6 września Polacy wypowiedzą się w referendum w sprawie JOW-ów, finansowania partii i zasady dotyczącej prawa podatkowego. Jak finansuje się partie polityczne na świecie? Przyglądamy się systemom w Niemczech, USA, Wielkiej Brytanii, Szwecji, Włoszech i na Ukrainie.


Niemcy: Dotacje z budżetu ważnym, ale nie jedynym źródłem finansowania
Dotacje z budżetu są ważnym, lecz nie jedynym źródłem finansowania partii w Niemczech. Ich wysokość zależy od wyniku w wyborach. Środki na działalność partii pochodzą także ze składek członkowskich oraz z datków przekazywanych przez osoby prywatne i firmy.
Obowiązującego od dziesięcioleci systemu nikt nie kwestionuje, aczkolwiek część organizacji pozarządowych domaga się bardziej wnikliwej kontroli datków od biznesu, z których korzystają przede wszystkim partie chadeckie - CDU i CSU.
Podstawą do ustalenia wysokości dotacji są wyniki uzyskiwane przez partie w wyborach do Bundestagu i Parlamentu Europejskiego oraz do parlamentów lokalnych w poszczególnych krajach związkowych (landach).
W podziale tortu - obecnie blisko 157 mln euro - biorą udział te ugrupowania, których listy zdobyły co najmniej 0,5 proc. głosów w ostatnich wyborach do Bundestagu lub PE albo co najmniej 1 proc. poparcia w wyborach do jednego z landtagów.

Pierwsze cztery miliony głosów premiowane są dotacją 85 eurocentów za każdy głos. Za dalsze głosy przysługuje niższa dotacja w wysokości 70 eurocentów.
Ponadto partie dostają z budżetu 38 eurocentów za każde euro ze składek płaconych przez członków tych ugrupowań oraz datków przekazywanych przez osoby prywatne, jednak tylko do kwoty 3,3 tys. euro w skali rocznej. Datki powyżej tej kwoty nie są premiowane. Dopłat państwowych nie ma też w przypadku dotacji przekazywanych przez firmy.
Ustawa o partiach stanowi, że suma dotacji państwowych dla wszystkich partii nie może przekroczyć ustalonego pułapu - w zeszłym roku 157 mln euro. Dotacje państwowe nie mogą być też większe niż środki własne danej partii uzyskiwane ze składek, wpłat parlamentarzystów czy działalności gospodarczej. Ta zasada ma zapobiec uzależnieniu partii od aparatu państwa, jednak partie o niedługim stażu, jak choćby Piraci, krytykują ją jako niesprawiedliwą dla mniejszych ugrupowań.
Z raportu opublikowanego przez Bundestag, który czuwa nad podziałem dotacji, wynika, że w 2014 roku do pobierania dotacji uprawnionych było 20 partii. Oprócz obecnych w parlamencie CDU, CSU, SPD, Lewicy i Zielonych na liście beneficjentów państwowych dotacji były także m.in. FDP, AfD, Piraci, a także bardziej egzotyczne ugrupowania, jak Partia Obrońców Zwierząt, Rodzina czy Partia. Najwięcej emocji wzbudzają dotacje z budżetu dla skrajnie prawicowej NPD. Dopóki partia nie zostanie zakazana (wniosek w tej sprawie znajduje się w TK), ma ona prawo do wsparcia z kasy państwowej.
Lwią część dotacji zgarniają największe partie - CDU (47,8 mln euro) i bawarska CSU (12,7 mln euro) oraz SPD - 48,6 mln euro. Zieloni muszą zadowolić się kwotą 14,8 mln euro, a Lewica 10,7 mln euro. Neonazistowska NPD otrzymała 1,4 mln euro.
Przejrzysty i dobrze działający system finansowania partii nie uchronił Niemiec przed aferami. Największy skandal wybuchł w 1999 roku, gdy okazało się, że ówczesny kanclerz Helmut Kohl przyjmował przez lata na cele partyjne pieniądze od osób prywatnych i nie uwzględniał ich w sprawozdaniach finansowych. Kohl odmówił - zasłaniając się danym słowem - podania nazwisk darczyńców. CDU musiała zapłacić za machlojki wysoką karę finansową, a sam Kohl stracił honorowe przewodnictwo partii i wycofał się z polityki.
