Parlamentarne spory o reformę podatkową sprawiły, że na Wall Street pojawiły się od dawna niewidziane spadki. Jednakże ich skala była niewielka, bo inwestorzy przyzwyczaili się, że strategia „kupowania dołków” w tej hossie popłaca jak nigdy wcześniej.


Od tygodnia w Kongresie toczą się targi o kształt największej od ponad 30 lat reformy podatkowej. To jedna ze sztandarowych obietnic wyborczych Donalda Trumpa. Republikanie chcą m.in. obniżyć podatek od zysków korporacji z 35% do 20% (Trump w kampanii wyborczej zapowiadał cięcie do 15%). Ale w Senacie pojawiła się konkurencyjna propozycja, zakładająca m.in. opóźnienia obniżki CIT-u do 2019 roku.
Inwestorzy z Wall Street przestraszyli się, że chaos w obozie Republikanów (mają przecież większość w obu izbach!) może odwlec lub wręcz storpedować obniżkę podatków tak, jak wcześniej nie udało się obalić Obamacare.
Początkowa reakcja rynku była wyraźnie negatywna. Ale od połowy sesji indeksy zaczęły odrabiać straty. Akcje kupowano wbrew modnej w ostatnich latach „strategii” BTFD – czyli kupowania na lokalnych dołkach bez względu na okoliczności.
To poskutkowało znaczącą redukcją strat. Dow Jones zakończył czwartkową sesję utratą nieco ponad stu punktów, czyli 0,43%. S&P500 obniżył się o 0,38%, choć w trakcie sesji traci nawet 1%. Nasdaq spadł o 0,58%. Dzień wcześniej wszystkie te trzy indeksy wyznaczyły najwyższe kursy zamknięcia w dziejach.

Niepokojący dla inwestujących w akcje sygnał pojawił się na rynku długu. Ceny wysoko oprocentowanych (czyli ryzykownych) obligacji korporacyjnych spadły do najniższego poziomu od sierpnia po tym, jak jeszcze w październiku ustanowiły historyczny rekord. Choć na razie korekta jest niewielka, to dwa lata temu ten sektor rynku dał sygnał do głębszej korekty na Wall Street.
Krzysztof Kolany






























































