W Święta Wielkanocne spore poruszenie wywołała niefortunna wypowiedź prezesa PFR, z której niektórzy wywnioskowali, jakoby rząd planował opodatkowanie oszczędności Polaków trzymane w bankach. Tyle tylko, że te pieniądze są opodatkowane od dawna.
Burzę wywołała rozmowa z prezesem Polskiego Funduszu Rozwoju Pawłem Borysem w Telewizji Trwam. Prowadzący wywiad zadał pytanie o to, czy Polacy nie mogliby „sfinansować potrzeb państwa” przy użyciu 900 mld złotych ulokowanych w bankach. W domyśle chodziło o emisję skarbowych obligacji detalicznych, które notabene istnieją od lat i ostatnio cieszą się rekordową popularnością.
Prezes Borys chyba na chwilę stracił czujność. Zamiast jednoznacznie oddalić niebezpieczne spekulacje i wygłosić jakieś oficjalny frazes o nienaruszalności lokat bankowych, półgębkiem przyznał, że rząd „nie wyklucza” rozwiązania zasugerowanego przez rozmówcę z TV Trwam. No i się zaczęło! Rozmowa trafiła do internetu i część komentatorów wysnuła z niej błędny wniosek, jakoby rząd chciał użyć naszych pieniędzy ulokowanych w banku. Widmo „cypryzacji” depozytów niejednemu stanęło przed oczami. Zwłaszcza przy obecnym skokowym wzroście potrzeb pożyczkowych państwa lęk o bezpieczeństwo pieniędzy w bankach jest zapewne na podwyższonym poziomie.
Przeczytaj także
Jednakże otwarte przywłaszczenie wkładów bankowych w stylu cypryjskim byłoby dla władz politycznym samobójstwem. Urzędujący prezydent mógłby zapomnieć o reelekcji, a większość parlamentarna zapewne nie przetrwałaby nawet kilku miesięcy. Dlatego też obecnie uważam za mało prawdopodobny scenariusz otwartego i bezpośredniego opodatkowania bankowych depozytów.
Jak władza zabiera oszczędności
Władza ma jednak wiele instrumentów, aby nieco odciążyć portfele oszczędzających z nadmiaru gotówki. Najstarszym z nich jest inflacja. Inflacja jest "podatkiem", który państwo nakłada na nas bez ustawy i bez kontroli parlamentu. Stawka podatku inflacyjnego w krajach cywilizowanych określana jest zwykle na 2-3%. Cel inflacyjny Narodowego Banku Polskiego został ustanowiony na poziomie 2,5% z dopuszczalnym odchyleniem o jeden punkt procentowy w górę i w dół. Jeszcze na długo przed epidemią polska Rada Polityki Pieniężnej otwarcie tolerowała podwyższoną stawkę podatku inflacyjnego oficjalnie podchodzącą pod 5%.
Inflacja w wysokości 5% oznacza, że siła nabywcza stu złotych w ciągu roku zmalała o 5 zł. Czyli sto złotych sprzed roku dysponuje teraz siłą nabywczą w wysokości ok. 95 zł. Różnicę tę zabrał emitent pieniądza, którym współcześnie jest sektor bankowy do spółki z bankiem centralnym. Ten ostatni 95% swojego zysku (dawniej zwanego rentą senioralną) wpłaca do budżetu państwa. W ten oto sposób rząd za pośrednictwem inflacji uzyskuje dodatkowe dochody kosztem nie tylko oszczędzających, ale wszystkich posiadaczy polskiej waluty. Ponadto inflacja zwiększa nominalne wpływy z podatków (głównie z VAT-u). To wyjaśnia, dlaczego rządzący tak bardzo lubią inflację i z reguły dążą do tego, by była ona jak najwyższa.
Drugim instrumentem rugowania Polaków z oszczędności jest represja monetarna rozumiana jako trwałe utrzymywanie realnie ujemnych stóp procentowych. Tak się dzieje w sytuacji, gdy bank centralny przez dłuższy czas ustala stopy procentowe poniżej poziomu inflacji cenowej. I z taką sytuacją mamy do czynienia w Polsce od ponad trzech lat (obecnie realne stopy są u nas jednymi z najniższych na świecie). Taka polityka uniemożliwia otrzymanie siły nabywczej bankowych depozytów, ponieważ ich oprocentowanie jest niższe od tempa spadku siły nabywczej pieniądza.
Gdy przeciętna lokata płaci 1%, a inflacja CPI utrzymuje się na poziomie 4%, oszczędzający realnie traci 2,88% rocznie. Z ekonomicznego punktu widzenia dla posiadacza lokaty nie ma istotnej różnicy, czy rząd (przy zerowej inflacji) nałożyłby podatek od depozytów wysokości 3% ich wartości, czy też bank centralny zaaplikuje stopy procentowe o trzy punkty procentowe poniżej inflacji cenowej.
Trzecim sposobem, w ramach którego Polacy przymusowo dzielą się z rządem swoimi oszczędnościami, jest tzw. podatek Belki, błędnie określany w ustawie mianem „podatku od zysków kapitałowych”. W przypadku lokat bankowych nie ma bowiem ani „kapitału”, ani tym bardziej „zysków”. Opodatkowany jest przychód finansowy w postaci odsetek. Stawka tego liniowego podatku wynosi 19% i to już od pierwszej złotówki przychodu (a nie zysku). Nie ma tu żadnej litości, w postaci choćby minimalnej kwoty wolnej od tego podatku.
Przeczytaj także
Co więcej, jest to podatek płacony od podatku. W przypadku lokat bankowych płaci się go bowiem od inflacji. W normalnych czasach stopy procentowe banku centralnego są z reguły na podobnym (lub nieco wyższym) poziomie co inflacja cenowa. Dlatego odsetki od pieniędzy ulokowanych w bankach zwykle pozwalają jedynie na zachowanie siły nabywczej oszczędności, ale już nie na ich realne zwiększenie. A gdy do tego musimy zapłacić „Belkę”, to państwo realnie uszczupla wartość oszczędności.
Orzeł – płacisz podatek. Reszka – płacisz podatek
We współczesnej Europie opodatkowana jest praktycznie każda aktywność człowieka. Pracując, płacimy horrendalny, 40-procentowy podatek od wynagrodzenia. Oszczędzając, płacimy taksę inflacyjną i podatek Belki. Wydając pieniądze, płacimy VAT, w większości przypadków w drakońskiej wysokości 23%. Do tego dochodzi długa i ciągle rosnąca liczba dodatkowych danin na rzecz rządu i władz lokalnych: akcyza, podatki gruntowe, CIT, podatek bankowy, miedziowy, od wynajmu nieruchomości, od deszczu, od cukru, od psa i premier jeden wie, od czego jeszcze.
Stąd też wniosek taki, że władza dysponuje potężnym arsenałem nowych podatków i nie jest zmuszona do zawłaszczania pieniędzy ulokowanych w bankach. Sądzę, że w razie kryzysu finansów publicznych rząd prędzej zdecyduje się na dodatkowe opodatkowanie nieruchomości niż na sięgnięcie po wkłady bankowe ludności.




























