Wielkie koncerny wykazują szczególną hojność w latach wyborów parlamentarnych. W 2013 roku rodzina przemysłowców Quandt/Klatten wyasygnowała na wsparcie partii 900 tys. euro, Bawarskie Stowarzyszenie Przemysłu Metalowego i Elektronicznego 877 tys. euro, a Związek Przemysłu Chemicznego 355 tys.
Głównym beneficjentem prywatnych datków są chrześcijańscy demokraci z CDU i CSU - blisko 17 mln. SPD dostała 2,9 mln euro, Zieloni 700 tys. euro, a Lewica 90 tys. euro.
Organizacje zwalczające korupcję zwracają uwagę, że obowiązek podania nazwiska dotyczy tylko darczyńców powyżej 10 tys. euro, co oznacza, że wielu sponsorów - dzieląc większą sumę na kilka mniejszych - może zachować anonimowość.
Obowiązujący system jest akceptowany w niemieckim społeczeństwie. Organizacje pozarządowe, w tym Transparency International, domagają się ograniczenia wysokości dotacji przekazywanych przez koncerny i osoby prywatne oraz lepszej kontroli przepływu pieniędzy.
Czytaj dalej: Wielkie pieniądze i wpływy grup interesu na partie w USA
W USA partie i ich kampanie są w przeważającej części finansowane ze źródeł prywatnych, w tym przez korporacje, co zdaniem krytyków zwiększa wpływy wielkiego kapitału kosztem wyborców na proces wyborczy oraz przyczynia się do radykalizacji sceny politycznej.
"Nasz system jest zepsuty. Dawałem pieniądze tak wielu ludziom; dawałem każdemu, kto dzwonił i prosił. I wiecie co? Kiedy czegoś od nich potrzebowałem dwa, trzy lata później, to dzwoniłem do nich i zawsze byli dla mnie dostępni" - powiedział 6 sierpnia magnat rynku nieruchomości Donald Trump w debacie 10 republikanów ubiegających się o prezydenturę USA w 2016 r.
Populistyczny miliarder utrzymuje, że "większość" jego obecnych rywali, a nawet Clintonowie dostawali od niego fundusze, a on - ponieważ jest tak bogaty i nie potrzebuje od nikogo wsparcia - byłby lepszym prezydentem, bo bardziej niezależnym.
Wypowiedź Trumpa wpisuje się w trwającą w USA od dawna debatę na temat finansowania kampanii wyborczych. "Patrząc na to, co się dzieje w polityce USA, wiele osób chciałoby wprowadzić ograniczenia w zewnętrznym finansowaniu, ale mamy taki system konstytucyjny, że jest to trudne" - powiedział PAP ekspert Brookings Institution Jonathan Rauch, autor książki pt. "Political Realism" (2015). Sąd Najwyższy orzekał w 2010 r., że nie można nikomu zakazywać finansowania wyborów, ponieważ taki zakaz byłby sprzeczny z literą i duchem konstytucyjnego prawa do wolności słowa.
W odróżnieniu od Europy, w USA partie polityczne są przede wszystkim machinami przygotowującymi kampanie wyborcze (nie ma deklaracji wstępowania do partii czy składek członkowskich), a zatem zasady ich finansowania dotyczą głównie finansowania kampanii wyborczych. A te w coraz większym stopniu finansowane są ze źródeł prywatnych. Prawo federalne przewiduje co prawda publiczne dotacje, ale tylko w wyborach prezydenckich. Ich udział systematycznie maleje, gdyż przyjęcie publicznej subwencji wymaga spełnienia rygorystycznych warunków oraz ograniczenia finansowania ze środków prywatnych. A to się kandydatom często po prostu nie opłaca, zważywszy na rosnące z elekcji na elekcję zaangażowanie w kampanie miliarderów i wielkich korporacji. Prawo z 1996 r. zabrania kandydatom przyjmowania finansowego wsparcia od cudzoziemców i innych państw.
Rozróżnia się dwa rodzaje dotacji na cele kampanii. Te płacone przez wyborców bezpośrednio na rzecz komitetów wyborczych poszczególnych kandydatów, gdzie obowiązuje limit w wys. 2700 USD od jednej osoby. Ponadto fundusze mogą gromadzić tzw. komitety akcji politycznej (PACs), do których środki wpłacają także korporacje, związki zawodowe i inne organizacje.
