Stambulska rzeźba giełdowego byka przedstawia zwierzę przeglądające się w lustrze, w którym widzi... niedźwiedzia. Patrząc na turecki parkiet, trudno go dostrzec. Inflacja, COVID i kryptowalutowa bessa, doprowadziły do powstania unikalnego zjawiska - Borsa İstanbul została zdominowana przez miliony indywidualnych inwestorów, a dzienne obroty liczy się tutaj w miliardach dolarów. Zapraszam na wycieczkę po tureckiej giełdzie.


Zanim w ogóle postawiłem stopę przed gmachem stambulskiej giełdy, autobus mojej wycieczki musiał pokonać kilka punktów kontrolnych z uzbrojoną w karabiny ochroną. Do Stambułu przyjechałem na zaproszenie biura prasowego prezydenta Turcji, które zorganizowała wizytę dla dziennikarzy ekonomicznych z różnych stron świata. Naszym przewodnikiem po parkiecie był dr Mahmut Aydoğmuş - Dyrektor ds. Relacji Międzynarodowych w Borsa İstanbul.
Zanim przejdę do historii, które nam opowiedział, muszę podkreślić, że ten tekst to zbiór ciekawostek, a nie inwestycyjny poradnik. Jako polscy inwestorzy indywidualni nie mamy bezpośredniego wstępu na turecki parkiet. Wymagałoby to posiadania lokalnego numeru identyfikacyjnego i konta w tureckim banku.
Trzeba pamiętać też o pułapce nominalnego zysku - turecki indeks BIST 100 regularnie melduje się w czołówce najmocniejszych indeksów giełdowych w Europie pod względem stóp zwrotu. Szkopuł w tym, że roczna inflacja w Turcji oscyluje obecnie na poziomie ok. 30-35%, a spadek wartości liry tureckiej potrafi skonsumować zyski niejednego giełdowego inwestora, gdy przeliczymy je na złote czy euro.
Pusta sala notowań
Pierwszym widokiem, który zastaliśmy po wejściu do środka i przejściu przez bramki kontrolne, była główna sala notowań. Ogromna, nowoczesna przestrzeń, otoczona świecącymi ekranami, była pusta. Na środku, przy jednym ze stanowisk komputerowych, siedział dosłownie jeden Turek.

- Kiedyś to miejsce tętniło życiem, było po brzegi wypełnione maklerami. Dziś jednak, gdy wszystko odbywa się elektronicznie i zdalnie, brokerzy nie muszą już przychodzić tu osobiście. Handlują ze swoich biur, a nawet z domów - wyjaśnił dr Mahmut Aydoğmuş.
Ten jedyny człowiek na dole to technik dbający o to, by systemy prezentacji danych na wielkich ekranach działały bez zakłóceń. Giełda przeniosła się w chmurę i na światłowody, opierając się na systemie BISTECH, rozwijanym we współpracy z NASDAQ, który obsługuje ponad 100 milionów zleceń dziennie z opóźnieniem liczonym w milisekundach.
Nad bezpieczeństwem parkietu czuwa potężna armia 1500 osób (w tym blisko 800 programistów i specjalistów IT w samej giełdzie oraz kolejnych kilkuset w izbach rozliczeniowych Takasbank i depozycie MKK). Codziennie odpierają ataki hakerskie, a ich systemy są przygotowane nawet na trzęsienie ziemi. Ponieważ Stambuł znajduje się na obszarze aktywności sejsmiczne giełda posiada dodatkowe centra danych, m.in. w Ankarze, które w razie katastrofy są w stanie przejąć pełną obsługę handlu w ciągu 3 godzin.
Armia inwestorów indywidualnych
O ile fizyczna sala świeci pustkami, o tyle na serwerach giełdy panuje spory tłok. Stambuł to fenomen na tle innych rynków wschodzących, na których w większości karty rozdają fundusze instytucjonalne. W Turcji jest inaczej, co pokazuje garść statystyk:
- 6,8 miliona aktywnych inwestorów indywidualnych - jeszcze pięć lat temu było ich zaledwie 1 do 1,5 miliona!
- Inwestorzy detaliczni odpowiadają za 60-65% dziennych obrotów. Zagranica (głównie fundusze z USA) to obecnie ok. 30-35% rynku. Co ciekawe, jeszcze pięć lat temu proporcje były dokładnie odwrotne - zagranica kontrolowała 60% obrotów, a krajowy detal 30%.
