W trwającym od kilku miesięcy korespondencyjnym „pojedynku inflacyjnym” Węgry i Polska co chwila wymieniają się pozycjami. Deflacji nie widać natomiast w innych dużych jak na standardy naszego regionu krajach – w Czechach i Rumunii.


W lutym ceny dóbr i usług konsumpcyjnych na Węgrzech spadały w o 1% w ujęciu rocznym – podał tamtejszy urząd statystyczny KSH. Oznacza to, że deflacja nad Balatonem zeszła z historycznego minimum odnotowanego w ubiegłym miesiącu (-1,4%). Żywność potaniała o 0,4%, elektryczność i paliwa o 5,3% i 6,2%, natomiast wyraźnie podrożały usługi (2,1%) oraz alkohol i papierosy (1,9%).
W objęciach deflacji cenowej Węgry znalazły się wcześniej niż Polska. Pierwszy od 46 lat miesiąc spadku cen przypadł na kwiecień. Spowodowane było to głównie taniejącą ze względu na udane zbiory żywnością oraz obniżonymi przez rząd cenami energii dla gospodarstw domowych.
Z kolei w naszym kraju deflacja pojawiła się w lipcu i - w przeciwieństwie do Węgier - ani razu nie odpuściła. Deflacji nie widać natomiast wciąż w Czechach i Rumunii. U naszych obecnych południowych sąsiadów ceny w lutym wzrosły o 0,1%, u dawnych zaś o 0,4%.


Wiele wskazuje na to, że Polska może objąć prowadzenie w „deflacyjnym wyścigu” Europy Środkowej. Według konsensusu ekonomistów, w lutym ceny nad Wisłą spadały o 1,4%. Taki wynik byłby pogłębieniem historycznego dołka, który obecnie wynosi -1,3% i odnotowano został w styczniu. Stosowne dane GUS przedstawi w piątek o 14.00.
Michał Żuławiński


























































