Przed Sądem Apelacyjnym w Białymstoku zakończył się w czwartek proces kobiety oskarżonej o przywłaszczenie w latach 2020-2022 blisko 230 tys. zł z opłat za usługi w jednej z łomżyńskich placówek medycznych. Sąd pierwszej instancji nieprawomocnie ją skazał, nakazał też naprawienie szkody finansowej.


Apelację złożył obrońca, chce przede wszystkim uniewinnienia. Oskarżona nie przyznaje się, choć podpisała pracodawcy oświadczenie, w którym zobowiązała się do naprawienia szkody. Twierdzi, że zrobiła to, bo postawiono ją w sytuacji bez wyjścia.
Wyrok sądu apelacyjnego ma być ogłoszony za tydzień.
Oskarżona była kierowniczką centrum rehabilitacyjno-medycznego w Łomży - placówki, należącej do sieci takich podmiotów w ramach spółki prowadzącej działalność medyczną. Zarzucono jej, że przywłaszczyła pieniądze z utargów; przez blisko dwa lata miała wpłacać na konto firmy tylko część tych pieniędzy. Sąd pierwszej instancji przyjął, iż było to łącznie blisko 230 tys. zł.
Nieprawidłowości ujawniono podczas analizy dokumentacji finansowej prowadzonej przez zewnętrzną firmę obsługującą księgowość. Po rozmowach wyjaśniających kobieta podpisała oświadczenie, w dwóch transzach przelała też 67 tys. zł.
Sąd pierwszej instancji nieprawomocnie skazał ją na rok i miesiąc więzienia, nakazał też zapłatę spółce (ma ona w sprawie status oskarżyciela posiłkowego) nieuregulowanej kwoty.

Wyrok zaskarżyła obrona, chce uniewinnienia ewentualnie uchylenia orzeczenia pierwszej instancji, albo kary łagodniejszej, z warunkowym zawieszeniem.
Obrona stoi na stanowisku, że nie ma dowodów na przywłaszczenie pieniędzy przez oskarżoną.
- Nie można skazać człowieka, tylko dlatego, że w określonych okolicznościach, pod wpływem strachu, presji i groźby podpisał dokument, którego treść następnie wykorzystano przeciwko niemu - mówiła przed sądem mec. Karolina Góralczyk-Czeczot.
W jej ocenie oświadczenie złożone pracodawcy zostało potraktowane jako przyznanie się do odpowiedzialności; przekonywała, że oskarżona podpisała ten dokument pod wpływem błędu i groźby, a nie była to jej decyzja dobrowolna i swobodna.
- Człowiek, który się boi, nie zawsze postępuje racjonalnie. Człowiek, który jest poddawany presji, może podpisać dokument nie dlatego, że jest winny, lecz tylko dlatego, że chce się uwolnić od sytuacji, w której się znalazł - powiedziała Góralczyk-Czeczot.
Zwracała też uwagę, że to nie tylko oskarżona miała dostęp do gotówki w placówce; w jej ocenie nie było postępowania dowodowego, które wykluczyłoby od zarzutów przywłaszczenia także inne osoby. Mówiła też m.in. o nieprawidłowościach w systemie księgowo-rozliczeniowym spółki.
Prokuratura i pełnomocnik oskarżyciela posiłkowego chcą utrzymania wyroku. Sama oskarżona zapewniała w ostatnim słowie, że jest niewinna.
- Kazano mi podpisać (oświadczenie), postawiono pod ścianą, czułam się, jakbym miała pistolet przystawiony do czoła. Powiedziano, że i tak będzie na mnie, bo wezwą policję. A tak nie stracę pracy, nic się nie stanie, pani prezes pomoże to wyjaśnić, takie były słowa. Ja nie wierzyłam, że to się nie wyjaśni - mówiła. (PAP)
rof/ agz/






























