- Średni dzienny obrót wynosi 200-250 mld lir dziennie czyli od 4 do 6 mld dolarów. Nasza GPW wypada przy tym blado.
- Ponad 600 notowanych spółek, wobec ok. 400 jeszcze pięć lat temu, co obrazuje skalę boomu na IPO.
Skąd wziął się taki udział detalistów? Jak wyjaśnił nam dr Mahmut jest to splot trzech czynników: pandemii, kryzysu na rynku kryptowalut oraz specyficznej polityki monetarnej.
Po pierwsze, podczas pandemii zamknięci w domach ludzie zaczęli masowo instalować aplikacje tradingowe na telefonach. Po drugie zbiegło się to z kryptowalutową bessą, która mocno poturbowała wielu młodych inwestorów.
- Ci obeznani z technologią gracze, po zebraniu bolesnych lekcji na bardzo zmiennych kryptowalutach, postanowili przenieść swoje zaangażowanie na tradycyjny parkiet giełdowy, który postrzegali jako środowisko regulowane i relatywnie bezpieczniejsze - opisywał nasz przewodnik dr Aydoğmuş.
Po trzecie - i najważniejsze - kluczową rolę odegrała polityka gospodarcza rządu. Pomimo gigantycznej inflacji w Turcji przez długi czas utrzymywano bardzo niskie stopy procentowe. Celem było wsparcie eksportu i produkcji, ale efektem ubocznym jeszcze większy i szybszy wzrost cen. Trzymanie oszczędności w banku oznaczało gwarantowaną stratę siły nabywczej kapitału dzień po dniu. Turcy musieli gdzieś uciekać ze swoimi pieniędzmi.
Jak opisywał dr Mahmut Aydoğmuş, większość "detalistów" na Borsa İstanbul to drobni inwestorzy z niewielkim budżetem. Mimo skromnych oszczędności, zwykli obywatele zwracają się ku giełdzie, by chronić się przed inflacją. Dla ludzi, których nie stać na zakup nieruchomości, giełda staje się realną alternatywą pozwalającą ocalić siłę nabywczą oszczędności (obok złota, które cieszy się wśród Turków ogromną popularnością).
Przy debiutach (IPO) wprowadzono zasadę równego podziału akcji dla inwestorów indywidualnych. Ponieważ na zapisy rzucały się miliony osób, pojedynczy inwestor otrzymywał czasami zaledwie jedną lub dwie akcje o wartości kilku dolarów. Mimo to popyt nie słabnie - giełda stała się w Turcji sportem narodowym.
Wojna Krymska i "Dom Szczęścia"
Historia zorganizowanego rynku finansowego w Turcji sięga połowy XIX wieku i wiąże się bezpośrednio z Wojną Krymską, czyli konfliktem Imperium Osmańskiego i jego sprzymierzeńców z Rosją.
Państwo potrzebowało pieniędzy na sfinansowanie działań wojennych. Sułtan zwrócił się więc do europejskich bankierów (głównie brytyjskich i francuskich), którzy wydrukowali i sprzedali na rynkach międzynarodowych pierwsze osmańskie obligacje rządowe. Tak narodził się handel długiem państwowym, który początkowo odbywał się w nieformalny sposób w kawiarniach i herbaciarniach w stambulskiej dzielnicy Galata. Szybko jednak pojawiła się spekulacja, a gwałtowne wahania cen obligacji uderzały w prestiż państwa.
Aby okiełznać ten dziki rynek, w 1873 roku powołano pierwszą oficjalną giełdę obligacji: Dersaadet Tahvilat Borsası. Nazwa brzmi egzotycznie, ale kryje w sobie poetycki urok. Słowo Dersaadet w języku osmańskim oznacza dosłownie "Dom Szczęścia" (była to jedna z tradycyjnych nazw Stambułu). Historycznie stambulska giełda to zatem "Giełda w Domu Szczęścia".
Na czele instytucji stanął gubernator Abidin Pasza - wszechstronnie utalentowany poliglota. Napisał pierwszy turecki traktat o opcjach i derywatach, które trafnie nazwał "grami powietrznymi", jako że nie dotyczyły fizycznego towaru. Oprócz tego zajmował się m.in. tłumaczeniem perskiej poezji.