PACs to zewnętrzne organizacje, najczęściej utworzone przez byłych współpracowników kandydatów. W odróżnieniu od zwykłych komitetów wyborczych, PACs nastawione są na promowanie idei i poglądów reprezentowanych przez wspieranego kandydata. Ich rola w finansowaniu kampanii bardzo wzrosła, od kiedy w słynnym wyroku z 2010 r. Citizens United v. Federalna Komisja Wyborcza (FEC), Sąd Najwyższy, zgodnie z argumentami podnoszonymi przez republikanów, zniósł zakaz finansowania PACs przez koncerny amerykańskie i związki zawodowe. Trzy lata później sąd poszedł jeszcze dalej i zniósł ograniczenia sumy wydatków na kampanie wyborcze w danym cyklu wyborczym. W obu wyrokach sąd uzasadniał decyzję koniecznością ochrony wolności słowa i prawa do wyboru wysokości kontrybucji na rzecz kandydata.
Krytycy wyroku utrzymują jednak, że nowe zasady dają lobbystom i grupom interesu ogromny instrument nacisku, zwiększając wpływy wielkiego kapitału kosztem wyborców na proces wyborczy. Kandydaci nie muszą już zabiegać o datki od wielu indywidualnych wyborców, o ile mają poparcie kilku superbogatych Amerykanów.
W trwającej już kampanii prezydenckiej liderem w zbieraniu dotacji od najbogatszych Amerykanów i grup interesów jest były gubernator Florydy Jeb Bush. Związany z nim PAC "Right to Rise" tylko w ciągu 100 pierwszych dni kampanii otrzymał ponad 100 mln USD (rekord w historii republikańskich kampanii).
Do najhojniejszych sponsorów Republikanów należą bracia Charles i David Koch, miliarderzy, którzy zbili majątek na ropie. Jak pisały media, planują oni przeznaczyć na najbliższe wybory prezydenckie 889 mln USD z własnych zasobów oraz organizując zbiórki wśród innych bogaczy. To więcej niż w wyborach w 2012 roku wydały razem oba narodowe komitety Demokratów i Republikanów.
Demokraci też mają zamożnych sponsorów, jak finansista George Soros, który wydał w 2004 r. na kampanię Johna Kerry'ego 27 mln USD. Prezydent Barack Obama podczas kampanii w 2008 r. stronił od pieniędzy biznesu, natomiast dzięki ogromnej oddolnej mobilizacji zwolenników zebrał aż 750 mln USD od indywidualnych wyborców. "Jest obecnie grupa 200 osób, która ma potencjał, by decydować za każdym razem, kto zostanie wybrany na prezydenta" - mówił Obama w 2012 r. Jeśli nic się nie zmieni, dodał, "mogę być ostatnim kandydatem na prezydenta, który mógł wygrać w taki sposób jak ja, czyli bez wielkiego wsparcia grup interesu, z garstką zwolenników z dużych korporacji".
Jak pisze Kenneth Vogel w książce pt. "Big Money" (2014) problemem nie są tylko coraz większe sumy pieniędzy wpływające do amerykańskiej polityki, ale to, że decyzje o tym, jak są wydawane, zapadają coraz częściej bez wpływu partyjnego establishmentu w zewnętrznych PACs-ach. "Partie tracą zdolności, by wybierać kandydatów i wpływać na ich programy, gdyż coraz mniej polityków polega na finansowaniu z partii. Korzystniejszym może się bowiem okazać, gdy (zamiast partyjnego) masz poparcie hojnego sponsora lub grupy z wypchanymi portfelami, chętnych wydać nieograniczone środki" - napisał Vogel.
Zdaniem Raucha wraz z rosnącą rolą zewnętrznego finansowania, coraz bardziej radykalizuje się scena polityczna. Np. dzięki wsparciu braci Kochów do Kongresu weszło wielu ultrakonserwatystów z Tea Party, pokonując często umiarkowanych republikanów wspieranych przez liderów partii. "Jak już (tacy radykalni kandydaci) są wybrani, to znacznie trudniej narzucić im dyscyplinę partyjną i zmusić do kompromisów, bo bardziej przejmują się tym, czy postępują zgodnie z interesami tych, którzy zapłacili za kampanię niż tym, by być dobrymi żołnierzami partyjnymi" - powiedział PAP.
