REKLAMA
WAKACJE NA GIEŁDZIE

Kryzys ostudził zapał przedsiębiorców do inwestowania za granicą

2009-03-23 10:23
publikacja
2009-03-23 10:23
Dodaj Bankier.pl w Google
Jeszcze rok temu polskie firmy snuły śmiałe plany podboju Europy. Na Wschodzie i na Zachodzie miały powstawać kolejne sklepy, restauracje. Kryzys boleśnie weryfikuje te pomysły. Kolejne spółki zwijają zagraniczne interesy bądź poważnie ograniczają ekspansję.

Łódzka spółka Monnari ma dwa salony z elegancką odzieżą dla pań w Berlinie i tyle samo w Kaliningradzie. Firma planowała dalszą ekspansję, której zwieńczeniem miało być podbicie gigantycznego rynku chińskiego. Niestety, na razie spółka ogłosiła, że wstrzymuje inwestycje za granicą. Ubiegły rok firma zakończyła z 2,9 mln zł zysku. W 2007 zarobiła o 14 milionów więcej.

Zachowawczą taktykę przybiera też znany producent butów Gino Rossi, który do końca kwietnia chce zwinąć interes w Rosji, gdzie ma dwa sklepy. Firma poważnie zastanawia się też nad przyszłością spółki zależnej Lugano, która działa na rynku niemieckim i ma tam 11 salonów.

Prof. Jan Winiecki, prezes Towarzystwa Ekonomistów Polskich, uważa, że takich przykładów będzie coraz więcej. - To normalne zjawisko. W czasie dekoniunktury firmy odkładają na później większość inwestycji, zwłaszcza ryzykownych, wymagających kredytowania. Spójrzmy co się dzieje wokół. Polska jest w tej chwili jednym z nielicznych krajów, który ma dodatni PKB. Większość państw jest na minusie. A jeśli spada produkcja, maleje też popyt na tamtejszych rynkach. W takiej sytuacji trudno myśleć o ekspansji, na przykład w Niemczech. Nie mówiąc już o naszych wschodnich sąsiadach. To co dzieje się w Rosji czy na Ukrainie, to już ciężka recesja - wyjaśnia Winiecki.

Otwarcie markowego salonu w zagranicznej galerii to wydatek 500 tys. zł. Jeśli lokal nie zacznie szybko na siebie zarabiać, koszty mogą być dużo wyższe. O tym, że zagraniczny biznes nie musi być żyłą złota, przekonał się łódzki Sfinks, który na pięciu restauracjach w Czechach i na Węgrzech stracił w ubiegłym roku5 mln zł. Jest możliwe, że firma wycofa się z zagranicznych rynków. Tymczasem zaledwie półtora roku temu Sfinks zapowiadał, że zbuduje największą sieć niedrogich restauracji w Europie Środkowo-Wschodniej. Dziś te plany wydają się nierealne.

Firma Kan z Łodzi, właściciel popularnej marki odzieżowej Tatuum, ma już 60 zagranicznych salonów, m.in. w Rosji, Czechach, na Węgrzech i w egzotycznym Dubaju. - W tym roku chcemy otworzyć kolejnych 10 salonów franczyzowych i 9 własnych - mówi Agnieszka Hamerla z działu marketingu łódzkiej firmy, zapewniając, że kryzys nie pokrzyżuje tych planów. Chyba że... potkną się deweloperzy, budujący za granicą centra handlowe. Kan z reguły otwiera bowiem swoje salony w nowych galeriach. Tymczasem coraz więcej firm w całej Europie wycofuje się z inwestycji w przybytki handlu.

O tym, że polskim firmom nie bardzo udało się zawojować świata za pomocą markowych lokali, świadczą dane o polskim eksporcie. - Jego łączna wartość w 2008 roku wyniosła około 110 miliardów euro. Jednak za pośrednictwem własnych sieci handlowych, rozlokowanych za granicą, wy-eksportowaliśmy towary tylko za miliard złotych. To wciąż bardzo znikomy odsetek - mówi Andrzej Faliński, szef Polskiej Organizacji Handlu i Dystrybucji. Jego zdaniem, przy obecnym kursie euro oraz funtów, polskim firmom opłaca się sprzedaż towarów na Zachodzie. Jednocześnie nie opłaca się jednak czynienie poważniejszych inwestycji.

POLSKA Dziennik Łódzki
Piotr Brzózka
Źródło:
Tematy

Komentarze (0)

dodaj komentarz

Powiązane: Rosja

Polecane

Najnowsze

Popularne

Ważne linki