Twierdzą oni, że gdyby nasze przedsiębiorstwa chciały pożyczyć tyle samo co rok wcześniej, czyli 50 mld zł, to część z nich odejdzie z kwitkiem od bankowego okienka. Bowiem nasze banki mogą mieć w 2009 r. tylko 40 mld zł gotówki na kredyty. W bardzo dużym uproszczeniu mogłoby to oznaczać, że gdyby banki dały kredyty wszystkim firmom nimi zainteresowanym, to żaden polski obywatel nie dostałby pożyczki na mieszkanie, auto czy pralkę.
Ten ostrzegawczy scenariusz dotyczący polskiej gospodarki może się nie spełnić, jeśli uda się szybko zwiększyć podaż pieniądza. Szefowie dwóch największych polskich banków proponują więc, by NBP pozwolił obniżyć rezerwę obowiązkową banków z 3,5 proc. do na przykład 2 proc., czyli poziomu stosowanego przez Europejski Bank Centralny.
Niższa rezerwa tylko o jeden punkt procentowy to dla banków dodatkowe 6 mld zł, które mogą przeznaczyć na kredyty. Kolejne 8 mld zł banki mogłyby dostać od NBP, gdyby ten wcześniej wykupił od nich swoje obligacje. Kilka lat temu, gdy sektor bankowy cierpiał na nadpłynność i chciał mniej płacić na obowiązkowe rezerwy, NBP zgodził się część rezerw zamienić na obligacje. Teraz te zamrożone pieniądze w obligacjach banki wolałyby wydać na kredyty dla przedsiębiorstw i gospodarstw domowych.
Prezesi PKO BP i Pekao wskazują też, że NBP wzorem EBC i Fed mógłby bankom komercyjnym przyznać długookresowe (dwu-, trzyletnie) pożyczki pod zastaw udzielonych przez nie kredytów. Banki centralne robią tak, gdyż sytuacja w gospodarce jest bezprecedensowa, na całym świecie próbuje się różnymi sposobami zwiększyć podaż pieniądza.
Czytaj więcej:
Jerzy Pruski i Jan Krzysztof Bielecki: skąd wziąć pieniądze?
Według prezesów polska gospodarka z pewnością ucierpiałaby mniej, gdyby udało się wprowadzić w życie mechanizmy umożliwiające zwiększenie akcji kredytowej.
Anna Mackiewicz
StanisŁaw Koczot
Dziennik Finansowy
Więcej na ten temat






























