Czytaj dalej: Finansowanie partii w Wielkiej Brytanii budzi kontrowersje
Brytyjskie partie polityczne otrzymują ograniczone dotacje ze środków publicznych i muszą polegać na składkach członkowskich, a głównie na darowiznach. Organizacje pozarządowe ostrzegają przed zbyt bliskimi relacjami partii z najważniejszymi donatorami.
System finansowania partii politycznych oparty jest na Political Parties, Elections and Referendums Act z 2000 roku. Ustawa ta, przygotowana po konsultacjach w parlamentarnej komisji ds. standardów w życiu publicznym, wprowadziła m.in. Electoral Commission, niezależną instytucję regulującą zasady funkcjonowania i finansowania partii politycznych.
Dzięki aktowi wprowadzono m.in. obowiązek bieżącego raportowania darowizn i pożyczek, zasady wydatkowania w trakcie kampanii wyborczej, a także zabroniono przyjmowania wpłat od anonimowych i zagranicznych donatorów.
Ustawa uregulowała również kwestię dotacji większych niż 500 funtów, ograniczając je wyłącznie do osób zarejestrowanych w rejestrze wyborców, firm, związków zawodowych lub innych podmiotów, które koniecznie muszą mieć swoją siedzibę na terenie Wielkiej Brytanii. Wszystkie dotacje powyżej 7,5 tys. funtów muszą być oficjalnie ujawnione.
Tak ścisłe regulacje nie zmieniają jednak faktu, że brytyjskie partie dysponują gigantycznymi kwotami podczas kampanii wyborczej. Według danych ujawnionych przez Electoral Commission, tylko pomiędzy styczniem a marcem tego roku - przed majowymi wyborami do Izby Gmin - łącznie pięć największych ugrupowań otrzymało ponad 30 milionów funtów darowizn, prawie 11 milionów więcej niż pięć lat wcześniej. Najwięcej - ponad 15 milionów funtów - otrzymała Partia Konserwatywna.
W tym samym okresie partie uzyskały zaledwie 2,4 miliona funtów środków publicznych.
Jednym z największych wydatków finansowanych przez państwo jest tzw. "Short money", od nazwiska lewicowego ministra z lat 70., Teda Shorta. Składają się na to pieniądze przekazywane dla partii opozycyjnych, aby wesprzeć ich możliwość konkurowania z wyposażoną w instytucje, urzędników i oddzielne budżety partią rządzącą.
Wsparcie państwa - na prowadzenie biura, działalności parlamentarnych i podróże - przyznawane jest w zależności od liczby mandatów i uzyskanych głosów. Specjalny grant przyznaje się również na funkcjonowanie gabinetu lidera opozycji. Według szacunków Partia Pracy, największa siła opozycyjna w obecnym parlamencie, będzie otrzymywać nawet około 6,2 miliona funtów rocznie. Dla porównania, jej roczne przychody przekraczają ponad 39 milionów, z czego ponad 11 milionów to darowizny.
Innym elementem finansowania partii są składki członkowskie. Według raportu opublikowanego w tym tygodniu przez bibliotekę brytyjskiego parlamentu liczba osób zrzeszonych w ugrupowaniach jest obecnie bardzo niska. Liczba członków dramatycznie spada w ostatnich latach - w 1983 roku laburzyści, konserwatyści i liberałowie stanowili łącznie 3,8 proc. elektoratu, a dzisiaj niespełna jeden procent.
Najwięcej członków ma Partia Pracy (270 tys.), a za nią Partia Konserwatywna (149 tys.), Szkocka Partia Narodowa (110 tys.), Liberalni Demokraci i Partia Zielonych (po 61 tys.), eurosceptyczna UKIP (42 tys.).
Wpływy ze składek stanowią jedynie niewielką część budżetów: 2 proc. rocznych przychodów Partii Konserwatywnej, 9 proc. Liberalnych Demokratów, 14 proc. UKIP-u i 15 proc. Partii Pracy. Większość ugrupowań daje również możliwość zostania "sympatykiem", co choć wiąże się z niższą opłatą, jednocześnie pozwala na ograniczone uczestnictwo w procesach decyzyjnych, np. w trwającym od 14 sierpnia wyborze nowego lidera Partii Pracy.
