Dobra koniunktura gospodarcza nie może zostać zmarnowana. Rząd nie może spocząć na laurach, dlatego nie powinniśmy odkładać w nieskończoność poważnych reform. A to, że są one potrzebne nie ulega żadnym wątpliwościom.
1. Potrzebna jest nam reforma systemu podatkowego
W ostatnich latach fiskus stawiał głównie na uszczelnienie systemu nawet kosztem zmniejszonych wpływów podatkowych. Widać to wyraźnie po wpływach z VAT-u, które są mniejsze od spodziewanych. W 2011 roku dochód z podatku VAT stanowił ok. 14% PKB – teraz 11%.
System podatkowy w Polsce jest bardzo skomplikowany przez co generuje duże koszty zarówno po stronie podatników jak i samego poborcy (116 miejsce w rankingu Doing Business pod względem trudności płacenia podatków mówi samo za siebie).
Szacuje się, że koszty poboru podatku dochodowego wynoszą ok. 4 mld zł rocznie (w urzędach podatkowych pracuje ok. 48 tysięcy osób!). Drugie tyle prawdopodobnie wydają podatnicy tylko na prawidłowe naliczenie i odprowadzenie tego podatku. To marnotrawstwo czasu i środków, które można by przeznaczyć na rozwój.
ReklamaZobacz także
Wielkość szarej strefy w Polsce szacowana jest na 25% PKB – to ok. 400 mld zł. To właśnie tutaj ukryte są pieniądze, których rząd nigdy nie weźmie dopóki podatki będą wysokie, a system rozliczania skomplikowany. Prawdopodobnie tylko zmniejszenie obciążeń związanych z opodatkowaniem pracy umożliwiłoby zwiększenie legalnego zatrudnienia nawet o 300 tys. osób. Dodatkowym efektem byłoby wciągnięcie tych osób z powrotem do legalnego obiegu (ukrywanie dochodów też kosztuje), co bezpośrednio przyczyniłoby się do polepszenia jakości życia tych ludzi. Dlatego cel rządu winien być jeden – uproszczenie systemu, a następnie obniżenie podatków.
Premier ma rację twierdząc, że jest to niemożliwe bez zmniejszenia jakości świadczonych usług publicznych i wypłacanych świadczeń. Dlatego zmiany powinny następować stopniowo uwzględniając nagłe obniżenie się dochodów do budżetu państwa (co i tak już następuje w sytuacji podwyżek podatku). Poprawa koniunktury w gospodarce jest na to najlepszym momentem bo część strat jest kompensowana przez wzrost dochodów wynikających np. ze zwiększonej konsumpcji.
2. Reforma emerytalna uprzywilejowanych grup zawodowych
Tylko KRUS kosztuje nas ok. 15 mld zł rocznie. Drugie tyle to koszt emerytur mundurowych. Z kolei górnicze świadczenia emerytalne to ok. 8 mld zł. Przywileje niektórych grup zawodowych to łączny koszt ok. 40 mld zł rocznie. Mniej więcej tyle wynosi dziura budżetowa. Naturalnie niemożliwe jest z uwagi na koszty społeczne całkowite odebranie pewnych przywilejów, ale to właśnie tutaj należy szukać oszczędności budżetowych. Niedopuszczalna jest sytuacja, by kiepsko opłacany pracownik usług i handlu dokładał się do emerytury rolnika posiadającego kilkadziesiąt hektarów ziemi, z której ma wielokrotnie wyższy dochód niż wynosi roczna pensja przeciętnego ekspedienta.
3. Reforma zdrowia
Państwowy sektor medyczny kosztuje nas ok. 65 mld zł rocznie. W ciągu ostatnich dziesięciu lat budżet NFZ zwiększył się dwukrotnie, ale trudno powiedzieć, by w ślad za tym poszedł wzrost jakości świadczonych usług. Kłopotem są nie tylko długie kolejki do lekarzy, ale przede wszystkim system
finansowania. Składka zdrowotna ma charakter procentowy i zależna jest od podatku dochodowego. Czas reformę ubezpieczenia zdrowotnego – wprowadzenie zryczałtowanej składki oraz częściowej odpłatności za niektóre usługi medyczne. Już teraz mamy do czynienia z fikcją darmowej służby zdrowia, bo tylko na prywatne ubezpieczenia wydajemy dodatkowe kilkanaście miliardów złotych rocznie.
Tymczasem rząd rozmyśla nad wprowadzeniem dodatkowych państwowych ubezpieczeń zdrowotnych, które podobno nie doprowadziłyby do rozróżniania pacjentów na mniej i bardziej zamożnych. Ponadto coraz głośniej mówi się o podwyższeniu składki zdrowotnej. Argumentem za tym rozwiązaniem są ciągłe rosnące potrzeby finansowe sektora medycznego – kłopot w tym, że już na ochronę zdrowia wydajemy ok. 100 mld zł. Pieniądze są, tylko źle wydawane.
4. Reforma umów o pracę
Praca Polaków opodatkowana jest jak wódka. Na wstępie 41% naszego wynagrodzenia różnym kanałami trafia z powrotem do budżetu państwa. Stąd część zarówno pracowników jak i pracodawców szuka sposobów optymalizacji podatkowej np. zakładają jednoosobowe firmy lub masowo zatrudniają się na umowach zlecenia, które tak naprawdę są jedynie sposobem na pominięcie kosztownej umowy o pracę. Ta niestety, również z uwagi na bardzo wiele przywilejów socjalnych i administracyjnych generuje także koszty po stronie pracodawców, których nie widać np. konieczność tworzenia Zakładowego Funduszu Świadczeń Socjalnych, itp.
Kodeks pracy, chociaż był wielokrotnie nowelizowany to wciąż mentalnie tkwi w latach 70-tych, gdy Polska była krajem przemysłowym. Teraz rozwiązania w nim zawarte znacząco odbiegają od stylu i sposobu świadczenia pracy. Potrzebne jest uelastycznienie umów o pracę (uwzględniając interesy pracowników i pracodawców), wprowadzenie nowych form zatrudnienia np. dla młodych, którzy dopiero wchodzą na rynek pracy i są na dorobku, które nie powinny być tak mocno obciążane składkami na ubezpieczenia społeczne, itp. Należy wprowadzić kilka lub nawet kilkanaście nowych form umów o pracę, które byłyby różne dla programistów i dla ekspedientów. W tym celu konieczne jest zacieśnienie współpracy z organizacjami branżowymi. Polacy mają pracować głównie dla siebie, a nie dla państwa.
Łukasz PiechowiakBankier.pl































































