Wielu przedsiębiorców twierdzi, że unia fiskalna zapewni dyscyplinę w finansach publicznych. Stąd powinna być ona otwarta także dla krajów spoza strefy euro, w tym Polski. Zdanie przedsiębiorców wynika z wyrachowania. Biznes nie lubi być zaskakiwany nowymi podatkami, a unia fiskalna lepiej zabezpieczałaby przed nagłymi zmianami. Z drugiej strony utrzymanie dyscypliny finansów publicznych – wymaganie, by państwo starało się wydawać mniej niż zarabia, w pierwszej kolejności cięło koszty, a nie ustanawiało nowe daniny na rzecz państwa, wcale nie wymaga wchodzenia do unii fiskalnej. Wystarczy, że państwo wprowadzi odpowiednie zmiany legislacyjne we własnym zakresie i postara się ich nie zmieniać.
W podobnym tonie można interpretować słowa premiera – UE powinna działać bardziej jak dobrze funkcjonujące przedsiębiorstwo. W tym momencie jest to niemożliwe. Słynne powiedzenie, że gdyby ministrowie finansów tak zarządzali budżetami firm, jak budżetami krajów, które reprezentują, to te przedsiębiorstwa zbankrutowałyby już dawno, a oni trafiliby za kratki za niegospodarność. Lepiej wymagać, by państwa stosowały się do zasad, których stosowania wymagają od swoich podatników, czyli zaciskały pasa i kontrolowały wydatki.
Nie można odmówić przedsiębiorcom wyrachowania. Unia fiskalna byłaby bezpiecznym rozwiązaniem pod względem stałości obciążeń podatkowych. Państwo teoretycznie nie mogłoby bezkarnie (bez zgody innych państw) tuż przed wyborami zwiększyć wydatki na świadczenia socjalne, a zaraz po wyborach podnosić obciążenia dla firm i koszty pracy po to, by sfinansować swoje wyborcze obietnice. Zapomina się przy tym, że w Unii Europejskiej wszystkie państwa są demokratyczne, a opisany wyżej mechanizm to nie jest polski wynalazek. Stąd istnieje duże prawdopodobieństwo, że unia fiskalna gwarantowałaby tylko trochę większe bezpieczeństwo.
Łukasz Piechowiak
Bankier.pl
l.piechowiak@bankier.pl





























































