażeń, w tym u osób po 60. roku życia, co oznacza wyższe ryzyko hospitalizacji i śmierci z powodu COVID-19.

Dr Grzesiowski wskazał, że niepokój budzi przede wszystkim liczba osób trafiających do szpitali i chorych wymagających respiratora. "W ciągu ostatnich 10 dni przybyło ponad 800 osób w szpitalach i podwoiła się liczba osób na respiratorze. To jest największe nieszczęście, bo w szpitalach rezerwy są na wyczerpaniu" - zaznaczył.
Zdaniem eksperta dane resortu zdrowia, że Polska dysponuje tysiącem respiratorów, to tylko cyfry na papierze. "One być może są gdzieś w magazynach, ale nie ma ludzi, anestezjologów, całej infrastruktury, która by pozwoliła ich używać. Każdy szpital zamiast pisać, ile ma łóżek czy respiratorów, powinien deklarować, ilu pacjentów może przyjąć" - powiedział.
"Spowalnianie tempa epidemii pozwala nam leczyć wszystkich potrzebujących, ale jeżeli nagle w ciągu paru tygodni będziemy mieli kilka tysięcy chorych dziennie, to z tego 10 proc. trafia do szpitali. Nie będzie gdzie tych ludzi po prostu leczyć" - podkreślił.
Ekspert ocenił, że na obecne rekordowe wzrosty zakażeń pracujemy od maja i nie da się ich z dnia na dzień wyhamować. "Ogłoszono koniec pandemii przed wyborami. Potem w czerwcu i lipcu nie zrobiono nic, ludzie rozjechali się na wakacje. Wirus nabierał wtedy rozpędu, a teraz mamy efekty. Pozwoliliśmy w wakacje odbudować wirusowi pozycję do ataku" - podkreślił dr Grzesiowski.
W jego ocenie obostrzenia wprowadzane w strefach żółtych i czerwonych są zbyt łagodne. "W czerwonych strefach powinien być minilockdown, czyli powrót do zasady: zostań w domu, jeśli nie musisz wychodzić, a jak wychodzisz, musisz mieć maskę i stosować się do wytycznych sanitarnych. Zamiast tego mamy imprezy, które można robić praktycznie bez ograniczeń. Wesele w czerwonej strefie, niezależnie od liczby osób, to jest zaproszenie do zakażenia" - stwierdził immunolog.
Jak mówił, potrzebna jest zdecydowana zmiana strategii dla powiatów wielkomiejskich, bo to tam przede wszystkim - w związku z kumulacją szkół, przedszkoli, zakładów pracy, komunikacji miejskiej i różnych imprez - wirus się rozprzestrzenia najszybciej.
Resort zdrowia przewiduje dodatkowe obostrzenia w strefach o zwiększonej liczbie zakażeń. Mają wejść w życie 15 października, choć ministerstwo nie wyklucza, że przy obecnym wzroście zakażeń, może stać się to wcześniej. Chodzi m.in. o maksymalną liczbę osób biorących udział w zgromadzeniach, w tym przyjęciach rodzinnych – w strefie zielonej do 100 osób, w strefie żółtej do 75 osób. W strefie czerwonej pozostanie ograniczenie zgromadzeń do 50 osób. W strefie czerwonej restauracje, puby i bary będą mogły być otwarte do godziny 22. Obowiązek zasłaniania ust i nosa na wolnym powietrzu zostanie rozszerzony i będzie obowiązywał również w strefie żółtej, a nie jak do tej pory tylko w strefie czerwonej.
Autor: Karolina Mózgowiec































