Niezależne organizacje pozarządowe podkreślają jednak, że tak niski udział środków pochodzących od sympatyków lub od państwa przy jednoczesnych ogromnych wpływach od prywatnych donatorów jest niekorzystny dla brytyjskiej demokracji.
"W ubiegłym roku wpływy największych partii przekroczyły 100 milionów funtów, głównie od dużych sponsorów, co w oczywisty sposób nagina naszą politykę na korzyść organizacji i korporacji, które próbują +kupić+ sobie wpływ na agendę parlamentu. To nie ma nic wspólnego z demokracją" - powiedział w rozmowie z PAP Josiah Mortimer, rzecznik Electoral Reform Society.
Według dostępnych danych wszystkie dotacje w wysokości 250 tys. funtów lub więcej dla trzech największych partii w okresie 2001-2010 zostały dokonane przez zaledwie 224 osoby, stanowiąc olbrzymi udział we wpływach poszczególnych partii: ponad połowę w przypadku Partii Pracy i jedną czwartą budżetu Partii Konserwatywnej.
Mortimer dodał, że aktualny koszt państwowej dotacji wynosi zaledwie 40 pensów na obywatela rocznie i jest on dziesięciokrotnie niższy od stawki w większości krajów europejskich. "Podniesienie tej kwoty do europejskiej średniej pozwoli oczyścić politykę i przywrócić zaufanie do systemu politycznego Wielkiej Brytanii" - podkreślił.
Według badań Electoral Reform Society 75 proc. wyborców uważa, że "donatorzy mają zbyt duży wpływ na partie polityczne", a 65 proc. sugeruje, że "są w stanie kupować sobie tytuły i inne odznaczenia". W 2006 roku policja badała doniesienia, według których Partia Pracy miała sugerować możliwość nadania tytułów lordowskich i miejsc w Izbie Lordów bogatym sponsorom, którzy byli gotowi zaoferować niskooprocentowane pożyczki.
Badanie ośrodka opinii publicznej YouGov wskazało, że zdaniem aż 47 proc. Brytyjczyków w przypadku Partii Konserwatywnej i 33 proc. w przypadku Partii Pracy uważa ich finansowanie za "niejasne i podejrzane".
Czołowi politycy - w tym premierzy i ministrowie - regularnie spotykają się z donatorami partyjnymi na zamkniętych imprezach towarzyskich, na które wstęp kosztuje nawet kilka tysięcy funtów.
W 2014 roku na jednym z takich wydarzeń Partii Konserwatywnej żona byłego wiceministra finansów w rządzie Władimira Putina, Władimira Czernuchina, wylicytowała za 140 tys. funtów możliwość zagrania meczu w tenisa z Davidem Cameronem i merem Londynu Borisem Johnsonem. Partia Pracy z kolei musiała się tłumaczyć z kilkukrotnych przypadków otrzymywania większych dotacji rozbitych na mniejsze, składane przez powiązane ze sobą osoby, aby uniknąć konieczności ujawniania tych informacji publicznie.
Czytaj dalej: W Szwecji partie finansowane są głównie z budżetu państwa
Szwedzkie partie finansowane są głównie z budżetu państwa. Ugrupowania mogą także otrzymywać darowizny od osób prywatnych i firm, ale to niewielki odsetek ich dochodów.
Partie w Szwecji otrzymują na działalność polityczną ok. 450 mln koron (ok. 47 mln euro) publicznego wsparcia. Same decydują o jego wykorzystaniu i nie muszą się z niego rozliczać.
Ugrupowania, które mają swoją reprezentację w parlamencie (przekroczyły próg 4 proc. w skali kraju), mogą liczyć na dodatkowe wsparcie z budżetu państwa. Składa się ono z podstawowej dotacji na działalność oraz kwoty zależnej od liczby zdobytych mandatów. Ugrupowania pozaparlamentarne muszą uzyskać poparcie w skali kraju co najmniej 2,5 proc. w dwóch ostatnich wyborach.
