Mężczyzna, który w środę strzelał do swojego byłego kierownika w fabryce w Łodzi, usłyszał w czwartek w Prokuraturze Rejonowej Łódź-Polesie zarzut usiłowania zabójstwa. Prokurator zapowiedział wystąpienie do sądu z wnioskiem o areszt tymczasowy dla podejrzanego.


W czwartek w Prokuraturze Rejonowej Łódź-Polesie 42-letni mężczyzna, który dzień wcześniej wszedł na teren fabryki Gillette w Łodzi i oddał strzały z broni palnej do swojego byłego kierownika, usłyszał trzy zarzuty: usiłowania zabójstwa jednej osoby, groźby przy użyciu broni w stosunku do drugiej z pokrzywdzonych osób oraz posiadania środków odurzających.
– Za usiłowanie zabójstwa podejrzanemu grozi kara od 10 lat więzienia do dożywocia włącznie. Jeszcze dziś prokurator skieruje do sądu wniosek o zastosowanie tymczasowego aresztowania. Posiedzenie Sądu Rejonowego Łódź-Śródmieście w tej sprawie odbędzie się w piątek – powiedziała PAP Marta Stachowiak-Klimaszewska, prokurator rejonowa Łódź-Polesie.
Podejrzany podczas przesłuchania w prokuraturze złożył obszerne wyjaśnienia, które – jak oceniła prokurator – nie korespondują ze zgromadzonym materiałem dowodowym.
– Wyjaśniał, że na miejscu w zakładzie pracy chciał popełnić samobójstwo na oczach swoich byłych przełożonych, żeby ich ukarać, ponieważ – jak stwierdził - relacje między nim a przełożonymi nie do końca były dobre – powiedziała PAP prokurator.
Dodała, że wyjaśnieniom podejrzanego przeczą przedmioty, które miał przy sobie w plecaku.

– Przyniósł trytytki o długości 30 centymetrów, dwa gazy pieprzowe, sześć noży, dwie finki, cztery scyzoryki i rewolwer, którego użył, oddając łącznie cztery strzały – powiedziała PAP prokurator Marta Stachowiak-Klimaszewska.
Do zdarzenia doszło w środę ok. godz. 7.00. Były pracownik firmy przez płot dostał się na teren fabryki i w pomieszczeniu biurowym oddał strzały w kierunku swojego dawnego przełożonego. 42-latek wcześniej przez 14 lat (do grudnia 2024 r.) pracował w fabryce.
Podejrzany został ujęty po kilkugodzinnych negocjacjach. Po zatrzymaniu mężczyzny kom. Edyta Machnik, rzeczniczka prasowa komendanta wojewódzkiego policji w Łodzi, tłumaczyła, że akcja trwała tak długo, bo policjanci chcieli doprowadzić do bezpiecznego zatrzymania mężczyzny, bez narażania jego życia i zdrowia. Dodała, że w wielogodzinną operację, poza negocjatorami, zaangażowano wielu policjantów, w tym kontrterrorystów z Łodzi, Poznania i Warszawy. W tym zdarzeniu nikt nie został ranny. Z zakładu ewakuowano ok. 400 pracowników znajdujących się wtedy na terenie. (PAP)
jus/ joz/






























