Obok fotografii Abidina Paszy w gmachu Borsa İstanbul wisi zdjęcie Muharrema Karslıego - pierwszego prezesa nowożytnej tureckiej giełdy, powołanej w 1985 roku po wolnorynkowych reformach premiera Turguta Özala, który wprowadził kraj w zasady wolnorynkowego kapitalizmu.
Zamach na notowania i jordańska odpowiedź
Zanim giełda w Stambule została zdominowana przez serwery, handel odbywał się na wielkich, fizycznych tablicach. System ten działał aż do 1994 roku. Każda tablica odpowiadała za jedną spółkę, a brokerzy ręcznie zapisywali na nich kredą oferty kupna i sprzedaży.
Kluczowym zadaniem pracowników giełdy było pilnowanie tablic, by nikt nie majstrował przy zapisach. Dr Mahmut przytoczył nam autentyczną, "kryminalną" anegdotę z tamtych lat, którą usłyszał od jednego z wieloletnich dyrektorów.
Pewnego dnia na giełdzie doszło do "zbrodni doskonałej". Jeden z uczestników handlu przeszedł obok tablicy i "przypadkowo" zawadził o nią ścierając ostatnie zapisy kursu akcji! Na parkiecie wybuchła panika. Ochrona natychmiast zatrzymała podejrzanego. Sprawa była tak bezprecedensowa, że pracownicy zapakowali podejrzanego, świadków oraz... całą tablicę (jako kluczowy dowód rzeczowy) do samochodu i pojechali na komisariat policji. Policjantów to przerosło. Próbowali zdejmować odciski palców z tablicy, usiłując dociec, na czym właściwie polega zabroniony czyn.
Choć sprawa ostatecznie rozeszła się po kościach, giełda zrozumiała, że ścieralna tablica to zbyt duże ryzyko dla tureckiego sektora finansowego. Rozwiązaniem okazał się import jordańskiej "technologii" w ramach projektu Banku Światowego z giełdy w Ammanie. Na tablicach zamontowano metalowe klipsy, na które naciągano papierowe zwoje, a transakcje zapisywano niezmywalnym atramentem. Wszelka próba fałszowania kursu zostawiała odtąd wyraźne ślady. Rozwiązanie to służyło giełdzie do pełnej cyfryzacji w 1995 roku. Wtedy na parkiet wprowadzono stanowiska jak na zdjęciu poniżej.
Piłka na giełdzie i byk, który nie poznaje się w lustrze
Na samym końcu mam dla was jeszcze garstkę ciekawostek i anegdotek, które dobrze dopełniają obraz stambulskiej giełdy.
W muzeum Borsa İstanbul można oglądać stare giełdowe biuletyny z końca XIX i początków XX wieku. Są zapisane pismem arabskim. Republika Turcji powstała w 1923 roku, ale reforma alfabetu została przeprowadzona przez Atatürka w 1928 roku. Dopiero po tym roku oficjalne dokumenty zaczęły być zapisywane po turecku w alfabecie łacińskim.
Charakterystycznym elementem tureckiej giełdy jest obecność klubów piłkarskich. Na Borsa İstanbul notowana jest cała "wielka czwórka" najsławniejszych, czyli Beşiktaş, Galatasaray, Fenerbahçe i Trabzonspor. Ich kursy akcji potrafią tąpnąć lub wystrzelić z powodu strzelonej bramki, czerwonej kartki, czy transferu zawodnika.
Według naszego przewodnika pierwsze próby uregulowania cen i walki z inflacją miały miejsce na ziemiach dzisiejszej Turcji. W czasach rzymskich w miejscowości Aizanoi cesarz Dioklecjan, próbując zatrzymać drożyznę, kazał wyryć na kamiennych tablicach sztywne ceny towarów. Jak stwierdził dr Mahmut, giełda w swojej istocie służy odkrywaniu cen. Turcy nazywają zatem tablice z Aizanoi pierwszą giełdą na świecie
Przed głównym wejściem na giełdę przez lata stała rzeźba byka, która obecnie znajduje się w nowej dzielnicy finansowej Stambułu. Turecki byk niesie ze sobą przewrotne ostrzeżenie - zwierzę patrzy w lustro, w którym odbija się niedźwiedź. Co autor miał na myśli? Ilu inwestorów, tyle interpretacji. Jestem ciekaw Waszej. Napiszcie ją w komentarzach.




























