Dodatkowo partie mogą otrzymywać pieniądze także z budżetów gmin i województw na działalność lokalną oraz regionalną. Decydują o tym władze terytorialne tych jednostek.
Szwedzkie partie, szczególnie w okresie kampanii wyborczych, wspierają się dotacjami od osób prywatnych oraz firm. Datki mogą pozostawać anonimowe, jeśli jednorazowa wpłata nie przekracza kwoty ponad 22 tys. koron (ok. 2350 euro).
Jeszcze do 2014 roku partie w ogóle nie musiały ujawniać swoich darczyńców, co budziło kontrowersje i było krytykowane przez organizacje pozarządowe zajmujące się przeciwdziałaniem korupcji. W 2015 roku po raz pierwszy ugrupowania musiały złożyć roczne rozliczenia tego typu dotacji do państwowego urzędu nadzoru administracyjnego Kammarkollegiet. Okazało się wówczas, że Partia Robotnicza-Socjaldemokraci oraz Umiarkowana Partia Koalicyjna (konserwatyści), czyli dwie największe siły w szwedzkim parlamencie, otrzymują darowizny głównie od własnych organizacji terenowych.
Czytaj dalej: We Włoszech wkrótce zniesienie finansowania partii z budżetu
We Włoszech do 2017 roku ma zostać całkowicie zniesione finansowanie partii politycznych z budżetu. Przewiduje to ustawa obowiązująca od lutego 2014 roku. Choć obywatele mogą finansować partie z odpisu od podatku, tylko niewielu skorzystało z tej możliwości.
Nową ustawę zmieniającą zasady finansowania partii - po serii skandali, nadużyć i kradzieży partyjnych pieniędzy w kilku ugrupowaniach - przyjęto z inicjatywy poprzedniego rządu Enrico Letty.
Finansowanie z publicznych pieniędzy jest redukowane sukcesywnie. W 2014 roku nakłady z budżetu zmniejszono o 25 procent, w roku obecnym o połowę, a w 2016 - o 75 procent. Począwszy od 2017 roku ten system przestanie całkowicie obowiązywać.
Tym samym zniesiona zostanie praktyka refundowania wydatków na kampanię wyborczą. Jej wysokość była uzależniona od liczby miejsc w parlamencie, zajętych przez daną partię. Dzięki temu te największe dysponowały milionami euro, często wydawanymi potem na prywatne potrzeby czy wręcz zachcianki polityków.
Wprowadzono natomiast możliwość dobrowolnych darowizn na rzecz partii od osób fizycznych oraz innych podmiotów. Mogą na ten cel przeznaczyć do 100 tys. euro rocznie.
Ugrupowania mogą także prowadzić telefoniczną zbiórkę pieniędzy, na przykład poprzez wysłanie SMS-a. I tak podczas wiecu wyborczego możliwe jest podanie numeru, pod który należy wysłać wiadomość tekstową przekazując na przykład 2 euro na popieraną przez siebie partię.
Media zauważyły przy okazji, że zastosowano mechanizm taki, jak w przypadku organizacji humanitarnych zbierających od telewidzów datki na pomoc ofiarom katastrof naturalnych i ubogim.
Począwszy od zeszłego roku każdy obywatel może odpisać 2 promile od swego podatku od dochodów osobistych na rzecz wskazanej partii. I właśnie ten pomysł okazał się niemal zupełnym fiaskiem. W 2014 roku z tej możliwości skorzystało zaledwie 16 tys. osób na prawie 30 mln podatników - podała włoska Agencja Podatkowa.
Włosi odwrócili się od polityki i jej opływających dotąd w luksusy przedstawicieli - tak media skomentowały te dane. Ponadto zauważono, że w zbyt małym stopniu nagłośniono nowe zasady odpisu i wielu podatników w ogóle o nich nie słyszało.
Z odpisu od podatków osobistych zebrano w całym kraju jedynie 325 tys. euro. Najwięcej - prawie 200 tys. euro - otrzymała od 10 tys. osób centrolewicowa Partia Demokratyczna premiera Matteo Renziego. Opozycyjna Forza Italia byłego premiera Silvio Berlusconiego dostała 24 tys. euro, a pieniądze te przekazało tylko 829 osób. Skompromitowana w ostatnich latach przez skandale finansowe Liga Północna dostała od 1839 swych zwolenników 28 tys. euro.
Podobny eksperyment z odpisem na partie wprowadzono 20 lat temu i wtedy również Włosi dali dowód tego, że nie mają najmniejszej ochoty na finansowanie klasy politycznej.
Wraz ze zmianą zasad finansowania partii, wprowadzoną w rządowej ustawie i drastycznym zmniejszeniem dotacji budżetowych znacznie pogorszyła się sytuacja finansowa wszystkich ugrupowań, które wcześniej dysponowały milionami euro.
Z olbrzymimi trudnościami boryka się zadłużona na wiele milionów euro Forza Italia. Jej lider i założyciel Silvio Berlusconi, który przez lata finansował niemal bez ograniczeń swoje ugrupowanie, nie ma już takiej możliwości. Członkowie jego rodziny przekazali w tym roku, zgodnie z przepisami, po 100 tys. euro, co nie pokryje długów i braków w kasie. Zobowiązania są tak poważne, że niedawno do siedziby centrali FI w Rzymie wkroczył komornik i wyniósł stamtąd część mebli.
W radykalny i zarazem oryginalny sposób do kwestii finansowania podszedł populistyczny Ruch Pięciu Gwiazd komika Beppe Grillo, który nie chce w ogóle żadnych pieniędzy z budżetu.
Ruch występuje z kolejnymi inicjatywami, by zebrać pieniądze na swą działalność oraz na wsparcie dla kandydatów w wyborach samorządowych. I tak na przykład we Florencji Grillo i parlamentarzyści serwowali pizzę podczas specjalnego wieczoru w restauracji. Pieniądze z kolacji zasiliły partyjne konta. Na aukcję wystawiono też neapolitańską szopkę od jednego z najbardziej uznanych - mistrzów sztuki ich budowy.
W małych miasteczkach kandydaci w lokalnych wyborach i politycy Ruchu Pięciu Gwiazd sprzedają piwo w tamtejszych popularnych lokalach zbierając datki od klientów i wyborców. Mówią, że to lepsze niż korzystanie z publicznych pieniędzy.
Czytaj dalej: Ukraina porządkuje niejasne zasady finansowania partii
Po długim okresie obowiązywania rozwiązań, które pozwalały na ukryte finansowanie partii politycznych przez oligarchów, ukraiński parlament pracuje nad ustawą, mającą wprowadzić przejrzystość w tym procesie i umożliwić finansowanie partii z budżetu.
"Obecna sytuacja sprzyja nadużyciom i zasilaniu kont partyjnych nawet przez podstawione osoby. Nowa ustawa, która wejdzie jednak w życie dopiero za dwa lata, ma to zmienić i ucywilizować cały proces" mówi PAP Witalij Tesłenko z Komitetu Wyborców Ukrainy, organizacji, która zajmuje się monitorowaniem wyborów w kraju.
Obowiązujące dziś prawo wyborcze nakazuje partiom deklarowanie wydatków na kampanie wyborcze, jednak w praktyce nie jest ono realizowane - pisze w opublikowanym w kwietniu raporcie na temat finansowania ugrupowań politycznych ruch społeczny Czesno (Uczciwie), który także działa na rzecz większej transparentności działań w ukraińskiej polityce.
Nie jest tajemnicą, że lwia część spośród 224 partii utrzymywana jest przez oligarchów. () Na Ukrainie nie ma także (obecnie) państwowego finansowania partii. Zrozumiałe, że w takich warunkach i przy niewielkich datkach od obywateli i niskich składkach członkowskich, partie udają się po pieniądze do bogatych sponsorów - czytamy.
Jedyną pomocą finansową, którą ukraińskie partie otrzymują dziś od budżetu to bezpłatny czas reklamowy w państwowych mediach w trakcie kampanii wyborczej. To wszystko, na co partie mogą dziś liczyć wyjaśnia Ołeksandr Czernenko, ekspert ds. prawa wyborczego, który zasiada dziś w Radzie Najwyższej (parlamencie) w Kijowie z ramienia prezydenckiego Bloku Petra Poroszenki.
Prawo nie przewiduje ograniczeń wysokości datków wpłacanych na rzecz partii, nie wiadomo także, z jakich konkretnych źródeł one pochodzą. Zgodnie z istniejącymi rozwiązaniami ukraińskie partie w okresie między wyborami mogą być dziś finansowane zarówno przez osoby fizyczne, jak i prawne. W czasie kampanii wyborczej finansowane są tylko przez osoby fizyczne.
"Nie ma jednak regulacji, które zapobiegałyby przerzucaniu podczas kampanii wyborczej środków wpłacanych przez osoby prawne na konta z datkami od osób fizycznych. Partia nie musi wskazywać, skąd ma pieniądze i nie ma obowiązku, by się z nich rozliczać" podkreśla Tesłenko.
Czesno informuje, że dobrowolne deklaracje o dochodach i wydatkach w roku ubiegłym złożyły pięć z sześciu ugrupowań, których przedstawiciele zasiadają w parlamencie.
Największymi środkami rozporządzał w 2014 r. Blok Opozycyjny, który wywodzi się z Partii Regionów obalonego prezydenta Wiktora Janukowycza i który zgromadził na swych kontach ponad 110 mln hrywien. Nie wiadomo skąd pochodziły te pieniądze, wiadomo jednak, że prawie wszystkie zostały wydane na działalność statutową.
Partia Front Ludowy premiera Arsenija Jaceniuka, która miała w ub. roku do rozdysponowania ponad 102 mln hrywien zadeklarowała, że uzyskała je w ramach bezzwrotnej pomocy finansowej i z datków. Oświadczyła też, że środki te zostały skierowane na sfinansowanie parlamentarnej kampanii wyborczej.
Niewiele ponad 100 mln hrywien zebrał w 2014 r. z datków i składek członkowskich Blok Petra Poroszenki. Część tych dochodów to odsetki zarobione na depozytach bankowych - poinformowało ugrupowanie. Ponad 84 mln hrywien posiadała partia Batkiwszczyna b. premier Julii Tymoszenko; większą część tej sumy (prawie 82 mln hrywien) uzyskała - jak oświadczyła - ze składek członkowskich i datków, a mniejszą (około 2 mln) ze sprzedaży nieruchomości.
Partia Samopomoc mera Lwowa Andrija Sadowego zadeklarowała dochód z datków od osób prawnych w wysokości 3,7 mln hrywien i poinformowała, że datki od osób fizycznych zasiliły jej konta na sumę ponad 27 mln hrywien. Radykalna Partia deputowanego Ołeha Laszki nie odpowiedziała na pytanie Czesno o wysokość swoich dochodów i wydatków w 2014 r.
Brak przejrzystości w finansowaniu partii ma zmienić ustawa, nad którą pracuje obecnie ukraiński parlament. Przewiduje ona, że partie będą finansowane z budżetu i będą musiały rozliczać się z wydatków, co skontroluje biuro antykorupcyjne.
"Na finansowanie z budżetu będą mogły liczyć ugrupowania, które w wyborach otrzymają więcej niż 3 procent poparcia. Pieniądze te będą wykorzystywane na działalność partii w okresie między wyborami. Partiom, które pokonają 5-procentowy próg wyborczy, będzie zwracana część kosztów kampanii wyborczej" relacjonuje Tesłenko.
W omawianej wciąż przez parlament ustawie o finansowaniu partii na zwrot wydatków na kampanię przewidziano 500 mln hrywien. Jeśli w kolejnych wyborach do Rady Najwyższej wejdzie pięć partii, to otrzymają one po 100 mln hrywien.
Tesłenko wskazał w rozmowie z PAP., że nie wiadomo, jak sprawa finansowania ugrupowań politycznych będzie wyglądała w praktyce, gdyż możliwości ukraińskiego budżetu są mocno ograniczone. Wiadomo jednak, że nowe zasady w tej dziedzinie zaczną obowiązywać dopiero w 2017 r. Oznacza to, że kampania przed zaplanowanymi na jesień wyborami samorządowymi odbędzie się według starych rozwiązań.
Jarosław Junko/Sylwia Wysocka/Jakub Krupa/ Inga Czerny/Jacek Lepiarz






























































